basen

Basen zawsze robił mi tak, że wszystko czego nie miałam pod kontrolą nagle miałam, czego nie wiedziałam nagle wiedziałam, wszystko układałam. Nie pływam dobrze. Pływam źle, pływam powoli i nie zanurzam się pod wodę, bo mi ona nalatuje do nosa i gardła, a to boli. Ale nic mi tak nie poprawia humoru jak basen. Nawet jeśli humor mam świetny. W basenie najwięcej sobie uświadamiam. To sobie uświadomiłam w basenie, że liczę rzeczy. Liczę kafle na suficie basenu. Za każdym razem, kiedy tam jestem. A kiedy leżę w wannie, liczę ile przedmiotów mam na parapecie. I to liczę po kilkadziesiąt razy, choć wynik jest zawsze ten sam. Czasami liczę głoski w wyrazie, który wypowiadam. I łapię się na tym, że robię to przez kilkanaście minut, zapominając jakiej większej dyskusji ten wyraz dotyczył. Uświadomiłam sobie w basenie, że jestem chora na symetryczność. Że kiedy stawiam na stole talerze z obiadem, to stawiam je w odpowiedniej odległości, a na środek daję solniczkę, nie po to, by łatwiej było wszystkim do niej sięgać, ale by była miernikiem tej doskonałości. Symetrycznie poukładałam nam rzeczy na szafkach nocnych. Symetria to sprawiedliwość, uświadamiam sobie na basenie. Na basenie postanawiam rzeczy. Że od dzisiaj będę bardziej stanowcza, nie ustąpię od dzisiaj, a jak ktoś mnie zdenerwuje to mu powiem, zamiast mu nie mówić. Potrzebuję basenu. Dlatego przyłażę tu dwa razy w tygodniu. W środy i w soboty. W środy jest bardzo mało ludzi, przynajmniej rano, jeden pan w ręczniku jest zawsze, na ręczniku wielki i groźny ptak, pan rozgadany, zanim wskoczy do wody ze dwadzieścia minut gada z ratownikami, żeby ci nie pomarli z nudów, a później jak skoczy to wodę wywala z całego basenu, bo pan jest ogromny, jak ogromy jest na jego ręczniku ptak. W soboty ludzi jest więcej, wiadomo. W soboty tatusiowie przychodzą z dziećmi i prawdopodobnie mówią im przed samiuśkim wejściem do wody, dzieci, drzyjcie mordy dopóki wam starczy tchu, skaczcie na bombę, nie bacząc, czy płynie ktoś, czy nie, skaczcie ludziom na plecy i drzyjcie im się w twarz, błagam was, dzieci, wydrzyjcie z siebie całą waszą frustrację, agresję i gniew, pływajcie na oślep, bez żadnego pomyślunku albo nie pływajcie wcale tylko kopcie w wodę i okładajcie ją pięściami, tarasujcie drogę, róbcie niezdarne fikołki, kopiąc ludzi po brzuchach i brodach, nie przepraszajcie i nie reagujcie, jeśli was upomną, ja tu sobie stanę i was nie upomnę ani razu, bo mam wszystko w dupie, szczególnie innych ludzi, tu sobie stanę, dzieciaczki, zupełnie jak cham, utrudniając wszystkim pływanie i porozmawiam z tą przemiłą ratowniczką, na oko siedemnastoletnią, będę ją zagadywał całą godzinę, aż nam wszystkim zbabcieją paluchy od wody. W soboty zwykle jest tak, że basen jest podzielony na część dla dzieci i dla dorosłych. Przynajmniej na trochę. Później ratownicy te liny ściągają, zupełnie nie wiem od czego to zależy i czym jest dyktowane, bo i zawsze dzieje się to w innych godzinach. Czasami w soboty dmuchany jest dzieciakom dupny balonozamek, po którym one latają, piszcząc jeszcze głośniej i rozbryzgując wodę z basenu mocniej niż pan od ptaka. Tak było teraz. Pływam. Tam i z powrotem. Raz żabą płynę, raz na plecach. Głośno od dzieciaków, ale ten basen na razie podzielony liną, że one są po jednej stronie, ja po drugiej. Po mojej stronie pływa zdechła mucha. Najpierw się przestraszam, ale później obmyślam plan, żeby zepchnąć ją do dzieciaków. Jestem zła na te baseny, na tych ratowników, co się sobie patrzą w pazury, a muchy brzuchami do góry. Dopływam drugi raz, muchy nie ma. Super, teraz nie położę się na plecach, bo mi mucha wejdzie we włosy, będę ją musiała wziąć w palce, grubą i martwą. Tak się taplam w myślach smutnych, gdy nagle na mój tor ładuje się jakiś super pływak, wielce profesjonalny, w czepku, okularach i ze stoperem, który przyszedł tu dziś najpewniej pobijać rekordy świata. A ja w moim stroju w kwiaty i z ozdobnymi guzikami, co unoszę się na wodzie wolno jak lilia, zostałam właśnie wystawiona na próbę wcześniejszych postanowień. Nie ustąpię. Nie przejdę na tor obok, który jest wolny, bo na tym torze byłam pierwsza, bo jak przejdę to pokażę, że jestem od pływaka słabsza, że z tą słabością się zgadzam, jego chwalę i jemu gratuluję, siebie poniżając. Nie ma! Płynę tam i  powrotem. W głowie kołacze się myśl, że na tym drugim torze będę sama, będę mogła doprzemyśleć, co zaczęłam. Ale myśl silniejsza ją strąca, że jak tam pójdę, przegram i te myśli zdominuję poczuciem przegranej. Płynę tam i z powrotem. Ten pływak taki niby super, ale sam dupy nie ruszy obok, może ma te same myśli w głowie, może myśli, zaraz tam pójdziesz, kwiatuszku, wygram z tobą. Myślę, Boże, o czym ja myślę i staram się zmienić tego myślenia tok, wracam do bycia stanowczą i zdecydowaną. I nagle wpływam na muchę i szlag mnie trafia, z czym się mierzyć muszę i zmieniam tor, pływak wygrywa, ja staram się sobie wmówić, że teraz przynajmniej na plecach mogę, liczę te kafle dla świętego spokoju, nagle ratownicy mi ciągną tą liną po brzuchu i buzi, nie przepraszając, bo czemu, właśnie basen stał się basenem dla wszystkich, wszyscy są sobie równi, żadnych podziałów, żadnych granic, keine grenzen, dzieciaki są wszędzie, bladzi od północnoirlandzkich opadów tatusiowie robią zidiociałe miny do znudzonych ratowniczek. Pływam dalej, chcę pływać godzinę, jak zawsze, takie mam plany, nie chcę ustępować, staram się poukładać do kupy myśli o tej stanowczości i symetrii, ale wkoło tylko chaos i szaleństwo, nagle ten balonozamek wrzucają do basenu, dzieciaki się drą, jakby je ktoś obdzierał ze skóry, nagle liną dzielą basen na pół, zostaję na wodach głębokich, myślę, spoko, tu jest ludzi mniej, jednak ci co tu są zupełnie już zdurnieli i pływają w poprzek, co chwilę ktoś na kogoś wpada, ratownicy ziewają lub się przeciągają, zostało mi jakieś dziesięć minut, by osiągnąć, co założyłam, wpadam na muchę nagle, choć już zdążyłam zapomnieć, myślę, nieźle se jej truchełko dopłynęło aż tutaj, a nagle wpadam na muchę drugą i myślę, to jakiś żart, i tylko macham nogami w wodzie, patrzę na ten zamek, na dzieciaki, tatusiów, ratowników i głowę zadzieram do góry, licząc kafle, i to jest ten moment, kiedy kamera powolutku się unosi i wszystko to kręci z lotu ptaka, to ten moment, kiedy wszystko staje się coraz mniejsze i cichsze, ja maleńka w stroju w kwiaty i guziki, staję się kropką, cichną rozsierdzone dzieciaki, monstrualny i zmaltretowany balon wydaje się maleńkim kwadracikiem, unosimy się wyżej i wyżej, aż stajemy się punkcikiem na mapie świata, na nasze frustracje nie ma bata.

(zdjęcie psa na tle wody daję, zupełnie bez powodu).

_MG_4586

zaręczyny

Nie noszę pierścionka codziennie. Boję się, że posieję. Że mi wpadnie do zlewu jak będę myć gary. Albo że zaczepię gdzieś kamykiem, kamyk poleci, a ja będę go, płacząc i wydzierając się, szukać w krzakach. Poza tym szafir do dresu średnio, choć w sumie dres mam niebieski. Jak już jednak ponoszę – co się głównie zdarza w okazjach typu restauracja, kawiarnia, Belfast – to też później nie zostawiam go byle gdzie, bo zaraz ten się drze, że pies zje i będzie. Idziemy gdzieś, ja z tym pierścionkiem, coś gadamy, oglądamy, ja się często zapatrzam na paluch, myśląc, uf. Zaręczyliśmy się w grudniu, we Włoszech, jak królowie. Pierwsze co to się na tych wakacjach rozchorowałam i już od drugiego dnia spałam w szaliku i z vikvapem oraz spałam snem utkanym w kaszel. Mimo mojego rzężenia i smarków lataliśmy po Viterbo od rana po noc, wracaliśmy na sjestę do pokoju, ja wtedy spałam w Tomka dresie, bo miękki i miły, on mnie budził, mówił, chodź na kolację i wino, chodź, będziesz żałować tego leżenia plackiem. Jednego dnia on pojechał z siostrą na termy, ja łaziłam po mieście, pijąc kawę w kawiarniach i pisząc koleżankom kartki z wakacji. Dzień wcześniej pokłóciliśmy się o to, że Tomek w ogóle mnie nie bierze na randki, w ogóle nie czuję się przy nim po królewsku, a wyszło od tego, że chciałam iść do restauracji z małym stołem, gdzie patrzymy się sobie w oczy i on mówi o miłości, a ja mam spuszczony wzrok i długie rzęsy. On chciał z kolei iść do jakiegoś głośnego miejsca z muzyką na żywo i winem w plastiku. Stanęło na moim, siedzieliśmy przy maciupkim stole, tylko nikt na nikogo nie patrzył, Tomek był na mnie zły, ja płakałam do pizzy. Następny dzień on z tą siostrą, ja sama, jak się spotkaliśmy po kilku godzinach to już była miłość na całego znowu, gadanie i jedzenie w takim miejscu na wynos, bo to tylko czynne było w czasie sjesty, a później grubi od jedzenia wróciliśmy do pokoju i ja znowu w ten jego dres, w wyro, w sen pełen chrapania przez zatkany nos. Tomek siedział koło mnie i patrzył przed siebie. Poważny i skoncentrowany. I nie spał nic. Tylko mnie obudził i powiedział, że idziemy na kieliszek wina gdzieś. Myślałam, boże, jak chcesz wino pić to wyskocz gdzieś po butelkę i wypij tu, błagam cię, ja się czuję źle. Na co on, to nasz ostatni dzień w Viterbo, chcesz go przespać? Chciałam, ale tego na głos nie powiedziałam. Powiedziałam, że dobra, ale idę w twoim dresie, bo mi jest zimno, a on nagrzany i wygodny. Dres miał wyciągnięte kolana, był mi za duży i czarny, a czarny dres do szafiru to nawet Tomek wie, że nie pasuje. Podał mi jakąś sukienkę z torby, mówiąc, to sobie załóż, kotek, w tym ładnie wyglądasz, ten sweter weź, szminkę tu masz i tusz, zobaczysz, jak sobie zrobisz makijaż to poczujesz się zdrowsza. Mądry chłopak. Poszliśmy. Do tego miejsca, gdzie on chciał dzień wcześniej. Piliśmy najlepsze wino wtedy na całym świecie. Lokalne, muskatowe cudo. Nie pamiętam o czym rozmawialiśmy, ale Tomek powiedział nagle, chcesz zobaczyć film z wakacji? Bo Tomek od naszego wyjazdu z Irlandii Północnej kręcił krótkie filmiki, co je zebrał w jeden dłuższy, na termach poskładał do kupy i ma, i mi teraz może pokazać. Ja, że pewnie, dawaj. I tam jest pierwszy kadr, że Tomek jakiś prezent pakuje w plecak, a plecak w auto i odjeżdża, ja się go pytam, co to, gdzie to, on mówi, patrz dalej. Dalej jestem ja, która robię kanapki na podróż, Bonus, co najsmutniejsze ma oczy, bo wyjeżdżamy, lotnisko w Dublinie, pociąg z Rzymu, różnego rodzaju włoskie chwile. I na koniec jest ten prezent znowu. On go wyciąga z plecaka, z torebeczki, to jest małe pudełko, mi bije serce. Patrzę w stół i pierwsze, co mi przychodzi do głowy, że to pudełko to może mamie coś kupił, jakiś brelok, zaraz przecież jedziemy na święta do domu. Nie mówię nic. Głównie temu, że już tyle razy myślałam, to dziś!, i tyle razy wychodziło, że nie. Poza tym to na bank, na bank dla mamy coś, dla babci. Tomek mówi, chcesz jeszcze raz zobaczyć. I leci film od nowa, mi się pocą ręce, myślę, on się oświadczy zaraz, a później myślę, ta jasne, znowu to pudełeczko jest na końcu filmu, Tomek wyciąga je z plecaka i kładzie przede mną, i mówi, wiesz co to za pudełko, ja mówię coś w stylu, Tomek, wychodzimy stąd, on się śmieje i je otwiera, tam siedzi pierścionek, ja się trzymam za buzię, jest mi bardzo gorąco i zaraz zemdleję, on zaczyna coś mówić, co oboje w tym zdenerwowaniu nie pamiętamy, co powiedział dokładnie, coś, że jestem bardzo fajna i zabawna, że kocha, lubi, szanuje, i w ogóle nie wie, jakby to dalej miało beze mnie hulać, nagle biegnie gdzieś, kwiaty przynosi, róże czerwone i duże – co je wcześniej siostra tu ukradkiem podłożyła, w ogóle wszystko to wespół z siostrą ukartował, a ja się wcześniej darłam po nim, dopieroście się widzieli, o czym tyle gadacie przez telefon – ma te kwiaty, daje mi i mówi, tak czy nie, Gośka, no mów, na co ja mówię ‘jasne’ i mam ten pierścionek na palcu, i całuję go jak durna, nagle zdrowieję, pijemy wino, chcę wypić wszystko, co mają, chcę krzyczeć z radości, dzwonić do mamy, jest przed północą, pierścionek mi się mieni jak szalony, ja czuję ulgę, myślę żeby już pisać koleżankom od razu, ale nie mam internetu w telefonie, idę do toalety, tam stoję do lustra i ze wzruszenia piszczę sobie w rękę, wracamy do domu, Tomek idzie dumny i poważny, ja roześmiana i pijana. Zaraz ślę zdjęcie siostrze, ona przeklina soczyście, Tomek chodzi po pokoju i pakuje nas na wyjazd do Rzymu, ja cały Rzym obchodzę w pierścionku, na każdym zdjęciu się mieni, po kilku dniach jedziemy do Polski, na święta do mojego domu, pierścionek zdjęłam, wchodzimy, witamy się, tulimy, mówię, Tomek będzie spał osobno, bo ja jestem bardzo chora, on się całe wakacje przeze mnie nie wyspał, mama ma łzy w oczach, wie, żeśmy na pewno zerwali, na pewno przeze mnie, pyta ukradkiem, Gosia, co się stało, łapie mnie za rękę, czy nie jestem zaręczona aby, widzi że nie jestem, węszy więc najgorsze, chcę wybuchnąć śmiechem, ale się powstrzymuję, Tomek przynosi jej kwiaty, ojcu wódkę, staropolską tradycją, prosi o rękę córki, matka ryczy, siostra ryczy, ojciec dumnie mą rękę oddaje, jemy furę polskiego jedzenia, popijając tą wódką zaręczynową, jestem królową.

ring_4

fot. Bartłomiej Tomaszewski 

czas leci, czas leczy

Dzisiaj miesiąc mija jak nie pracuję. Jak powiedziałam w pracy, jestem tu nieszczęśliwa, chcę odejść, a oni kiwali głowami, że to trzeba być naprawdę. Dzisiaj mijają trzy lata i trzy miesiące jak chodzimy z Tomkiem. Dzisiaj też mijają dwa lata jak się Tomek wprowadził na Islandię, by wspólnie ze mną żyć. Już nas tam od dawna nie ma, ale też rano zobaczyłam w internecie zdjęcie Reykjaviku i że pada w nim dziś deszcz, i mi ścisnęło serce. I od razu poczułam Reykjaviku zapach i chłód, i to mi się przypomniało, jak piję z Marzeną kawę, tysiące kaw, w naszym domu z wielkimi oknami z widokiem na ocean. Przypomniało mi się jak lecimy główną ulicą miasta, z pochylonymi głowami, bo wieje i leje, idziemy zmęczone, bośmy wstały o 5 rano i pracowały, spodnie nam się przyklejają do ud, wirują na wietrze grzywki spod kapturów, mijamy piekarnię, pizzerię, pub, pub, pamiątki i muzeum penisów. Codziennie mijamy to samo, bez pomyślunku. A dzisiaj, 562 dni od wyjazdu z Islandii, myślę o tej piekarni, w której niezwykłe były dżemy i zawsze chciałam je kupić, a nigdy nie kupiłam ze względu na kalorie i cenę. O tych pubach, gdzie raz wywaliłam się na schodach, bo wypiłam za dużo piw i Marzena od wtedy zawsze już mówiła, gdyśmy przechodziły, pamiętasz, jak tu rąbnęłaś. Przypomina mi się Hlemmur Square, co trzy kroki z domu i że latałyśmy tam na kieliszek wina jak prawdziwe damy, w koralach i kolczykach, a wypijałyśmy po butelce, prowadząc przy tym bełkotliwe rozmowy o najważniejszych w życiu rzeczach. A naprzeciwko to muzeum penisów było i tam był taki gruby, smutny pan na recepcji, co palił miliony papierosów i myśmy zawsze mówiły o nim, pa, ten od penisów znowu pali. I nigdy nie byłam w tym muzeum, popatrzeć na wielkie prącia baranów, ale miejsce wspominam czule. Ale i naszą pierwszą pracę wspominam, cośmy pokoje hotelowe sprzątały, wiadomo. Jak żeśmy nienawidziły tej pracy. I jak każda moja praca następna była jeszcze gorsza, jeszcze bardziej męcząca. Jak od lat robię rzeczy, których nie lubię robić, bo tak najczęściej wygląda wyjazd zagranicę, bo to jest zwykle coś za coś, dobra kasa za gównianą robotę, choć ta kasa wcale taka dobra nie jest, a robota gówniana aż nadto. I miesiąc temu powiedziałam, koniec. A oni patrzyli na mnie jak na wariatkę i pytali, czy masz pracę inną, że odchodzisz. A ja powiedziałam, nie mam, będę szukać, a oni prychnęli niby cicho a wyraźnie, że to naprawdę niezwykłe, rezygnować z pracy, jak się nie ma innej, zachcianki w głowie ma, szczęśliwa chce być, a kto nie chce, ile ty masz lat, dziewczyno. Mam 32 lata i 5 lat robiłam rzeczy, których już nie chcę robić. Nauczyłam się dużo, wspominać wszystko będę dobrze, jak się już te emocje we wspomnienia uleżą. Te co się uleżały, piękne są. Te trzy lata z Tomkiem, co pierwszy rok na odległość, że tylko mejle i skajp, jego przyjazd do Reykjaviku z walizkami i to, że ja wtedy mówić nie mogłam od kataru i kaszlu, to jak razem do piekarni chodziliśmy, ja w te dżemy patrzyłam, on bagietki kupował i kawę, jak mu mówiłam, idąc główną ulicą, tu rąbnęłam ze schodów kiedyś, a on się wcale nie śmieje tylko kiwa głową z politowaniem, jak mu mówię, tu pan pracuje od penisów, zawsze bardzo smutny, praca niektórych bardzo smuci, widać, bez sensu jest być smutnym, lata lecą, później widzisz w internecie zdjęcie jakiegoś miejsca, które przypomina ci różne rzeczy, rozmarzasz się i tęsknisz, i nagle bum, to by można było zmienić, czemum tego nie zmienił, zapytujesz siebie, później człowiek mówi, 12 lat tu robię, idzie się przyzwyczaić. Do wszystkiego idzie się.

 

1005995_648627145147819_526563259_n

pms

Mówię Tomkowi, taka się tu czuję samotna, tak mi tu smutno jest, a on do mnie z gębą, że to tylko twoja wina, że tak jest, masz kupę czasu, możesz wyjść gdzieś, zapisać się na coś, nikt ci nie broni. Zaczyna mi drżeć broda od razu, idę po schodach, na co on, co, już się obraziłaś? Zamkniesz się w łazience i będziesz płakać? Tak będzie, zamknę się w łazience i będę płakać. Bo powiedziałam mu rzecz osobistą o tej samotności, na której brzmienie powinien mnie z  miejsca przytulić i głaskać po głowie, i dodać, że nie jesteś sama, Gosia, masz mnie, i jeszcze, że zaraz coś zaradzimy, poszukamy kursów jakichś, gier i zabaw. Mógł też bez przytulania powiedzieć, no co ty gadasz, to bardzo smutne, że tak się czujesz, kotek. A on się drze. Będę płakać w łazience, bo się wypaplałam z czymś osobistym, a on z tego zrobił powód do złości. Będę płakać, bo on nie ma serca i rozumu. Oraz bo ja mam serca i rozumu aż nadto. Później płacz zamieni mi się w złość, a dalej w zobojętnienie. Wtedy wyjdę z łazienki, naleję sobie kieliszek wina, włączę piosenki Lany del Rey i śpiewając na pół domu, będę go ignorować dwie godziny. Pomaluję paznokcie, powiem sobie, że jestem ładna i że na pewno dam radę bez niego, że w ogóle go nie potrzebuję, że skoro nie rozumie tego, że jego dziewczyna jest smutna i przychodzi do niego i mu o tym smutku mówi, jemu tylko, nie wszystkim wokół, a on to bagatelizuje tak i jeszcze się drze, to niech teraz ma, teraz ja się drę, summertime sadness. On chodzi koło mnie jak pies koło jeża, ale ja aktualnie nie mam serca, tylko sobie śpiewam, najsilniejsza kobieta na świecie, on tego śpiewu doświadcza po raz ostatni najpewniej, bo taki z niego cham i się dzisiaj doigrał. Później Tomek idzie do innego pokoju i tam robi coś przy komputerze, mi nagle serce wróciło i teraz pęka boleśnie, że on tak sobie siedzi przy komputerze i znowu wszystko ma gdzieś, dlaczego on nie może mnie błagać o zgodę, dlaczego nie może tłumaczyć się gęsto, że jest głupi i głupio postąpił? Przychodzi więc druga fala łez, są to łzy nieme, łzy napędzane dodatkowo smutną i zranioną Laną del Rey, kolejną kobietą, co cierpi przez mężczyznę. Trwa to dobry kwadrans zanim się uspokoję i przejdę w stan otępienia, w którym znowu wszystko mi jedno. Tomek wtedy mówi, chodź pójdziemy z psem, przejdziesz się. Bo Tomek twierdzi, że spacer dobrze mi zrobi. Że jestem wariatką, która zwariowała od siedzenia w domu i on teraz wychodzi z tym spacerem, geniusz, jak z pomocną dłonią. Cały spacer nie mówimy do siebie słowa, ja do tego potwornie marznę, a on mnie nie przytula nic. On nigdy nie wie, kiedy jest odpowiedni moment na przytulanie. Jest to wystarczający powód, by kiedy wrócimy do domu, buchnąć kolejnym płaczem w łazience. Po nim zbieram się do kupy i idę rozmawiać na kanapie. Mówię mniej więcej tak: jestem samotna, Tomek, czuję się tu sama, sam wiesz, jak tu jest, siedzę z psem, szukam pracy, wiesz jakie jest szukanie pracy, ty wracasz do domu i jest fajnie, ale ja chcę ci powiedzieć, że źle się czuję, kiedy źle się czuję, mam ci tego nie mówić? Mam dzwonić do dziewczyn jak mi jest źle, bo ty jesteś chłopakiem i nie wiesz jak reagować? Nie może być tak, że ja ci mówię, Tomek jest mi źle, a ty się na mnie drzesz. Bo mi się odechciewa mówić ci rzeczy, bo sobie myślę, jesteś chłopak do wesołych dni tylko, co ty masz pięć lat? Tak, jest masa takich rzeczy, których ci nie mówię, z którymi muszę sobie radzić sama. Nieważne, jakie to są rzeczy. Takie na przykład, że jestem do dupy. Codziennie sobie tak myślę. Od lat tak myślę, że jestem do dupy, że nic mi nie wychodzi, myślę sobie. Czasami sobie myślę, że jestem super, że nic mnie nie złamie, że jestem ładna i mam dużo w głowie. A później nagle, że jestem do dupy, że niczego nie osiągnęłam i nie osiągnę już. I wtedy ci mówię, Tomek, coś się dzieje złego, a ty na mnie krzyczysz. I później już w ogóle do dupy o sobie myślę, myślę, po co ja mu to gadałam, on teraz widzi jaka jestem słaba, jaka rozmemłana. Na pewno myśli sobie, że chciałby mieć inną dziewczynę, pewną siebie, twardą i zawsze zadowoloną. I widzisz, ty się teraz uśmiechasz, co tylko potwierdza moje obawy. Boję się tego, że będę sama. I mówię ci to, bo mam napady lęków, bo dziewczyny tak mają czasami, to może być irracjonalne i durne, ale dziewczyny mówią czasami, jeny, ty mnie zostawisz. I ja chcę, żebyś wtedy powiedział, Gośka, no co ty, żebyś mnie uspokoił. A ty nie umiesz mnie uspokoić. Potrząsnąć mną albo mnie przytulić. Wiesz, że przytulanie jest dobre na wszystko? Że kiedy panikuję albo płaczę, to najpierw powinieneś mnie przytulić i ja się na bank uspokoję wtedy. Nie musisz mnie przytulać teraz, daj mi skończyć. Na przykład w tej chwili myślę sobie, i tak mam też często, że jest mi głupio, że się wygadałam z tym, że nie daję rady, bo przecież powinnam zawsze dawać radę, zawsze powinnam być umalowana i codziennie powinnam ćwiczyć dla zdrowia i ładnej figury. Na przykład dzisiaj nie ćwiczyłam, bo boli mnie brzuch i nienawidzę siebie za to, za to że jest jedenasta i cały mój dzień jest beznadziejny, bo tak się źle czułam, że aż mi było niedobrze i mdło. Ale może powinnam to zlekceważyć, bo na przykład są dziewczyny, które dają radę ćwiczyć mimo okresu. I to są fajne babki, ja im strasznie zazdroszczę, chciałabym być jak inne babki. Bo na przykład dzisiaj czuję się ze wszystkich najgorsza. W ogóle nie wiem, po co ze mną jesteś. Tu następuję płacz ostatni, zmęczony, Tomek mnie w końcu przytula, mnie bolą oczy, osmarkuję mu koszulę i zasypiam z otwartą buzią, bo mam zatkany nos. Kurtyna.

FB_20150515_15_19_49_Saved_Picture

przygotowania do ślubu cz.1

Ślub jest dopiero za rok, ale zewsząd słyszę od tych, co pochajtani, zacznijcie już myśleć o wszystkim, zobaczysz jak ten czas zleci. No to myślę. Myślę sobie i dumam, jaką chcę sukienkę i wiem już, że bez dekoltu w serce czy ser, bo takie dekolty w tańcu to zmora, a ja przetańczę całą noc jak w piosence Anny Jantar, którą Annę uwielbiam i ona będzie lecieć na weselu, cała jej dyskografia pójdzie. Natomiast na pewno nie pójdzie, mój piękny panie, ja go nie kocham, taka jest prawda. Ileż to par rozpoczęło wspólną drogę, tupiąc w takt takiego wyznania. Cały czas zmieniam zdanie co do pierwszej piosenki, bo ogólnie chodzi o to, żeby wszyscy płakali. I nie tylko moja mama. Żeby wszyscy płakali, mi chodzi, albo chociaż przekrzywiali ze wzruszenia głowy, składali ręce. Nie wiem ciągle, czy ma lecieć nam konfetti na głowy, czy chmura dymu ma wyjść z podłogi. Oglądam strony ślubne, babki wszystkie jak anioły, a nigdzie nie znalazłam zdjęcia z mięsnymi roladami na stołach. Tego nie ma? Bo ja mam takie menu. Mięso, mięso, paniery. Dlaczego nie ma zdjęć, jak z kotletów wycieka rozbebłany ser, ale jest milion zdjęć z krojeniem wyszpachlowanego do gładkości tortu. Mi się najmocniej kojarzy wesele z rosołem na brodzie, z nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu, poluzowanymi spodniami na brzuchu, nieporadnym szpagatem na parkiecie, z babkami, co pupami ugniatają balon na kolanach partnera, a całe w pąsach są ze wstydu, a to się nie ma czego wstydzić, to jest polska tradycja weselna, rubaszna i sprośna, to jest wędrujące od nogawki do nogawki jajko, śmiech i pot, i wesoły z ludzi pociąg, co na nikogo nie czeka, to są kaczuszki i cudownych rodziców mam. I choćby mi sam Elton John zaśpiewał Króla Lwa, choćby sam we własnej osobie przyjechał do Polanicy Zdrój, do domu weselnego Karolinka, to i tak zaraz później poleci disco polo, do którego dziewuchy będą tańczyć w samych rajtkach, bo buty to byleby do kościoła dojść. I tak wjedzie jak gwóźdź programu barszcz i krokiet, flaki i bogracz, zagryzka do gorzały i to się nie ma czego wstydzić, kto ty jesteś, polak mały. Ja se ułożę włosy na gwiazdę filmową, makijaż strzelę jakiegom nigdy nie miała, pastelowe puszczę po stołach orgiami pod kolor moich butów, czego nikt i tak nie odnotuje, i będę chodzić jak paw, jak orzeł biały między gośćmi, między bimbrem zastawione, smalcem i ogórkiem małosolnym szwedzkie stoły, hej sokoły. W Polsce mało jest miejsca na patos. Za to na pewno któryś z wujków powie mi nieskładnie a szczerze, że zawsze we mnie wierzył, że wyjdę na ludzi, a teraz dowodzę tego, za mąż wychodząc, on od zawsze mówił – tu szturchnie ciotkę na poparcie – z Gosi będą ludzie, no i o, nic się nie mylił. Ja się cieszę na to wesele, ja się nim weselę i na nie wzruszam, temu głównie, że będę żoną, wiadomo, że zamążpójście to jest wstęp do macierzyństwa, ja już wszystkie dzieci ponazywałam, cieszę się i weselę, bo choćby się nie wiem co gadało, dziewczyny do ślubu chcą pójść, męża chcą mieć, mówić później w towarzystwie, gdzie jest mój mąż, on zawsze gdzieś polezie, tego słowa nadużywać, to my przyjdziemy z mężem na wernisaż, mąż lubi wernisaże. Ja o tym marzę.333733

 

durne baby

Zupełnie niedawno i takoż nierozważnie polubiłam profil pewnej blogerki. Polubiłam w imię zasady, że jeśli ci się coś podoba, pokaż to. A mi się spodobał jeden wpis. A że często wcześniej było, że coś mi się podobało, ale to podobanie ukrywałam (z zazdrości lub z zażenowania, że czytam, co czytam), tym razem zaszalałam i polubiłam całość. Fejsbuka polubiłam od góry do dołu i teraz codziennie mi świeci ta pani na łolu. I nie wierzę własnym oczom. Otóż pisze ona do swoich fanów (a mi ich ponad 8 tysięcy), kochani, jakie spodnie lubicie ubierać w takie upały, jakie są wasze odzieżowe sposoby na gorąc? Albo, w dzisiejszym wpisie jadę na wakacje, jeśli któraś z was chciałaby śledzić zdjęcia moich kolan na tle piasku i plaży to zapraszam na instagram. Albo, jeśli nie macie pomysłu na obiad, to bardzo polecam makaron rurki z kurczakiem i papryką, robi się bardzo łatwo,  a danie jest bardzo smaczne i sycące. Albo, jaka jest wasza ulubiona wokalistka z młodości? Czy lubicie wracać do jej utworów? Czy nie? Albo, w jaki sposób pakujecie swoją kosmetyczkę na wyjazd? Oto siedem sposobów na moją. Albo chcecie się modnie odżywiać, poniżej sześć przepisów na zielone koktajle, które wylejecie do zlewu, ale z którymi najpierw możecie zrobić sobie zdjęcie. Tu: zdjęcie koktajlu w pękatej buteleczce z kolorową rurką, czasopismo o modzie i urodzie, i kwiaty w celofanie. Kto tak żyje? Kto tak ma? Kto robi sobie śniadanie, że jeden gryczany naleśnik, organiczny dżem w osobnym malenieńkim słoiczku, a słoiczek z kokardką, na zdobnym talerzyczku od cyrkla jajo, a obok długa łodyga pietruszki, kawa sypnięta cynamonem, wysoka szklanka pełna dopiero wyciśniętego soku, a na pościeli kot bawiący się kłębkiem włóczki. Kto tak ma?

Nie napiszę, co to za blog, co za baba, takich bab jest milion. Inne baby je lubią i chcą być takie same, a później mają do siebie żal, że im naleśnik za tłusty wyszedł, za mączny, że dopchały się dżemem nadto, że nie wyglądają jak babki z modnych gazet, nie mają takich cer, ciał i butów. I snują się takie po domu i myślą, że są nic nie warte, bo nie żyją w białych ścianach, pośród przestronnych kanap z symetrycznie ułożonymi poduchami, że nie mają wazonów z kompozycjami kwiatowymi, co ułożone niby niestarannie, że mają za mało sukienek, a wszystkie jakieś takie, że im się uda stykają na tych zdjęciach, co w tle relaks i trawa.

Ta baba pisze kiedyś na blogu jak wygląda jej dzień. Oczywiście wstaje i gimnastykuje się przez kwadrans, by – oczywiście – jej ciało nabrało energii na resztę dnia. Później je ten gryczany naleśnik, następnie przegląda pocztę, co też popisali jej fani, bo ta baba żyje z bycia blogerką jedynie, i oczywiście nigdy nie je śniadania pod komputer czy telewizor, celebruje te śniadania jak się celebruje głęboką wiarę, później zasuwa na spacer, bo to powietrze i ruch, wiadomo, później makaron rurki przyrządza, po uprzednim nabyciu świeżych warzyw i świeżych ziół i świeżego soku ze świeżych owoców i świeżej prasy, a jak już rurki gotowe to je wyciąga z gara i nakłada do kwadratowego talerza, maciupeńko, prawie nic, rozsypuje po talerzu parmezan, poprawia, gdzie się sypnęło za dużo, dosypuje gdzie za mało, układa małą piramidkę ze świeżych liści bazylii w samym środeczku talerza, zastanawia się nad jeszcze z czegoś zielonym kleksem na talerza skraju, uciera więc liście bazylii z łyżeczką oliwy z oliwek i tę kropkę robi, bierze aparat i robi temu zdjęcia, te rurki wwala do gara z powrotem, na prawdziwy obiad, jak wróci mąż i dzieci, a sama obrabia fotografie, dziubie godzinami, by nie było złudzeń, że jej życie to bajka. Później spędza czas z rodziną, wszyscy przy wielkim stole, dzielą się ze sobą swoim dniem, swoimi sukcesami, problemami, śmieją się i trzymają za ręce, później wszyscy idą do swoich zajęć, do swoich hobby, czyli syn na rower, córka na balet, stary do majsterkowania, ona do pielęgnowania skóry i włosów. Wieczorem wrzuca o tym na bloga wpis, a później z kieliszkiem wina oddaje się ulubionej książce, jakiejś kryminalnej pisaninie, w której główny bohater prawie ginie. Gówno prawda, takie rzeczy tylko w kinie.

kompleks_3a_1