rok

Te pierwsze dni jak się Właduś urodził to był dla mnie – jak teraz pomyślę – ból przede wszystkim, ból i zmęczenie i taka potworna, potworna potrzeba spania, ale spanie było takie, że jednym okiem tylko, do teraz śpię bardzo płytko, jestem w stanie zerwać się na równe nogi w każdej sekundzie nocy i z miejsca działać, z miejsca ratować, uspokajać, tulić i śpiewać. Te pierwsze dni to było patrzenie na niego w kółko, chodzenie na palcach, w nocy do karmienia siadanie, przygotowywanie, przebieranie, lulanie, tak mi się wydawało, że tak trzeba, tyle się nasłuchałam, że się w nocy do dzieci wstaje, że też wstawałam, go brałam, siadałam, na siedząco spałam. Pierwsze dni to w ogóle ból straszliwy poporodowy, pleców ból okropny, straszne upały ciągle i ciągła nerwowość, że co jeśli kolki dostanie, jeśli zacznie płakać, jeśli – słowem – nie podołam, bo w tych naszych strachach o dzieci najwięcej jest chyba strachu, że nam się nie uda, najwięcej jest o nas drżenia, czy się nadam, czy wszystko zrobię dobrze. Ja się najmocniej bałam, że mi się rozryczy rozpaczliwie gdzieś i ja nie będę umiała nic zrobić, choć będę robić wiele, wokół mnie ustawi się wianek z ludzi, którzy kiwać będą głowami, że co to za matka. Ciągle się tego boję. Że jacyś obcy ludzie będą opiniować na temat mojego matką bycia. Jakby to idiotycznie nie brzmiało. Wzięło się to chyba z tego, że od samego początku słyszę, że czapeczkę mu załóż, czapeczkę mu ściągnij, nóżki mu zakryj, odkryj mu nóżki, zimno mu, ciepło mu, daj mu cycka, nie dawaj mu cycka, śpij z nim, nie śpij z nim, za gruby jest, za chudy, każdy sobie lubił trzy słowa, od których słów bolała mnie głowa, ciągle mnie zresztą od tych wszystkich dobrych rad boli. Bo dobre rady w kwestii dzieci to trochę odwaga na moje. Dobre rady to też często krytyka. Po prostu. A kto z nas wychował setkę, a każde ze stu wyszło na ludzi i świetnie sobie radzi w dorosłości? Jak słyszę nieznoszącą sprzeciwu radę, że słuchaj, nie powinnaś z nim spać lub że w twoim mleku już tylko woda, ja po pół roku odstawiłam to nie wiem skąd w ludziach się bierze tyle pewności, bezczelności tyle. Ten wianuszek z ludzi, który ustawia się wokół mnie i mi mówi, co robić wie ode mnie lepiej, wszyscy wiedzą wszystko od wszystkich lepiej. I tego się boję. Ale nie miało być o tym. Miało być o tym, że pierwsze tygodnie marzyłam głównie, żeby Właduś miał już miesiąc, dwa miesiące, trzy miesiące. Raz, że czekałam na jakąś z jego strony większą komunikatywność, dwa – każdy tydzień powodował, że czułam się odrobinkę lepiej w nowej roli i pewniej, a bardzo mi ta pewność i obeznanie były potrzebne. Nie wiem, w którym momencie zaufałam sobie i swojej intuicji. Za to sto razy słyszałam wtedy, ciesz się nim teraz, szybko urośnie. Ja się cieszę, że urósł. Jak był malutki to też się nim cieszyłam, ale w tle tej radości dużo było napięcia i niepokojów, teraz jest lepiej. Dzisiaj Właduś ma jeden rok. Znamy się i uwielbiamy. Uśmiechamy. Po podłodze biegamy. Rozrabiamy. Wywracamy. Machamy. Rozmawiamy. Było nawet pierwsze ‘mama’, co na to słowo czekam jak nie czekam na nic, mama wypowiedziana w podłogę i przykryta rumieńcem, kiedy ja ze łzami w oczach, że coś ty synek powiedział. Nigdy nie kochałam nikogo jak kocham tego chłopca i to jest jedna z niewielu rzeczy, co mi się faktycznie sprawdziła z całej tej mamowej legendy, którą się powtarza od pokoleń. Że jak będzie dziecko to mąż na drugi plan, że jak już urodzisz to pokochasz nad życie w pierwszej chwili, że ból porodowy zapomnisz po kwadransie, że karmienie piersią pozwoli ci zrzucić kilogramy w chwilę, że twoje życie nabierze w końcu sensu i to wcześniejsze zapomnisz w mig. Nic z tych rzeczy. Tomek nie jest na drugim planie, miłość do dziecka nie musi rodzić się z dzieckiem, ból porodowy pamiętam, kilogramy wciąż mam, życie miało sens wtedy i ma teraz, i wcale nie zapomniałam tego wcześniejszego. Choć teraz nie wyobrażam sobie już życia bez Władka. Gagatka. Niejadka. Ja, jego od roku matka.

IMG_20190608_191551559_2