BATonik

Siedzę sobie w internecie, patrzę po sklepach dla dzieci i mam, bo już tak właśnie mam, że chcę młodemu kupować, niech ma i on, patrzę w ten sklep i pierwsza mi się w oko rzuca zakładka ‘pociążowy pas wyszczuplający’. I już smutnieje mi serce i dusza, że tak sobie nie odpuszczamy, że tak się nie odpuszcza nam, że takie jest ciśnienie zewsząd, i nie wiem, czy to jest ciśnienie męskie czy żeńskie, bo chłopak ci powie, nie jesteś gruba, a później ogląda film z ładną dziewczyną i cały się cieszy, chociaż film wcale nie śmieszy, koleżanka ci powie, nie jesteś gruba, ale sama biegnie sześćdziesiąt kilometrów, biegnie po szczupłość i jędrność, biegnie po samoakceptację, po akceptację innych i podziw, biegnie, bo ją gna wstyd i poczucie winy, gonią ją te wszystkie myśli, że zjadłaś batonik, który właśnie wypuszcza w twych biodrach korzenie i śmieje z ciebie, śmieje, że żeś go kupiła w sklepie, do którego poszłaś po zdrowie i chudość, i w którym wzięłaś marchwie i buraki, a na koniec z rozszalałym okiem te czekoladowe misiaki, które już jadłaś w drodze do domu, które od cukru drapały w gardło, a od których piętro niżej pękało serce i pęczniały, co – zdawało ci się nawet poczuć – komórki tłuszczowe na ramionach i w brzuchu, ty durny łasuchu, wszyscy na świecie tak sobie świetnie radzą, a ty masz problem z czekoladą i cukrem, romans z bezą i lukrem. Jestem zmęczona. Rozmawiam z koleżankami, a każda, każda kompleksy ma, każda, że gruba, a wcale nie, bo każda piękna, i każda powtarza jak ja, że w dupie to ma, że raz na czas można zjeść lody, a później zostaje sama i biją ją jej własne myśli, czy aby na pewno ty akurat te lody, bo jest jednak tak, że w grupie lżej i raźniej, samemu trudniej i gorzej, samemu to się ma wątpliwości i traci zaufanie, z tej samotności się rodzi kłamanie i oszukiwanie, podjadanie i przy obliczaniu kalorii liczb podmienianie. Jestem zmęczona. Tym, że większość z nas ma zaburzone relacje z jedzeniem. Z mężem mam jaśniejsze relacje jak z paczką ciastek, jak z torbą cukru, z na słodkiej bułce kapką lukru. W moim sercu i mózgu, w moim oku i uchu dzieje się mniej niż w moim brzuchu. A wszystko to od tych wyszczuplających pasów pociążowych, od tych internetowych eksklamacji, by jeść tylko batony raw, jeśli już musisz jeść słodkie, jeśli się tak powstrzymać nie możesz, oto dla ciebie właśnie sztab naukowców i pomysłodawców obmyślił baton w sam raz, nie ma w nim złego cukru, jest cukier dobry, cukier niesłodki, kup sobie taki baton czy inną kulkę mocy i przekonaj się, że wciąż tęsknisz za czekoladą, że to tutaj to oszustwo, co cię wykarmi przez chwilę, kup baton raw i czuj się jeszcze gorzej, że ci nie smakuje i że pewnie coś z tobą nie tak. Wszystko to od dobrych rad: za dwa tygodnie lato, jak ujędrnić dupę? Tabletki na odchudzanie, prawdziwa rewolucja, tracisz kilogram w dzień! Jak w dwa tygodnie wrócić do formy po w chuj trudnej ciąży? Chcesz jechać do ciepłych krajów? Najpierw schudnij! Wszystkie nasze kobiece dramaty biorą się ze wstydu, poczucia winy i zazdrości. Wstyd wynika z niedoskonałości, wina z jedzenia, zazdrość z patrzenia. Jestem zmęczona tym, że codziennie widzę długowłose piękności o takiej linii nóg, że można w nich odnaleźć kontemplacyjny horyzont. I że te nogi najpewniej nie istnieją. To są nogi wirtualne, nogi, które wyprodukowała firma rajstop, tworząc przy tym uciskowe, antycellulitowe i przeciwrozstępowe, ciasne jak nasze o sobie myśli kondomy od stóp do nadbrzusza, co ochronią cię przed kpiną innych dziewczyn w autobusie i na przystanku, co nie pozwolą ci oddychać, ale po co ci oddech w świecie takiego pośpiechu i gnania po sukces. Mam dosyć tego, że idę do przychodni, siadam i piszę koleżance wiadomość ‘przyszłam do przychodni, siedzę i nie jestem najgrubsza’. Bo robię to. Bo się porównuję, gdzie nie pójdę, i wszyscy to robią. Wszyscy znają to uczucie ulgi, kiedy wychodzi, że w jakiejś grupie ludzi nie wypada się najgorzej,  najgorzej wypada ta gruba pod ścianą, co czyta gazetę hit fit git i je batonik z daktyli. Przed nią jeszcze długa droga, przede mną krótsza. Gówno. Przed nami droga co się nie kończy. I tylko nie wiadomo kto ją wydeptał. Ał.

IMG_20180420_152857873_HDR

ostatnie tygodnie, ty godnie

Wszystkie mam objawy ciąży na raz i teraz. Wszystkie te najtrudniejsze, że zgaga od mrugnięcia okiem, treść żołądkowa wraz z żołądkowym kwasem lata sobie samopas po przełyku, regularne robiąc przypływy w gardło, jak nachalne bisy na wielkiej scenie artystów wcale nie tak dobrych, by po tylekroć wracać. Nerwy mną targają mocniej jeszcze jak te od kwasów torsje, nerwy znikąd, że idę z psem, przejeżdża koło mnie samochód, którego zupełnie nie powinno być na ścieżce, którą idę, i to jest sekunda, co mnie zaskakuje i rozsierdza, że całe wiązanki bluzgów mi w gardle stają jak te torsje każdego wieczoru, a po bluzgach, co je wypowiadam trochę chyba za głośno płyną mi w oczy łzy, z oczu po buzi i w piach. To jest taka złość, którą chcę natychmiast spożytkować, natychmiast kogoś uderzyć, a że w ręku mam do rzucania psu piłki pałkę to myślę, czy by tą pałką nie wysmagać przydrożnego drzewa. Tak idę i ryczę w głos, trwa to z sześćdziesiąt sekund, sześćdziesiąt sekund najgłębszej nieszczęśliwości, po której wycieram się ręką i rozglądam, czy mnie aby ktoś widział, słyszał, bo po sześćdziesięciu sekundach jest mi kapkę wstyd, że znowu tak nad sobą nie zapanowałam, w oddali jakaś baba stoi z psem i patrzy w moją stronę, chcę natychmiast zamknąć drzwi domu, do którego, żeby dojść muszę obok baby, więc ją mijam i mówię, dzień dobry, ona nie odpowiada, w Polsce się odpowiada dzień dobry chyba tylko tym, których się zna, jak ci ktoś obcy dzień dobry powie to widać bezczelny kpiarz, co sobie z dobrych ludzi żarty stroi. Takie mam od tej ciąży nastroje. Albo np. Tomek mi ostatnio w nocy powiedział, co się tak kręcisz, i mi momentalnie całe ze sobą życie obrzydził, bo skoro on nie rozumie, że mi drętwieją biodra, bolą mnie pachwiny, mam skurcze w podbrzuszu i łydkach, co cały internet błędnie twierdzi, że to są skurcze bezbolesne, w brzuchu mi jakiś mały jogin robi szpagat i psa głową w dół, po gardle te bełty latają kwaśne razem z mlekiem, co pół kartonu haustem, by spieszyło na ratunek, a do tego całą głowę pełną mam, że boże ile ja jeszcze przytyję, on tego nie rozumie, jemu jest, królowi, niewygodnie na podusi i w kołdrusi, bo jego delikatnie unosi moje kręcenie, zawodzenie, zmęczenie i wnerwienie, on biedny spać nie może, nie wysypia się biedny i co rano wstaje z kwaśną miną, ja wstaję z kwasem w przełyku i tak sobie wspólnie żyjemy. A innym razem siedzimy po obiedzie, Tomek sobie kręci talerzem, co ma nieregularny brzeg i który brzeg dotyka szklanki, wydając dźwięk, ja po sekundzie już nie mogę tego znieść, mówię mu, przestań tak robić i mówię to jak rozsierdzony lew, a on patrzy filuternie i tym talerzem o tą szklankę dalej, że niby co on ma przestać robić, hehe, czemu cię to, hehe, złości, ja nie wytrzymuję tej podłości i trzy razy walę pięścią w stół, aż cała zastawa góra dół, a później zalewam się łzami, tak jest teraz między nami. Albo mówię mu, włącz mi jakąś muzykę do pośpiewania żebym w kuchni. On nic. Mówię, włącz mi muzykę. On mówi, zaraz. W oczach już łzy. Mówię, Tomek, włącz mi. On włącza jakąś straszną babę z zerem talentu, ja mówię, wyłącz. On nie wyłącza, mówię, wyłącz, Tomek, bo zwariuję, i już nie ma odwrotu, już wariuję, już się we mnie kotłuje, gotuje, buzuje, chuje muje, już mam zaciśniętą szczękę i pięść, Tomek wyłącza, minęło do kupy sekund pięć,  w tym czasie do życia zniknęła mi chęć. Tomek się śmieje i mnie przytula, zrobiła się ze mnie monstrualna hormonów kula, nie wchodzę już w żadne sukienki, przed lustrem mam lęki, a w głowie takie odliczanie, że chwila moment coś nowego się stanie, że oto mam jeszcze dziewięć tygodni na bycie Gosią samosią, na łażenie po domu i telewizji oglądanie, na spokojnie sobie w kuchni stanie, gotowanie, paznokci malowanie, czasu marnowanie, wody lanie. Dziewięć tygodni, panowie i panie, na do bycia mamą przygotowanie.

IMG_20180415_122244785