uro

Ja ten dzień pamiętam tak, że Tomek wychodzi do pracy już koło siódmej rano, bo mu kilka dni wcześniej mówię, w piątek musisz iść do pracy o siódmej rano, wtedy szybciej wrócisz, ja mam  dla ciebie niespodziankę urodzinową. Tą niespodzianką na trzydzieste jego urodziny była zabawa ze znajomymi, których nie widział szmat czasu, a którzy wszyscy mieszkali w różnych częściach Europy. Zaprosiłam ich do nas już pół roku wcześniej. Pisałam do jego znajomych wiadomości, cześć, Tomek ma urodziny, wiesz co jest, trzydzieste, czy by nie było miło, gdybyś tu przyleciał do nas rajnerem na tort, na cały weekend, będzie to weekend na wsi, pełen zieleni i jezior, będzie wycieczka do Belfastu po trudnych dzielnicach i na pizzę, będzie naprawdę fajnie, plus przecież Tomek też całkiem fajny, znacie się trochę, trocheście się nie widzieli, tego. I oni głównie milczeli, ci znajomi jego. Albo pisali, fajny pomysł, dam ci znać. I nie dawali. I ja pisałam znowu, cześć, kurde, bo się martwię, bo jak nie przyjedziecie to mu muszę kupić perfumy i płytę kompaktową, no ej. A oni dalej pisali, jasne, rozumiem, zobaczę. Aż w końcu napisali, będziemy. Jeden po drugim napisali. I miałam ekipę. I miałam plan. I miałam serce na ramieniu, żeby to dograć, żeby ich położyć spać i nakarmić, żeby zorganizować czas, żeby Tomek się nie domyślił nic, nic. Nie przypuszczałam wtedy jak mało domyślny może być Tomek. Jeden z gości mógł przyjechać w środę już, bo loty miał tylko w środy i powiedzieliśmy Tomkowi, że fajna promocja, tani bilet z Reykjaviku, wpadnie do nas Michał. I Tomek nie skumał, że akurat jego urodziny, że jakaś – co mu mówiłam po sto razy – będzie niespodzianka przecież, czy ten Michał w tej niespodziance aby nie przeszkodzi. Ale też mówiłam Tomkowi, słuchaj, Michałowi pasowało przyjechać teraz, ale ja mu na wejściu powiedziałam już o twoim święcie i on zgodził się nam święty spokój dać, zorganizuje sobie sam czas jakoś, duży chłopak jest. Aż w końcu jest ta siódma rano, Tomek idzie do pracy, zamykam za nim drzwi i zaczynam piec chleb. Jeden, drugi, trzeci. I robię pasty z różnych warzyw, i biegnę do sklepu, i szoruję dom, i Monika przyjeżdża mi ze śpiworami, materacami, poduszkami i kołdrami, a kilka tygodni wcześniej mama wysłała mi paczkę z garnkami, talerzami, kieliszkami, Tomek się dziwił, po co nam to, kiedy będziemy tego używać, to zastawa na dziesięć osób, a w międzyczasie telefon nowy wpada mi do kibla i nie działa, ja płaczę w głos, Michał próbuje reperować, nie ma jednak na reperę szans, piszę wszystkim gościom, co na lotniskach, kontaktujmy się na fejsie, mi telefon do kibla wpadł, nie dzwońcie. I cały dzień się bałam, że się te samoloty w pizdu porozbijają, te ich loty były, że jeden lądował o 13, drugi o 22, cały dzień miałam głowę pełną katastrof, pełną zakalcowych chlebów, pełną past o nijakim smaku, patrzenia na zegarek pełną i jeszcze musiałam dociągnąć ściemę, że jakąś mam niespodziankę jak Tomek tylko wróci do domu. Więc się ubrałam w czerwoną sukienkę i usta czerwone, we włosy jakoś puszczone, wszyscy jego znajomi, co przyjechać nie mogli kartki wysłali urodzinowe, co doszły w piątkowe rano, a kosztowały mnie kolejne zawały, całe przyszły sterty kartek, przyszły drobiazgi od wszystkich, Michał dmuchał w ogrodzie balony, Bonus był malutki i niezadowolony, jeden pokój cały w urodziny przystrojony, ciasto miałam kupne tylko, bo już bym zemdlała, gdybym jeszcze ciasto musiała. I nagle wrócił Tomek, ja go witam winem czerwonym, czerwoną sukienką i ustami, Michał żegna się z nami, zostajemy sami, on wchodzi w ten pokój z balonami, jego oczy wypełniają się łzami. Później jemy zimnawy obiad i ciasto, ja się cały czas boję o te samoloty, w ukryciu sprawdzam więc internet, czy ktoś coś nie popisał, Tomek w tym czasie też wchodzi na fejsbuka, a tam jedna para, co będzie u nas za chwilę pisze sobie zupełnie bez pomyślunku, super jedzonko jemy sobie w Belfaście, i wrzuca jakieś zdjęcie, mi krew odpływa z mózgu, jak Tomek wymawia ich imiona, i jak patrzy się w ten komputer zasmucony, dodając, nie widzieliśmy się tak długo, mogli powiedzieć, że przyjeżdżają do Belfastu, to dla nas rzut beretem. A ja myślę sobie, uf. Nie skumał. Taki to jest chłopak mądry po doktoracie. A później siedzimy na kanapie i ja mówię, Tomek zaraz będzie niespodzianka, będziemy musieli wyjść i Tomek wie doskonale, że pójdziemy do restauracji na kolację i że może jakieś kino jeszcze po drodze czy co. Ale zanim wyjdziemy, Tomek, to chodź, proszę cię z psem. Padało wtedy trochę, pamiętam. Pamiętam, że mieliśmy iść z psem i po drodze wpaść na Michała mieliśmy, który prowadzić miał do nas tę parę, co jadła dobre jedzonko w Belfaście, i tak faktycznie było, że oni szli w naszą stronę, że otworzyli szampana i zaczęli śpiewać sto lat, a Tomek stał oszołomiony i nie wiedział, co robić. A za chwilę wróciliśmy do domu, mi bardzo ulżyło, że choć ta dwójka przeżyła ewentualną katastrofę lotniczą, wyciągnęłam przystawki i chleb, i usiedliśmy, ja patrzyłam na Tomka, on się bardzo cieszył, było dużo wina, koniaku i szampana. I jakoś się atmosfera rozluźniła, ściemniło się jakoś, i nagle ni stąd ni zowąd otworzyły się drzwi i ktoś zaczął śpiewać kolejne sto lat, a Tomek stał i nic nie rozumiał, i widział ludzi, których widywał już tylko na zdjęciach, a nagle oni materializowali się w naszym maleńkim salonie, a Monika, która ich przywiozła, przywiozła również ogromną lasagne i gdyby nie ona to ja bym musiała po nocy chleb piec dodatkowy, tak mnie z tym jedzonkiem i materacami uratowała, sekundę tylko posiedziała, Bonus się z tego wszystkiego zsiurał na dywan, bo już nie mógł wytrzymać, taki był mały i zestresowany, wszyscy się śmiali, śmiechu było dużo, dużo koniaków, whisky i szampanów. Tomek patrzył na mnie raz po raz, przekrzywiając głowę, że zupełnie nie sądził, że taka jestem fajna, a ja jestem fajna, szczególnie, kiedy chodzi o miłość, mi się ten wpis głupio pisze, bo w całości mówi o tym, jaka jestem fajna, nie dodając, że przy tym dość skromna i zakłopotana, Tomek mnie drugi rok prosi, napisz o moich urodzinach, drugi rok cię proszę. Normalnie bym nie napisała. Ale dobra, siedzimy, jemy, gadamy, jeden drugiego przekrzykuje, przepiszcza, ja patrzę na nich wszystkich, większości nie znam, nagle się otwierają drzwi, ze mnie opada absolutnie już całe ciśnienie, bo oto jest ostatnia na dziś para, żyją, przeżyli, są, jest pierwsza w nocy, piątek, 24 kwietnia, Tomek ma zabawę życia, ja się upijam winem i zasypiam spokojna. A rano się budzę, że trzeba śniadanie, trzeba kanapki, pomidory trzeba, tyle ludzi w domu, w każdym pokoju ktoś, trzeba z wczoraj posprzątać, na dzisiaj porobić, dziś będzie śniadanie i spacer, a później grill i następny gość, a wieczorem zabawa  w klubie, który zarezerwowałam, wieczorem będzie tort z trzydziestką na czubku(znowu Monika!), będzie zabawa do białego rana. Taki jest plan. Patrzę jednak po ludziach i widzę, że będzie ciężko. Że jest ciężko. Niektórzy nie chcą pić nawet herbaty, a przecież herbata – wiadomo – to napój, który pomaga na wszystkie dolegliwości. Po śniadaniu jest jednak spacer, jest oglądanie zwierzątek w małym, wiejskim zoo, jest dużo słońca i spokoju, wszyscy nam komplementują jeziora i ciszę, a my chcemy tylko, czego nie mamy. Z tego zoo do domciu, na ogród, chwila moment ostatni będzie gość, trochę panikuję, bo ląduje w Dublinie i musi dojechać, musi dojechać autem, z kierownicą po prawej, dróżkami jak wąskie i kręte wstążki. Dojechał. Wszedł do ogrodu jak gdyby nigdy nic, i powiedział, siema. I już w ogóle mogłam pójść spać wtedy i wyspać cały ten stres, co mi się kumulował tygodniami. A później był grill ze stekami, później ta zabawa  w pubie z muzyką na żywo, a później spacer czterdziestominutowy, którego nie przewidział nikt, bo kto by przypuszczał, że na takiej wsi taka będzie kolejka do taksówek. A następnego dnia było śniadanie na ogrodzie, a później deser, czekoladowy i gorący, który zrobiła Karolina, a który płynął po talerzu gęstą strugą, że chciało się być z talerzem sam na sam, a się nie było. Później był Belfast i wycieczka z panem taksówkarzem, który nas wiózł wielką taksówką i opowiadał o protestantach i katolikach, o strasznych historiach i politykach, ale to jest w ogóle opowieść na kiedy indziej, ta opowieść jest o tym, że urodziny się powinno spędzać z przyjaciółmi, którzy wszyscy się porozjeżdżali po wszystkich krańcach świata, ale jak trzeba to się zbiorą i wybiorą za głębokie wody, na odległe lądy, za siedem gór i rzek, i nie dlatego, że ja jestem jakoś super zajebista. Tylko oni. I trochę Tomek.

IMG-20150503-WA0005

przygotowania do ślubu cz.4

Koleżanki mi mówią niektóre, ale ty się jarasz tym weselem, co?, a ja takie mówienie z miejsca biorę, że to źle, że się jaram, że jestem trochę głupia i dziecinna, bo jest wokoło tyle tematów do poruszania, a ja tylko, że weselne piosenki, weselne soki i desery. I że może lepiej bym tak pogadała o tym, że mi coś tam się nie udało, że któraś dziewczyna, co ją nie wiem, czy kojarzysz, ale kiedyś koło niej przechodziłaś, to ona se teraz fajnie schudła. A ja tylko wesele i wesele, niby. A mi jak tak ktoś coś wytknie, ja się z miejsca obrażam, z miejsca obiecuję sobie, że nigdy więcej tej osobie nie powiem na temat wesela nic, ale nic!, słowa, ona będzie mówić, co w ogóle z tym weselem, a ja będę mówić, a słuchaj, a jaka u was pogoda. Mam takie zacięcie mściwe już, zawsze sobie poprzysięgam zemstę, niech mi ktoś tylko raz zwróci uwagę, całe mam pamiętniki zapisane, nigdy więcej nie mów tego i tego, temu i temu. Inna sprawa, że z tego nic nigdy nie wychodzi, ja tych pamiętników wcale nie czytam. Tak czy siak, o tym weselu niby dużo. Niby za dużo tych emocji. Tej radości. Kto to widział tak przeżywać imprezę jednorazową pełną galarety drobiowej i w czerwcowy gorąc. I mi się głupio robiło jak mnie tak na ziemię te koleżanki sprowadzały. Aż sobie pomyślałam, chuja. Mam pełne prawo się cieszyć tym. Się tym weselem weselić. Bo po pierwsze, mało teraz się ludzie cieszą i emocjonują, a przecież to takie niezwykłe uczucie, kiedy sobie na przykład patrzysz w rozkład jazdy autobusów, kiedy sobie na przykład stoisz pod wiatą, a pogoda jest, że wieje i leje, i nagle taki dreszcz ci idzie po całym ciele gorący jak piorun, taki ci staje przed oczami przebłysk, że będziesz w tej sukience brokatowej życzeń od wszystkich słuchać, a Tomek będzie cię trzymał za rękę dumny i pewny. Wesele to jest taki dzień, że wszyscy moi ulubieni znajomi będą. Że wszyscy będą razem, co się niektórzy znają tylko z opowiadań. Że będzie cała rodzina moja i Tomka, bliższa i dalsza, i będą nam gratulować. Jak mam się nie emocjonować? Czemu mam udawać, że tak, bierzemy ślub, ale to nic takiego, to sprawa formalna, pomówmy, co w sztuce. Czemu niby to jest siara i wstyd, że ja się cieszę z zamążpójścia? Bo przecież nie z tego się cieszę, że polecą piosenki, my Cyganie, co pędzimy razem z wiatrem, nie to, że nie mogę się doczekać, żono moja, serce moje, a na parkiecie panie o pustym spojrzeniu utkwionym wysoko ponad ramię partnera. I nie chodzi też o panie w kwiecistych fartuchach i cielistych skarpetach, co będą nad naszymi głowami z paterami jaj w majonezie. Ale też nie mogę pozwolić na to, żeby biesiadnicy żyli tylko obrazem mojej i tomkowej miłości. Toż musi być biesiada z jajami, z majonezem i biesiadną nutą. Wesele to nie jest piątkowa domówka, na którą przyjdą trzy pary znajomych, i ja muszę z tego tytułu wyszorować kibel i porządnie za kiblem, bo mi na pewno łypną okiem. I muszę zrobić siedem sałatek, trzy desery, a alkohole zmrażać już muszę od niedzieli. A każdą szklankę obtoczyć w cukrze i pół plastra pomarańczki dać, a jak mi powiedzą komplement, machnąć ręką. Wesele się planuje i planuje, i ja nie jestem pierwszą osobą, która się o tym dowiaduje. W weselu to jest fajne właśnie, że się planuje i czeka. Że się sobie w myślach przyrzeka. Że się, jak jest smutno, w to planowanie ucieka. Wesele to jest wesoły czas, w którym się celebruje to, że dwie osoby obiecują sobie cuda, zapominając na chwilę, że życie to na co dzień straszna nuda. Plus to jest naprawdę fajne w czasach, kiedy się na okrągło zrywa, bo komuś brakowało czegoś ciut, ciut. Że mały fiat. Mały fiut.

tort