brzuch

Jak otwieram oczy tylko myślę, brzuch. Jak schodzę po schodach, brzuch. Jak przechodzę koło lustra. Albo zanim przejdę. I długo później. Jak jem śniadanie. Jak piję wodę. Albo koper włoski. Jak chodziłam na lekcje śpiewu to tylko brzuch i brzuch, a facet mówił, masz za mało pewności siebie jak śpiewasz, hej. To już nie śpiewam. Jak siedzę na krześle, brzuch. Albo na toalecie. Albo w autobusie. I jak w tym autobusie patrzę w okno. Jak jadę rowerem. Jak jestem u znajomych. Jak idę biegać. I kiedy nie biegam. A już najbardziej jak przebiegnę. Jak jestem w pracy. W uniformie jak jestem. I jak go ściągam, żeby przebrać bluzę. Jak zapinam kurtkę. Jak przechodzę koło sklepów z ubraniami. I koło sklepów spożywczych. Jak mijam na ulicy ludzi. Jak mijam szczupłe dziewczęta. I bardzo grube jak. Jak myślę o przyszłości. Albo o wakacjach w ciepłych krajach, nie daj boże. Jak w telewizji mówią o wojnie. Jak pokazują przemoc. I marsze, i strajki. Myślę sobie wtedy, brzuch. Albo jak ktoś zaginął i go nie ma od sześciu dni, trochę myślę, Boże, to straszne, ale częściej myślę brzuch, brzuch, brzuch. Jak oglądam teledyski. Jezus Maria. Albo film o dziewczynie, która lata z pistoletem i jest bardzo twarda i profesjonalna. Jak oglądam reklamy obojętnie jakich produktów. Jak myślę o moim ślubie za pięć miesięcy. O ciąży. I po ciąży. Jak czytam książkę na leżąco. I jak za chwilę decyduję się usiąść. Jak zasypiam na boku. Jak koleżanka wysyła mi zdjęcie jakiejś dziewczyny, mówiąc patrz się na tą. Patrzę na brzuch. Jak się odbijam w wystawie. Jak przymierzam ubrania w przymierzalni. I jak je odwieszam na wieszak. Jak się kąpię. I smaruję kremem. Jak gotuję. Jak jem u kogoś. I jak ten ktoś podaje deser, mówiąc, oj przestań, mały kawałek. Jak przeglądam fejsbuka. Jak myślę o przeszłości. Jak oglądam zdjęcia. Albo jak ktoś chce mi zrobić zdjęcie. Jak płaczę. I jak się drę. Jak w poradnikach pytają, co jest dla ciebie w życiu najważniejsze. Albo w książce o mindfulness, co najmocniej cię stresuje. Albo jak wchodzę na angielski spóźniona, a wszyscy już siedzą. Jak kładę sobie szalik na kolanach czy torebkę. Jak mój pies chce się bawić i czeka z patykiem, a ja idę zapatrzona przed siebie i ani mi się śni. Jak Tomek opowiada mi, co w pracy. Albo jak mi mówi miłe rzeczy. Jak decyduję się zjeść kostkę czekolady. I jak już ją zjem. Jak sobie analizuję wszystko. Jak mogło być, a jak nie było, że wszystko na nic. Brzucha nie ubyło.

A w książce ‘Dobre ciało’ Eve Ensler, co tą książkę przeczytałam w godzinę, w aucie, po ciemku, na trasie Łódź-Pabianice, kiedy Tomek opowiadał, tu chodziłem do kumpla, tu do szkoły, ja myślałam wtedy, ta baba tak samo jak ja ma. Więc w tej książce jest, że ‘kiedy ostatnio przeprowadzono ankietę wśród ubogich kobiet z różnych grup etnicznych w USA, w której zapytano, jaką jedną rzecz zmieniłyby w swoim życiu, większość ankietowanych odpowiadała, że chciałaby schudnąć’. I to jest książka sprzed ponad dziesięciu lat, a nie zmieniło się nic. Nic. A później pisze o czymś nad czym tysiąc razy już myślałam i co wydaje mi się naiwne i śmieszne. I prawdziwe, prawdziwe. ‘Zaczęłam myśleć, że gdybym miała płaski brzuch, byłabym doskonała, byłabym bezpieczna. Byłabym otoczona opieką, akceptowana, podziwiana. Byłabym ważna i kochana’. I jeszcze: ‘Piszę o moim brzuchu może dlatego, że przez większość życia czułam się nie w porządku, czułam się zbrukana, winna i zła, a mój brzuch wydawał mi się workiem wypełnionym nienawiścią do samej siebie. Może dlatego, że stał się przechowalnią mojego bólu, urazów z dzieciństwa, niespełnionych ambicji, skrywanej wściekłości’. Boże. I czytałam tą książkę dwa miesiące temu. I miałam już klucz do szczęścia. Tyle mi pozwoliła zrozumieć. Już miałam wolną drogę, żeby się kochać, szanować i akceptować. I tak było. Że się kochałam, akceptowałam. A później zapomniałam. Cały czas zapominam.

WP_20170125_009

Eve Ensler „Dobre ciało”, WAB

strumień świadomości

Za każdym razem jak coś piszę, nagle przychodzi mi do głowy tysiąc siedemset pięćdziesiąt innych rzeczy do napisania i po trzysta osiemnaście razy czytam jeden akapit, drę włosy z głowy i szlag mnie trafia. Z jednej strony chcę napisać o tym, że przeczytałam takie zdanie w internecie, że wszystkie nasze potrzeby, wcale nie są naszymi potrzebami, że nam się częściej wydaje, że potrzebujemy, co nam się wydaje, że. A często wcale nie. I zaczęłam pisać o tym. Że jesteśmy w pułapce tych potrzeb właśnie, co nam wmawiano zawsze, że kariera, dom, miłość. Że żyjemy w przeświadczeniu, że mamy wobec świata zobowiązanie i że szczęścia doświadczymy wtedy tylko, gdy wszystkie te zobowiązania, jedno po drugim. Że szczęście to taki cukiereczek, który na spokojnie odwijasz z kolorowego papierka pod koniec życia. I myślisz wtedy, porobione, ciamkając. I piszę o tym, piszę, że teraz są takie potrzeby, szalenie pilne, by przemierzyć cały świat, by pojechać w miejsca, o których pół świata nie ma pojęcia, gdzie leżą. Żeby najlepiej przemierzać je rowerem z małą kamerką i samotnie, by później napisać o tym książkę lub ten film z kamerki puścić na youtubie i mieć milion wejść, i po tym sukcesie móc spokojnie ze świata zejść. (A później cały ustęp piszę, nie wiadomo kiedy, że wszyscy jeżdżą teraz, ale nikt nie czuje ekscytacji tym jeżdżeniem, bo co na zdjęcie patrzę z Tasmanii czy Patagonii to każdy z miną jakby od trzech godzin stał w kolejce do wrocławskiego baru mlecznego Miś. A później od tego Misia się odbijam, że mi niedawno przyjacióła powiedziała, że teraz takie bary mleczne bardzo modne, wszystkie hipstery latają, brodę w barszcz ukraiński wsadzają). Nagle myślę, Boziu, ja zupę robię, krem z marchwi, modną szalenie, ze strony przepis, wegańskiej, marchewka i masło orzechowe, wszyscy się posrają w pracy jak powiem co jem, chociaż się nikt pewnie w pracy nie zapyta, bo mnie nikt nie lubi tam, i vice versa, i idę do tej zupy w podskokach, marchewki twarde jak gnat, a w przepisie wyraźnie, marchewki duś 10 minut, aż całkiem zmiękną, moje jadą 40 minut i nic. I nienawidzę takich przepisów, takiego pierdolenia, że marchewka zmięknie po 10 minutach. W ogóle większość tych przepisów o dupę rozbić, kleksy jakieś na talerzu, każdy do tego w szmince przy stole, tak samo zblazowani wszyscy jak ci w Patagonii, foty se robią znad misy i puszczają w świat, patrzcie, jak se zajebiście zdrowo jem, duszone marchwie z masłem orzechowym, zaraz to wyleję do kibla. Ale rozkojarzyłam się jak nie wiem, gdzie to byłam, te potrzeby, dobra. Takie mamy teraz potrzeby, by biegać w maratonach i chodzić do psychoterapeuty. A jak jadę rowerem czasami, jak wracam z pracy, to mnie zatyka w płucach, że mam 33 lata i nie odniosłam sukcesu, nie mam swojego domu ani nawet kredytu, jest szansa, że nigdy nie przebiegnę maratonu, że nigdy nawet nie zacznę, że może wizyta u psychoterapeuty na coś by się, zwłaszcza, że tej kariery nie zrobiłam, a wszyscy robią, coś może ze mną nie tak, może pora na sobie się skupić, mindfulness i joga może, może będę biegać i oczyszczać umysł, muszę też oczyścić jelita, przeczytałam, że zapchane jelita powodują wahania nastrojów i stany depresyjne. Jest szansa, że nie zobaczę całego świata, że nie będę bogata. Że nie kupię Tomkowi, choć bardzo bym chciała, i nie przeplotę czerwoną kokardą najstarszego z Mercedesów. A przy tym Mercedesie zawieszam się na dłużej, że nawet prawa jazdy ciągle nie zrobiłam jeszcze, tak się boję tych aut, a wszyscy mówią, zrób, zrób, przyda ci się, a jakoś 33 lata przeżyłam bez auta, to to jest moja potrzeba czy nie moja, ja się pytam.

wp_20160325_002