pohajtane

Pyknie ci to, zobaczysz jak ci pyknie. Tak mi gadali. Każdy gadał. W ogóle nawet nie zauważysz tych rzeczy, o które teraz płaczesz, że nie są po twojej myśli, bo tyle będzie rzeczy do patrzenia, że zapomnisz. A ja sobie myślę, dobra, dobra, skoro to jest – tak też gadali – najważniejszy w życiu dzień i najpiękniejszy, to przecież nie może być, że czegoś nie dostrzegę, coś mi umknie. Powinno być, że wszystko widzę, wszystkiego w pełni doświadczam, wszystko czuję. Tak było na starcie. Jak stałam oparta o ścianę kuchni i jadłam żółty ser z na głowie wiankiem, w pełnym makijażu i kole od sukienki. Tak stałam, dygocąc, że za pięć minut fotograf, że jestem głodna, że zaraz kościół i tam na bank się wywalę, tak stałam na przedzawale. A zaraz zakładałam rajtki i ni stąd ni zowąd buchnęłam wielkim płaczem, którego nie uzasadnię, a siostra wachlowała mnie tym po rajtkach kartonem. A za chwilę płakałam znów pod salonem, a później stroiłam do aparatu miny, a Tomek spóźnił się mniej niż pół godziny, ale w tym krótkim czasie już miałam myśli, że on na trasie, że autostradą zwiał od tej miłości, kiedyś wyśle mi mejla pełnego szczerości, kochałem lecz także się bałem, więc zwiałem. Więc on się spóźnił, co później wyszło, garnitur przemieniał, klęczymy razem, błogosławienia, ja znowu wyję – to niepojęte – cały ten początek dokładnie pamiętam. Że padał deszcz, że mi pod domem dziewczyny moje, że wszyscy mieli piękne stroje, że do ołtarza i spod ołtarza, to się raz jeden w życiu zdarza. Później była sala i życzenia, i to była jedyna tylko sytuacja, żeśmy z każdym zagadali, to jest kosmos – osiemdziesiąt ludzi na sali. Przy kotlecie i rosole patrzyłam po stole, patrzyłam na ludzi i kwiaty, bo tyle było kwiatów, na te wszystkie rzeczy patrzyłam, co mi wszyscy mówili, ty tego nawet nie zobaczysz, wszystko było cacy. W ogóle wszystkich z osobna mogłabym chwalić, że tyle z siebie dali, ale tylko Tomka ściskałam za rękę, mu mówiąc, to wszystko dla nas i z naszego powodu, tyle zachodu. Najmocniej mi smutno z tym weselem, że wszystko tak szybko, że jak pstryknięcie palcem. Jak byłam na innych weselach to mi czas leciał inaczej, to jadłam i piłam, mówiłam, mówiłam, tu teraz wszystko szybko i krótko, dwie łyżki zupy, parkiet i goście, głód i odciski, dużo miłości, ludzie, których nie widziałam sto lat, a którym zdołałam jedynie wypiszczeć to w uszy, gorzko, gorzko, wszystkich bardzo suszy, więc toast za toastem, ciasto za ciastem, tort, gulasz i flaki, dziewczyny, chłopaki, wszystko jak karuzela, świat się kręci, dech zapiera, tu ludzie, tam ludzie, tu macha ktoś, bym przyszła, więc idę, tu jednak mnie ktoś na parkiet, więc tańczę, z parkietu mnie ktoś na dwa słowa, a inny ktoś do zdjęcia, a przecież jestem już dziewczyną nie do wzięcia, miała matka syna i niech żyje wolność, ślubuję ci miłość i wierność, dozgonność, barszcz i krokiety, dialogowe bzdety, niech im gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie, babskie ploty, męskie baśnie, miłosna sesja przy torach i w parasolach, film miłosny i radosny, gości łzy i komplementy, pocałunki i prezenty, hej sokoły i volare, gdzie ma godność, gdzie morale, czy tę suknię to uszyto, sue, sue, despasito, będzie zabawa, będzie się działo, znowu nocy będzie mało, jakiś wujek, jakaś ciotka, tam słonecznik, tu stokrotka, trza być w butach na weselu, na parkiecie nas tak wielu, mój jest ten kawałek podłogi, w górę ręce, w górę nogi, ja już w rajtkach jak wariatka, dzisiaj żona, jutro matka, galaretym nie pojadła, tyś już pani, już nie panna, oczepiny strasznie krótkie, podaj wódki, nalej wódkę, gorzko, gorzko po raz setny, czy ten wieczór nie jest świetny, smutno mi, że to pyknęło, było, było i minęło, cały rok przygotowania, jedna noc celebrowania.

Wszyscy mi mówili, pyknie. Nikt nie mówił o zmęczeniu. I o tym, że będę smutna. Nikt nie mówił o zakwasach. I że jak znów będę w lasach to będę dzień mieć jak dziś mam, że się cały czas zamyślam, nad tym, że zmieniam nazwisko, a z nazwiskiem zmieniam wszystko.

19225091_1796230217059210_812046778357523167_n

przygotowania do ślubu część ostatnia

Mi się wydawało, że przedwesele to jest, że ja się kąpie w mleku, a wszyscy wokół mnie robią rzeczy i tylko pytają, a powiedz, a jak się czujesz, że będziesz żoną, bo są strasznie ciekawi, i albo mi zazdroszczą, i temu chcą wiedzieć, by się rozmarzyć, albo chcą sobie przypomnieć te emocje, co je też mieli, jak w tym mleku siedzieli. A wychodzi, że ja słyszę z każdej strony, Małgosia, jeszcze to trzeba, dziecko, o tymście nie pomyśleli, jeszcze to i to, tamto, owamto, a ja czuję zmęczenie i irytację, i w ogóle nie zanosi się na szczególne traktowanie czy bycie królową. Jest pierwsza w nocy, mi się chce płakać ze zmęczenia, a robota jest do zrobienia, jutro jest ostatni dzień, myślałam, że to będzie, że ja sobie podumam w bujanym fotelu, jedna noga pod brodą, druga puszczona, ja zaraz żona, że ja sobie siedzę, patrzę w niebo i opalam buzię, paznokcie mam całe pod sukienkę, cerę piękną i lśniące włosy, wszyscy mi zazdroszczą, że będę w centrum uwagi, i że jaka ja ładna, a wychodzi, że mam odcisk z buta na każdym palcu, pięty nieporobione, nogi nieogolone, a brzuch smętnie wisi, pełen sałatek jarzynowych i bigosu, to jest żart losu. W tym wszystkim jest trochę strachu, że się wywalę w kościele, że długo nie wstanę w niedzielę, że mi wszystko śmignie hops hops, z mojego bycia singlem klops.

Buziaczki

 

FB_20150515_15_19_49_Saved_Picture