po to my

Koniec października, płyniemy z Tomkiem promem, nasze rzeczy, co ich pół ciężarówki, a które są dorobkiem naszym wielkobrytyjskim, trochę jeszcze islandzkim i trochę niemieckim, dojeżdżają już powoli do Polski, my z Irlandii do Francji płyniemy najpierw, stamtąd pojedziemy do Luksemburga, później do Niemiec, a następnie na Wrocław cudny i piękny, a dalej w Bydgoszcz nieznaną, na nowy ląd, i będzie to koniec emigracji naszej, choć nikt nie mówi, że na amen, niech też nie będzie myślane, że jest to bilet w jedną stronę, to przecież powoduje serca niebezpieczne bicie, płyniemy tym promem, bo pies przesz jakoś musi, siedzi teraz zamknięty w smutnej klatce, a obok niego ciężarówki pełne cielaków i pan w niebieskim kombinezonie i o papierosie, Bonu siedzi tam całkiem czarno-biały, mi łzy płyną rozszalałe jak teraz to morze, po którym tym promem, kołysze nami, Tomek już z całą głową rozbolałą, ja leżę w wyrze i oglądam stare filmy na komputerze, nie wierzę, że my w tę Polskę, nie wierzę, a rano wstajemy i ja mówię Tomkowi te słowa, może test zrobię ciążowy, on, że po co, przecież jeszcze nic nie ma, ja już jednak – skorom pomyślała – walę z tym testem w łazienkę i po sekundzie wychodzę, że wszystko na nic, jedna kreska, a Tomek w ogóle nie reaguje, więc idę się kąpać, a z kąpieli jeszcze raz w ten test patrzę, bo mi się wierzyć wręcz nie chce, a na teście druga kreska siedzi koło tej pierwszej, teraz to mi się wierzyć nie chce za dwóch, idę do Tomka, a Tomek – jak prawdziwy zuch – mówi, to jeszcze nic nie znaczy. Jemy śniadanie, ja cała w ciąży już, już nie ma ze mną innego gadania, odbieram psa, pies już o wszystkim wie, schodzimy z promu z dzieckiem w brzuchu i całą Europę z nim. W następnych dniach robię drugi test i trzeci, mówię Tomkowi, będą dzieci, jest Tomek, będzie potomek, on mówi, musimy to potwierdzić u lekarza, zero w nim piszczenia czy pogadanki, że ale by było! Tomek taki jest, że wzruszenia na kolanach, piszczenia zero, tylko nauka i dowody. Jak tylko dojeżdżamy do Bydgoszczy ja szukam lekarza po internecie, nikogo w mieście nie znam, nie mam pół koleżanki, więc się nie mam poradzić kogo, widzę pana, co wygląda jak Krawczyk Krzyś, Krzyś się kojarzy dobrze, więc dzwonię, a pan do mnie, że ale proszę mi najpierw powiedzieć, czy panią ta ciąża cieszy, ja, że tak, on, że to proszę przyjść o trzeciej. A jak tam przyszłam to on bez zupełnego entuzjazmu oznajmił, że potomek siedzi, jest bardzo mały i wczesny, ale siedzi, i że wypada mi chyba pogratulować, a każde słowo cedził jak profesor nudnych nauk, który sto czterdziesty piąty raz mówi jedno i to samo, a to co mówi straciło zupełnie sens. Za tę nowinę 185 złotych wziął i mi powiedział, że jak go wybiorę do prowadzenia ciąży to czasami będzie taniej, a czasami drożej to wychodziło, te wizyty, przecież to zależy, czy będzie mi robił USG, czy nie. Wyszłam stamtąd i dzwonię do Tomka, on w końcu – skoro mu sam doktor potwierdził – uwierzył, choć to przecież nie do wiary. I czas najgorszy na to wszystko, choć wszyscy w internecie mówią i w życiu, że nigdy nie ma czasu doskonałego. Zmieniamy tego Krzyśka na uszminkowaną babę z objedzonym pazurem, baba jest poważna, co ja biorę za profesjonalizm, bo jestem szalenie naiwna, podoba mi się baba przez pierwszych wizyt kilka póki jej nie pytam, czy mogę z mężem na wizytę przyjść, ona na mnie patrzy, jakbym zraniła ją nożem i zadaje sobie pytanie, jaki był tego ranienia powód. Ale się zgadza, Tomek przychodzi, młody mu macha z ekranu i robi fikołek, baba mówi, będzie syn, ale dodaje, że na sto procent to my się dowiemy na badaniu połówkowym, a Tomek pyta, o co to chodzi, badanie połówkowe, na co baba, że panu to się połówka pewnie tylko z butelką wódki kojarzy. Wyszła w końcu baba z wora, enefzecik, Polska, profesja i poziom. Po chwili pytam ją, czy mogę skierowanie wziąć, bo na zajęcia chciałam chodzić takie lekko sportowe, ona, że nie widzę przeciwwskazań i pisze już specjalne zgody, ale dochodzi do dalszej wymiany zdań, wychodzi, że te ćwiczenia to i elementy jogi, baba poważnieje w sekundę i mówi, że nie ma mowy, nigdy się nie zgodzi, to są przecież szamani z Tajwanu i sekta, i ona temu dziecku w moim brzuchu tego nie zrobi. Na kolejnej wizycie nie pozwala mi patrzeć w ekran, bo i tak niewiele widać pono, a kiedy proszę ją o pozwolenie na lot samolotem, odmawia – jak przy jodze – uśmiecha się dumna i durna, mówiąc, ja takich pozwoleń nie daje, bo nie.  Wychodzę, piszę na nią skargę i życzę jej źle.

Bądź co bądź, mamy tego dzieciaka w brzuchu. Robi tam salta i pajace. I ja to sobie wyobrażam tak, że ładuję go w granatowy kombinezon i idziemy się huśtać czy długo oglądamy kamień, bo on jest – jak Tomek – trochę wolny i rozfilozofowany, i że w ogóle będzie z nim tak, że najpierw będzie całe dnie spał i noce, a później będzie huśtał nogami z krzesła i rysował dom z psem, mamą i tatą, ja będę pisać powieść, a pieniądze będą nam spadały z nieba prosto na ukwiecony i oblany słońcem balkon.

IMG_20171201_102833725

6 thoughts on “po to my

  1. Ahhhh! Ale nowina. Ale to z października, nadróbże bo wierni fani czekajo 🙂 w ogóle ciekawa jestem jak Ci się układa juz taki czas tutaj. I to nie tak, że Polska. W Polsce mnóstwo fajnych ludzi, obyś trafiła 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *