Po ród, cz. 1

Jak otworzyłam oczy to w pierwszej chwili nie wiedziałam gdzie jestem, ale powoli, powoli doszło do mnie, że brałam udział w napadzie na mennicę hiszpańską i – widać – zostałam postrzelona w brzuch, a ludzie, co się nade mną pochylają najpewniej byli moimi kompanami w rabunku, a teraz żegnają mnie czule, gdyż nie ma szans, że przeżyję ten brzuch. A za chwilę jadę gdzieś, widzę lampy nad głową, a zaraz się zatrzymuję i jakiś chłopak po mojej prawej siedzi na pomarańczowym fotelo-worku i trzyma zawiniątko, i mówi mi, mamy syna, Gośka. A ja myślę sobie, kim jest ten chłopak i jak to się stało, że mam syna i ranę w brzuchu. A za chwilę kładzie mi ktoś tego syna na piersi, syn się na mnie patrzy, do mnie w końcu dociera, że to nie napad był, co w nim brałam udział, a poród. Napad jest pewnie dużo łatwiejszy.

Zaczęło się niewinnie przy niedzieli, zaczęło się nocą, nie panikowałam nic, poszłam spać, wszystkie dziewczyny, co mi opowiadały o porodzie szły spać jak się okazywało, że się ten poród zaczyna. To ja też. Rano mówię Tomkowi, chyba się poród mój zaczął, on zostaje w domu, siedzimy na piłce, oglądamy różne teledyski w telewizji, ja trochę śpię, trochę mnie pobolewa, ale wszystko jest znośne, jestem bohaterką, pyknę ten poród rachu ciachu, te dziewczyny kłamią, że boli, przesadzają. Po kilku godzinach jedziemy do szpitala, bo się powoli robi coraz mocniej i mniej fajnie, żegnam się z psem, nagrywam w aucie filmik pełen śmichów chichów, mam świetny humor, chwila moment poznam Właduszka kwiatuszka z własnego brzuszka. Ale się śmiesznie okazuje w szpitalu, że to porodu preludium jest, nieśmiały wstęp dopiero, że przede mną godziny całe. Proszę pani, weźmiemy na oddział, ale pani urodzi najwcześniej dziś w nocy. Było poniedziałkowe popołudnie. Urodziłam we wtorkowy wieczór. Najsmutniejsze, że Tomek nie mógł zostać ze mną, że musiałam sama, a zaczynało się już fest fest dziać i fest fest boleć. On pojechał, ja zostałam i leżałam z buzią w telewizorze. Koleżanki z pokoju oglądały program o jakichś dziewczynach, które nie są damami, bo przeklinają i nie mają w sobie ogłady, a chcą być damami i ładnie chcą trzymać w dłoni widelec czy kieliszek. Koleżanki były bardzo spokojne, spokojnie sobie czekały na rozwiązania, miały już po kilka centymetrów rozwarcia i tak sobie patrzyły w ten telewizor. W nocy zaczęło mnie boleć już tak, że wyłam. Najpierw mi było trochę głupio, że budzę te dwie, co śpią, później było mi głupio, że budzę wszystkie baby z pokojów sąsiednich, później przestało mi być głupio, choć najpewniej obudziłam pół szpitala. Pielęgniarka na dyżurze nie była dla mnie miła, zwłaszcza, że od 12 godzin nic się w moim wypadku nie zmieniło i ciągle miałam na liczniku tylko 1 centymetr. Pani pielęgniarka sugerowała, żebym przestała histeryzować i może dla odmiany wzięła się w garść. W nocy przyjechał Tomek. Choć nie powinien. Przyjechał i przywiózł mi herbatę w termosie i dotarło do mnie jak nigdy przedtem, że go kocham nad życie. Pielęgniarka kazała mu wyjść i wrócić rano, to wbrew procedurom, a Tomek powiedział, że nie umiem być w domu jak moja żona rodzi i mi już w ogóle serce miękło i kolana. Babie nie zmiękło nic, procedura jest procedura, do widzenia, do jutra. Nie spałam całą noc. Całą noc się darłam, całą noc płakałam, wkładałam sobie do ust kołdrę, sama siebie trzymałam za rękę, snułam się po brzoskwiniowych korytarzach szpitala, ja jedna tylko, słuchając pochrapywań i deszczu. Nigdy wcześniej nie czułam się tak samotna jak tej nocy w szpitalu, kiedy z bólu ściskałam przyścienne barierki i kiedy cała drżałam z niemocy. Bo to jest potworna niemoc, bo nie możesz zrobić nic jak tylko oddychać i czekać, tego się nie zatrzyma, mimo że masz wrażenie, że niewiele cię dzieli od zwariowania i bardzo niewiele od śmierci. Nie wiem jak wytrzymałam do rana, ale nie przespałam minuty, bo w porodzie krzyżowym nie da się ani siedzieć, ani leżeć. Poród krzyżowy to taki, w którym dziecko naciska na nerwy przechodzące przez kanał kręgowy. Przynajmniej taka jest teoria. I taki był mój przypadek. Poród krzyżowy to taki, w którym jesteś pewna, że ból rozerwie cię na pół. I nieważne jak bardzo irracjonalnie to brzmi. To jest ból nieukojony, co go nie rozmasujesz czułą dłonią, nie ukołyszesz.  W porodzie pomaga prysznic i to jest fakt. Spędziłam pod tym prysznicem godziny, rycząc niemo jak maleńki bóbr. Wchodziłam pod prysznic, a stamtąd na fotel ginekologiczny, żeby się dowiedzieć o braku postępu, później znowu pod prysznic, tak mijały godziny, a ja się czułam jak w więzieniu. W więzieniu własnego ciała, które nie daje się kontrolować, nie daje uspokoić, a z każdą kolejną godziną zwiększa dawkę bólu, choć mi się wydaje, że jestem na skraju wytrzymania. Nad ranem przyszedł Tomek i przyniósł mi kawę, a ja mu się rozryczałam w ramionach. Rozryczałam się w telefon mamie, a mama mi. Płacz nic nie daje, ale płaczu z bólu nie da się powstrzymać, jak się nie da powstrzymać bólu. Gdyby był jakiś wyłącznik, jakaś krótka przerwa, żeby móc myśli zebrać, żeby móc uświadomić sobie na trzeźwo, ok, to tak boli i tak będzie bolało, a może być, że będzie bolało bardziej, Gośka, jesteś super dziewczyną, dasz sobie radę, ile dziewczyn przed tobą dało radę, cyk pyk, kilka godzin i jest cud narodzin. A później poszłam na fotel i okazało się, że jest postęp, że się dzieje i to był cud pierwszy. Ale i cud dawkowany, bo postęp na kolejne godziny znowu się zatrzymał, nie zatrzymał się jednak rozpędzony ból, który wędrował po całym moim ciele, robiąc sobie króciutkie przystanki tu i ówdzie, i regularnie wracając na pętlę kości krzyżowej. Aż spotkałam panią doktor, która obiecała mi, że to chwila moment, zasugerowała, żebym na kolejną godzinę poszła pod prysznic, a później wróciła na fotel i wtedy już na pewno, na pewno. Więc poszłam pod prysznic, trzęsąc się jak osika z bólu i niemocy, z tego, że tak strasznie chcę mieć to już za sobą i z tego, że najgorsze przede mną. Wszystkie koleżanki mi powiedziały, jak się będziesz bała, będzie bardziej bolało. Ja się bałam, że większego bólu nie zniosę, bo ten co mi od trzydziestu godzin towarzyszył sprawiał, że wariowałam. Dosłownie. Byłam przekonana, że postradam zmysły i nigdy już nie będę kim jestem. Wyszłam spod prysznica i na tym fotelu pani powiedziała mi, jedziemy na porodówkę, proszę wziąć swoje rzeczy, proszę zadzwonić po męża, za chwilę będzie pani miała dziecko. I ja myślałam, kwadrans, góra dwa, formalność już taka, myślałam, że kurde, czy mi Tomek zdąży, może ja to jakoś przeciągnę na te minuty ostatnie, żeby on z pracy mógł, żeby ten cud. Dzwonię, mówię, Tomek, pędem, to już! Nie wiedziałam wtedy, że potrwa to jeszcze osiem godzin i że wielokrotnie w trakcie tych ośmiu godzin będę chciała, żeby ktoś strzelił mi w łeb. Serio. I że będę miała chwile takiego zwątpienia, że bez wahania mogłabym się poddać, gdyby poddanie wchodziło w grę. Ale nie. W grę wchodziło omdlenie, majaczenie, ryczenie, mnóstwo narkotyków i pocenie się, pocenie. Bo takie jest to całe rodzenie.

IMG_20180715_083515255_HDR

17 thoughts on “Po ród, cz. 1

  1. Gosia, bardzo, bardzo Ci współczuję tego, że trafiłaś na taką opiekę okołoporodową. Prawie się popłakałam, jak to czytałam. Nie wiem, jak mogli Cię tak długo trzymać… U mnie też rodzenie wystartowało w niedzielę wieczorem, choć wystartowało, to chyba złe słowo, bo byłam po terminie i zaczęło mnie kłuć w boku. Pojechaliśmy do szpitala i kazali mi zostać, choć rozwarcia było zero i kłucie też minęło. W poniedziałek(!!) o 14.20 dziecię się urodziło. Z tym że trafilam na super położna, która nie pozwoliła mi się zameczyć. Fakt, że od 12 podkręcała tylko oksytocyne, masaż szyjki strzeliła ze dwa razy jak nie więcej i jeszcze mnie pocięła, przez co siedzenie nie było możliwe prze dłuższy czas 😉 No i nie pozwoliła mi krzyczeć… Ale jestem jej b. wdzięczna, bo te s***wysynskie skurcze by mnie wykończyły, choć nie miałam krzyżowych tylko miesiączkowe. Czasami śmiejemy się z mężem, że może wzięłam ich na litość, bo na porodówkę trafiłam z dwiema kulami, po 8tygodniach od złamania nogi w kostce.

  2. Gosiu, jestes najdzielniejsza na świecie. Popłakałam się jak to czytałam. Nawet sobie nie wyobrażam, przez co przeszłaś. Masz ślicznego Synka i jestem pewna, ze bedziesz dla niego najwspanialszą Mamą.

  3. GRATULACJE!!! I współczuję, jak można być tak nieludzkim?? Procedury, a niech ich grom strzeli z ich procedurami, przecież to powinny by Twoje najpiękniejsze wspomnienia. Twoje i Twojego męża. Tak mi przykro. Jak się czujesz?? Młody zdrowy??

  4. Współczuję długiego porodu i takich okoliczności, dzielna jesteś! 😄
    Ja się z córcią sprężyłam w 8 godzin, nie krzyczałam z bólu – moje ciało wyginało się w łuk, a pani położna komentowała, że mam niski próg bólowy najwyraźniej (przy 8 cm rozwarcia, bez leków, bez możliwości zmiany pozycji – jak się chciałam podnieść młyn obrócić na bok mojej córci spadało tętno), ale gdybym tak miała wytrzymać dwie doby to bym chyba rozniosła oddział! Trzymaj się kobieto i niech synuś rośnie zdrowy!

  5. siedze i płaczę po przeczytaniu tego wpisu!!! płaczę nad ta naszą niemocą w zderzeniu z procedurami…co maja do cholery procedury do rodzenia! mąż, czy inny ukochany bliski czlowiek powinien byc caly czas obok…wspierac…kochac…tulic…a nie te baby…dla ktorych jestes kolejnym „porodem”….urodzilam trójkę dzieci…jestem szczesciara bo poszlo nam szybciej…ale za kazdym razem mysle o tych biednych „pierworodkach” ktorym staje akcja porodowa w zderzeniu z ludźmi …ktorzy powonni byc wsparciem ma porodowkach…to sie nigdy nie zmieni!

  6. Nie wiem co powiedzieć, jak tylko uda mi się napisać jakieś słowa to wydają mi się one zbyt płytkie i niewystarczające do tego co wyżej powiedziałaś. To jak zderzenie z betonem, mocne to było. W moim przypadku poród nie był aż taką wydłużającą się katorgą, ale równie traumatycznie go wspominam… Z resztą nie wiem co gorsze… bo pomimo ogromnego wsparcia, traumatyczne były też dla mnie pierwsze tygodnie życia mojego Synka. Pomimo miłości, płakałam z Nim dniami i nocami, było mi strasznie źle. Mam wyrzuty sumienia, a pogodzona z tym nie jestem do dnia dzisiejszego. Trudne to macierzyństwo, ale jak potrafi uskrzydlać. Życzę Tobie i sobie dużo siły 🙂
    PS chodź na chustokawe we wtorek 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *