emiGRACJA, cz. 2

Najpierw było to piwo, później była fabryka sosów. Pojechaliśmy do fabryki sosów, tam była pani, która miała 300 lat i która szeptem tłumaczyła nam, co mamy robić. A mieliśmy zamieniać miejscami majonez z keczupem w wielkich kartonach. Więc majonez był po lewej, a keczup po prawej, a miało być odwrotnie, i tośmy robili osiem godzin. Później były m&m’sy i na m&m’sach siedziało przy jednej taśmie ze sto osób, jedna otwierała karton, druga wyciągała czekoladowe kulki, trzecia układała je na taśmie, czwarta segregowała paczuszki kolorami, dwie następne z tych kolorów robiły komplety, kolejne dwie otwierały małe tuby, dwie następne w te tuby pakowały paczuszki, jeszcze dwie te tuby zamykały, kolejna naklejała naklejkę, następna ładowała do nowego kartonu (…). Takie się robi rzeczy na zachodzie, lepsze kraje, lepsze pieniądze, kariera i szybki awans. Jak ci ktoś powie, jestem superwajzorem w Holandii na fabryce dżemów, to wiedz, że to jest osoba, która krąży wokół taśm i jak się jej ktoś zapyta, mogę siku, to ona spojrzy na zegarek, rozejrzy się po hali, popatrzy w kartony, ile zrobione, ile zostało, głośno wypuści powietrze przez nos i ostatecznie odpowie, tylko szybko! Na m&m’sach była baba chwilę po 50-tce, z okiem na niebiesko, ustami w róż i policzkami, baba w niewygodnej acz wydekoltowanej granatowej bluzce w białe zawijasy, która opowiadała chudemu i roześmianemu chłopaczkowi z irokezem o swoim ostatnim weekendzie. I mówiła mu, no przyszedł Waldek, a znasz Waldka, wiesz jaki jest Waldi, z wódką przyszedł, z kratą piwa, ja miałam trochę bigosu, tośmy siedli do tego i zaczęli. Zaraz się poschodzili wszyscy z domków do nas, bo u nas największa biba, i się zrobiło. Mówię ci tak się pospijali, ci młodzi szczególnie, pić to nie potrafią wcale. Ale dobrze ruchają. Powiem ci, jak mnie jeden wczoraj wylizał to łuuu – krzyknęła na pół sali, a koleś w irokezie odchylił się na krześle i mocno klasnął w dłonie. To była pani Ewa. Ja tą sytuację zapamiętam do końca życia, tą jej bluzkę, makijaż i fryzurę. I wszystkie szczegóły tej jej super nocy. Pani Ewa mieszkała kilka domków od naszego, wszyscy ją lubili, bo była równą babką. Wielokrotnie słyszałam jak mówiła do kogoś, muszę zadzwonić do mojego starego, bo pewnie się już martwi, że tyle nie dzwonię. Albo, mój młodszy syn musi brać korepetycje z matmy, bo tłuk. Z panią Ewą pracowałam jeszcze raz na fabrykach majonezów. Miałam 12-godzinną zmianę i bardzo źle się czułam od rana. Pani Ewa wiodła prym na taśmie z majonezami, przy której jedynym zadaniem było naklejanie na każdy słoik naklejki z napisem ‘NO 1. in EUROPE’. Pani Ewa bardzo chciała, żebyśmy zapierdalali, co raz po raz oznajmiała wykrzykiwaniem tego słowa. Przy taśmie było dużo nowych, pani Ewa nie była nowa na majonezach. Była również przekonana – o czym na całe gardło powiadomiła kolesia z irokezem – że jest na majonezach najlepsza i najszybsza, i że ciągle przysyłają tych młodych, ona im cały czas musi pokazywać robotę, a i tak firma się na żadnego nie decyduje, bo nikt Ewie nie dorównuje. Ewa się darła wniebogłosy, a ja tymczasem poczułam jak słabnę coraz bardziej, jak za moment stracę przytomność, zdołałam jedynie wstać i osunąć się na ziemię, ale zanim to się stało dostałam od pani Ewy siarczysty opierdol, że jestem wolna, że nie wiem, co to praca, że mam w głowie fiu bździu. Jakichś dwóch panów wzięło mnie pod ręce, odprowadziło na stołówkę, dało czarną kawę i kazało czekać na transport do domu. I tyle. Sama tam sobie siedziałam, w tle słysząc tylko warkot maszyn produkujących i pakujących najlepszy majonez w Europie. A jak przyjechał po mnie kierowca z ośrodka to całą drogę kręcił głową, że z takim podejściem to ja daleko nie zajdę. Że robota w majonezach mi przeszła koło nosa, a to jedna z lepszych tu robót, bo można dostać 16-godzinne zmiany, wtedy pieniądz lepszy, a jak się firmie spodobam to może i jakiś kontrakt za kilka lat. Ale jak się komuś robić nie chce to co poradzisz, nic za darmo, on sam w dwóch firmach robi, jeszcze tym busem jeździ, po 18h na dobę robi, jeden wolny dzień w tygodniu ma, da się? Da. W tych majonezach mnie faktycznie już więcej nie chcieli, za to na próbę wzięła mnie i moją koleżankę firma od sałat. Wszyscy bili brawo i zazdrościli, w sałatach takiej kasy natrzepiesz, że nie masz pojęcia, mówili. W sałatach natrzepiesz sałaty, hehe. Sałaty były w nocy i w chłodni. Stąd ta kasa. Przynosiły jakieś silne chłopaki skrzynki sałat, trzeba je było kroić najszybciej na świecie, one sobie taśmą leciały pod natrysk, dalej do paczek i na Europę. Robalki tam chodziły po tych sałatach to jak któraś baba zobaczyła od razu pisknęła, reszta bab podłapała i żadna nie skroiła, cała główka leciała w torbę. Kilka tygodni później usłyszałam historię o nocce na taśmie z ziemniakami, po której taśmie między jedną a drugą pyrą leciał martwy kret i także poszedł w torbę, bo nikt nie miał odwagi go. Na tych sałatach byłyśmy ze cztery tygodnie, tak nas polubili. I za każdym razem o czwartej nad ranem nachodziły mnie myśli, że chcę do mamy albo choć w ciepłe wyro, że ręce sztywne od zimna mam i tytuł magistra filologii polskiej, że piję gorącą czekoladę w proszku na trzydziestominutowej przerwie, na której też wypiłam już dwie czarne kawy, żeby móc dalej kroić sałaty, piję gorącą czekoladę w proszku pośród smutnych wąsatych panów, których języka nie rozumiem, i których mi żal bardziej niż siebie, piję gorącą czekoladę i jest to najmilsza rzecz na tej nocnej zmianie, która zdaje się nie mieć końca. Wytrzymam, myślałam sobie, jeszcze miesiąc i wracam do domu. To było prawie siedem lat temu. Teraz jestem w Irlandii Północnej, której codziennie robię sto zdjęć, żeby pamiętać, bo teraz wiem na pewno, że został miesiąc i wracamy do domu. Wracamy do domu!

DSC03742

emiGRACJA, odc. 1

Prawie siedem lat temu było tak, że mieszkam sobie we Wrocławiu, mieszkam, nagle otrzymuję telefon od koleżanki, ona mi mówi, Gośka, dzwonili z tego biura, czy chcemy jechać do Holandii na te kurczaki, cośmy trzy miesiące temu się zgłaszały, dawaj jedziemy, wyjazd pojutrze, ja mówię, jak kurwa pojutrze, ona mówi, no kurwa pojutrze, i myśmy pojechały. Była druga w nocy jak ten bus po mnie przyjechał do Wrocławia, cały był nabity ludźmi, w busie było cicho od ludzkiego spania, siadłam w fotelu i ścisnęłam tę koleżankę za ramię, bo ona siedziała fotel przede mną i nie bardzo mogłyśmy gadać, choć tyle było w nas emocji. Najmocniej to się bałam. A najbardziej tych kurczaków. Jechaliśmy tysiąc godzin w niewygodzie, w zimnie i chłodzie, a zaraz w gorącu i pełnym słońcu, aż w końcu dotarliśmy do Niemiec, tam się okazało, że w Holandii jest przeludnienie, nie ma zakwaterowań, musimy zostać tu i koniec. Zawieźli nas na takie osiedle jednorodzinnych domów, tam dali mnie z koleżanką i jeszcze dwie dziewczyny do domu, w którym było już dwóch chłopaków, te chłopaki z przymrużonymi oczyma oprowadzali nas po pokojach, niewiele mówiąc. Było ciepło, więc wyszliśmy na zewnątrz, podjechał jakiś chłopak czerwonym samochodem i spytał, czy chcemy wagon polskich papierosów, bo ma tanio, myśmy nie chciały, on się zapytał, nowe tu jesteście, hehe, kiedy żeście przyjechały, no to zajebiście, a gdzie macie robić, w kurczakach, no to, kurwa, powodzenia, hehe, nie no, nie będę nic gadał, same zobaczycie, co nie, Łuki? A Łuki to był ten chłopak ze zmrużonym okiem, który nie powiedział nic tylko stał z ponurą miną i głową do góry. Zadzwoniłam do mamy i powiedziałam, że wszystko dobrze, że mamy duży dom, jest ciepło, zaraz poznamy okolicę. Okolicę obchodziło się w kwadrans, okolicą było osiedle domków jednorodzinnych, przed wszystkimi domkami siedzieli Polacy, Słowacy i Czesi, i albo rozpalali grille, albo pili piwo i jedli chipsy, z małych magnetofonów leciały hity sezonu, za kilka godzin różne dziewczyny do tych hitów różne robiły miny i różne ruchy biodrami. Powiedziano nam, że weekend mamy wolny, że pracę zaczniemy od poniedziałku, mamy chwilę, żeby się rozpakować i zadomowić. Dowiedziałyśmy się o systemie pracy, że wcale nie musimy na te kurczaki iść, że będą nas rzucać od firmy do firmy, może być, że w poniedziałek tu, we wtorek tam, że będziemy się z dnia na dzień dowiadywać, że firm jest milion, lepsze i gorsze, na kurczaki to najbardziej przejebane jechać, kurczaki to gnój i smród, są fajne też firmy, najlepiej płacą w chłodniach i na nockach, ale to trzeba dobrze trafić, żeby cię wzięli. Jak parę razy pochodzisz i cię firma polubi to dzwoni do biura i mówi, żeby cię przysyłali, czasami nawet ci dają kontrakt, wtedy to jak pączek w maśle. Żeby się dowiedzieć, kto gdzie pracuje, trzeba było chodzić na wiatę, gdzie wisiały listy z nazwiskami, nazwą firmy i godziną wyjazdu doń. Bo większość tych firm była w Holandii. Naszą pierwszą firmą był Heineken. Wyjazd o północy, praca od drugiej do dziesiątej rano. Wszyscy nam zazdrościli i gratulowali, że super start, nie dość, że piwko, hehe, to jeszcze nocka, większa kaska, a już w ogóle będzie zajebiście jak nam się uda wytrwać do piątku, w piątki wszystkie firmy w Holandii rozdają swoim pracownikom prezenty, więc jak ktoś pracuje przy piwie to dostaje zgrzewkę piwa. Ktoś, kto pracuje w majonezach, te majonezy ma, ktoś od ciastek ciastka, od kurczaków kurczaki, a jak ktoś robi przy plastikowych donicach to ma w każdy piątek od firmy plastikową donicę. Później się wszyscy na ośrodku tym wymieniają. Wszyscy jedzą te same na ośrodku kury, majonez i ciastka. I w tych samych donicach nikt na ośrodku nie zapuszcza żadnych korzeni. Moja pierwsza praca na emigracji, prawie siedem lat temu, to była praca w Heinekenie, od drugiej w nocy, w noc moich 27 urodzin, stałam tam na zgrzewce od piwa i na piwa patrzyłam, czy wszystkie etykiety równo, obok stała moja koleżanka, sprawdzając, czy wszystkie kapsle dobrze, a dalej ktoś jeszcze, czy aby do pełna nalane. Przez prawie osiem godzin znalazłam trzy nierówne etykiety i biło mi od tego serce. Później zasnęłam, opierając łokcie na chudej belce, zasnęłam na stojąco, i mnie nie wzięła ta firma do piątku aż i nie dostałam za darmo tych piw, których wszyscy moi nowi koledzy nie mogli się doczekać. Musieli polskim bekać.

DSC03742