młodości dość

To jest pierwszy raz jak wychodzę z domu bez chłopców, bez wózka, smyczy, toreb i listy zakupów, bez zobowiązań, bez bycia mamą, bez wilgotnych chusteczek, bez pieluchy i zabawki, kocyka i do wygodnego karmienia stanika. Pierwszy raz. I jak się tak wychodzi z domu po długiej przerwie od wychodzenia bez tego wszystkiego to się idzie gołym jakby. To się idzie jakby się w kapciach szło. To się w każdej witrynie patrzy, że czego mi brakuje. Jak się po takiej przerwie długiej od wychodzenia siedzi w kawiarni to się pierwsze co chce zadzwonić do domu, czy on aby nie spłonął, czy aby Tomek nie wyrywa sobie włosów z głowy, a Władek nie zdziera gardła. Ale się nie dzwoni, się ufa, się powoleńku pod pupą zapada pufa, siedzi się jak król. Za mną prawie dziewięć miesięcy od bycia mamą, a ciągle jak sobie to słowo powtarzam w głowie to ono mnie rozśmiesza aż. Mamy są dorosłe i wysokie przecież. A ja nie. Jak myślę, że męża mam to też się uśmiecham lekko, że przecież to jest Tomasz mój. Żony są chyba poważniejsze ode mnie, wyższe o głowę, noszą delikatne naszyjniki i smarują ręce kremem przed spaniem w bielutkiej pościeli.

Dziś pierwszy raz od miesięcy pojechałam rowerem. Pojechałam rowerem pięknym i smukłym, pojechałam wyprostowana i dumna, i miałam jechać cały czas prosto, ale się po swojemu zgubiłam na prostej. Odnalazłam się w telefonie i ten pokierował mnie na basen, na który pojechałam dziś pierwszy raz od miesięcy. I na tym basenie, niedziela, wiadomo, dzieciaki, piski, ryki, wszystkie te wysokie mamy, brzuchate taty, na basenie przedziwnym, bo pełnym stolików i foteli dla mam i tat, na basenie, na którym można kupić lody i frytki!, a to basen z zadaszeniem, cały więc pachniał frytkami, wypełniał się cały krzykami, daleko mu do basenów, które kocham, które pozwalają ci płynąć w głąb siebie, basenów, że ci jak w niebie. I na tym basenie zobaczyłam nastolatków takich, co wrzucali się, jeden drugiego, do wody, piszcząc przy tym i niby nie chcąc być wrzuconym, i takie to było irytujące aż patrzeć na nich, na tą młodość durnowatą, co przecież nigdy się już nie powtórzy, a przecież była dokładnie taka, pełna tych pierwszych zauroczeń, pełna opowiadania później koleżankom, że ulubiony chłopak dotknął moich pleców, tego dotyku w myślach przywoływanie, aż zblednie kompletnie i nic nie zostanie. Młodość nastoletnia mi się skończyła, pomyślałam w wodzie, pomyślałam też, że Władek będzie kiedyś nastoletnim chłopcem i będzie się darł po basenach z kolegami, jeden drugiego będzie do wody wrzucał, wodę rozchlapując po wszystkich innych pływających wokół, starych, bo przecież trzydziestoletnich, ludzi, których się, będąc nastolatkiem, nie zauważa, a jeśli się zauważa to się myśli, starość nie radość, tacy ludzie to już pewnie tylko zmartwienia i telewizor. A za chwilę spojrzałam na tatę, co obok płynął ze swoją córką, na oko lat pięć, która córka bardzo chciała tacie zaimponować, a który tato dumny był jak paw i pomyślałam, że Władek też będzie kiedyś płynął do nas na całego, mówiąc, mama, patrz, i wtedy poczułam się jak mama w końcu. Dziś pierwszy raz od miesięcy pomyślałam sobie, jestem mamą tego pięknego chłopca o dwóch zębach, co uderza klockiem w klocek, i pomyślałam, że nie żal mi przeszłości już, a przyszłość będzie fajna z takimi chłopakami. A jak wracałam rowerem do domu to na głos do siebie mówiłam, jak pięknie, jak cudownie jest, boziu, bo zielenią jechałam, wiosną, obok konia i strumyka, czas niby umyka, ale czas jest teraz, teraz jestem mamą pięknego chłopczyka, który rośnie i urośnie, chcę dobrze myśleć o tej naszej pierwszej wspólnej wiośnie, co teraz.

Dziś pierwszy raz od miesięcy byłam sama sobie i to jest potrzebne jak nie wiem. Żeby raz na czas na rower wsiąść, zgubić się nawet na prostej drodze, a zaraz odszukać. Trochę się nawet w głowę popukać na myśli, że młodość to przeszłość. Przecież młodości wciąż dość.  A miłości to w ogóle nieskończoność.

IMG_20190314_115832610