ostatni i pierwszy

Mam taką tendencję, że bardzo przeżywam rzeczy, które robię po raz ostatni albo które po raz ostatni się dzieją. Np. ostatni raz idę parkiem w Irlandii Północnej, co nim szłam bezmyślnie trzy lata dzień w dzień. Ostatnią niedzielę biegnę w tym kraju wiatrów i deszczy, i tyle w tym dreszczy, a przecież ile wcześniej niedziel przebiegłam, klnąc w duchu. Taką mam tendencję, że te ostatnie razy pamiętam najmocniej. To uczucie silne, kiedy myślę, tego drzewa już nie zobaczę, tej ławki, tej baby w sklepie. Później jadę daleko, daleko i wspominam, a wspomnienia upiększam, wspominając przesadzam, że najlepiej było, gdzie mnie już nie ma, najgorzej jest zawsze tu i teraz. Mija kilka tygodni, patrzę na zdjęcia wstecz i myślę, jednak tam i wtedy było fajnie, tu i teraz jest niefajnie. I niczego się z tego nie uczę. Mam taką tendencję, że marudzę i narzekam, i w ogóle nie umiem się cieszyć, że coś się dzieje, coś jest, wolę żeby się działo co innego, żeby upłynął czas. Byłoby fajniej coś mieć, niż osiągać. A jak już coś mam to zwykle myślę, serio tego chciałam? Np. teraz sądzę, że byłoby super, gdyby mój synuszek już siedział i bawił się klockiem czy koparką. A póki co synuszek ciągle rozsadza mi brzuszek i ani myśli wyleźć. Już bym chciała, żeby siedział, bo to by znaczyło, że najtrudniejsze za nami, że ogarnęłam wszystkie te tematy, co je teraz studiuję z przerażoną miną na youtubie, jak przewinąć, jak podnieść, jak nakarmić. Czas nas uczy, czas nas leczy, już bym chciała umieć wszystko i być uleczona. Tymczasem wszystko to przede mną. To ostatni bezdzietny dzień czerwca i powinnam go – swoim sentymentalnym zwyczajem – zapamiętać i uczynić wyjątkowym, a trochę nie mam pomysłu, bo ostatnie tygodnie przesypiam lub przesiaduję w wannie. To są moje ulubione rozrywki na teraz, na ten ostatni ciąży czas, co wcale nie jest magiczny, chyba że magią jest budzenie się w nocy po kilkakroć i budzenie przy tym Tomka, syna i psa, bo w tym budzeniu nic z gracji nie ma, ni elegancji, to jest budzenie pełne postękiwań i trudu, bo po to się budzę, żeby z jednego boku na drugi bok, bo ten pierwszy cały podrętwiał, tak z boku na bok jednej nocy ze sześć razy muszę, ze sześć razy muszę do toalety także, magia, a jakże. Magiczne jest to też, że każdy palec z dwudziestu mam jakby mi ktoś go napompował. Że jak wstaję rano, a na całym mym ciele odciśnięte pościele, pies już cały chodzi, że zaraz lecimy w osiedlowe piaski i krzaki, a dla mnie to jak Everest zdobyć, tak z nim dwa razy dziennie na dworze pobyć, gdzie jeszcze słońce bezlitosne dowali, myślę, że moje ciało zaraz się zapali, moje ciało złożone z brzuchopiłki i nóg bali zaraz się ugnie pod swym ciężarem i na miliard kawałków rozwali. Magia, moi mali. Że jak gdzieś do kogoś dzwonię to każdy z miejsca, rodzisz czy jeszcze chodzisz? A ja nie rodzę i ledwo chodzę. Jak mam iść do sklepu po coś to dla mnie kolejny w ciągu dnia szczyt góry, w sklepowej kolejce wszyscy wzrok w chmury, mnie nie ma, mi się nie ustępuje, dzień dobry w Polsce, Polska to chuje. Do tego zgaga i apetyt, w sercu dramaty, w głowie bzdety, hormony, neurony, zewsząd przestrogi i zabobony. Faktycznie, magia. Magii złe strony. Mam taką tendencję, że bardzo przeżywam rzeczy, które robię po raz ostatni albo które po raz ostatni się dzieją. Dziś jest ostatni bezdzietny dzień czerwca. Pewnie zrobimy z Tomkiem coś fajnego i małego, żeby mieć z tego zdjęcie, ze zdjęcia przejęcie, wzruszenie i myślenie, że kiedyś to było, nie to co teraz. Choć to pojmiemy dopiero później. A z drugiej strony myślę sobie, że chwila moment zacznę wyliczać wszystko, co pierwsze. Pierwszy ząb, pierwsza kolka, pierwsze słowo, pierwsze wiersze. Ostatnie chwile ja jako nie matka, a za chwil kilka zobaczę Władka. Syna pierwszego. Nie ostatniego.

IMG_20180630_152727035_HDR

One thought on “ostatni i pierwszy

  1. Pięknie! Życze zdrowia i abyście poród przeżyli bez problemów. I pisz jesli możesz co u Ciebie:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *