dom

Za kilka miesięcy wrócimy do Polski. Po 11 latach na emigracji. Za kilka dni urodzę dziecko. Za chwilę zmieni się szalenie dużo, a ja wcale nie wiem, czy jestem gotowa. Czy sobie poradzę. Miałam tyle domów. Taki duży dom z ogrodem mieliśmy w Irlandii Północnej. Trzy sypialnie, salon z kominkiem, pracownię i nas dwoje tylko z Tomkiem. A w Reykjaviku miałam na początku pokój na łóżko i szafkę nocną. Za to ocean za ścianą. A później ogromny pokój z wielkim różowym lustrem kupionym na używaku i meblami, co jeden do drugiego nie pasował, a każdy był super. W Cambridge też tylko łóżko i szafka, a łóżko to był materac mały na podłodze. A później – też w Cambridge – dom z ogrodem i kurami, salon z miękkimi fotelami. Tu w Groningen mieliśmy już trzy domy, a ten teraz jest najgorszy i jest na czwartym piętrze i chce mi się płakać na myśl o tym, jak ja za kilka dni będę dwójkę dzieci z tego czwartego piętra o wąskich schodkach brała na spacery. I jeszcze pies. Przez dziewięć lat życia we Wrocławiu miałam dziewięć różnych mieszkań, a raz nie miałam mieszkania w ogóle i żyłam po znajomych, mając walizkę zamiast szafy. Jedno z tych mieszkań we Wrocławiu było po zmarłym profesorze historii i mieszkał z nami jego duch. A inne było na 11 piętrze i często trzeba było iść schodami, bo sąsiad z 10 piętra wywalał się pijany pod windą i blokował ją nogą. A jak przez tych 11 lat na emigracji przyjeżdżaliśmy do Polski w odwiedziny to też mieszkaliśmy trochę tu, trochę tam. Ostatnie lata to w ogóle szaleństwo, bo trzeba było do mojego domu, do domu siostry, do domu Tomka, do tomkowego kuzyna plus sto tysięcy odwiedzin na kawę i ciasto w domach cioć, wujków i znajomych. W moim rodzinnym domu mój pokój wygląda tak jak wtedy, kiedy chodziłam do liceum. Czas się w tym pokoju zatrzymał, ale mnie nie oszczędził przecież. Do rodzinnego domu wprowadziliśmy się, kiedy miałam 11 czy 12 lat. Ojciec zbudował ten dom własnymi rękami i jest on największą chlubą moich rodziców. Przez 11 czy 12 lat mieszkaliśmy w bloku na 40 metrach. W dużym pokoju, który był też sypialnią rodziców był stół, przy którym jedliśmy kolacje. Mama często kroiła czerstwy chleb na małe kosteczki, które później smażyła na patelni z dużą ilością soli. Niektóre kubki do herbaty miały w środku wyżłobione czarne koła od kręcenia w nich kogla-mogla. W dużym pokoju był barek, w a barku cukierki, o których marzyłam. W dużym pokoju odbywały się rodzinne imprezy na kilkanaście osób. Nie wiem jak. Jak ojciec razem z wujkami zaczęli budować dom, mama kupiła duży czerwony termos na jedzenie. Codziennie gotowała zupę i drugie dla wszystkich, wlewała do tego termosu i słoików, i kazała nam jak najszybciej nieść to wszystko na budowę, żeby jeszcze było ciepłe. Na budowie była drewniana altana, a w środku stół, krzesła i kurz. Ojciec i wujkowie siadali tam i jedli z apetytem ziemniaki, kotlety i surówki, śmiejąc się głośno i przeklinając. Ja z siostrą chodziłyśmy wtedy po szkielecie domu, nie mogąc doczekać się własnych pokoi. Każda z nas mogła swój pokój udekorować według własnego gustu. Mój wyglądał jak biuro księgowej. Miałam biurko na środku pokoju i siedziałam za nim twarzą do drzwi, więc jak ktoś do mnie wchodził to wchodził jak do czyjegoś biura, a ja czułam się bardzo ważna, miałam swoje segregatory z wierszami o smutnej miłości, miałam swój pokój. Te wiersze ciągle sobie leżą w szufladach mojego pokoju w rodzinnym domu. Przeprowadzka do niego to był jeden z najlepszych dni w życiu mojej rodziny. Tomasz dużo teraz ogląda ogłoszeń o mieszkaniach, domach i działkach. Bo za kilka miesięcy wrócimy do Polski. Bo za kilka dni urodzę dziecko. Trudno jest wracać do Polski po 11 latach na emigracji. Kiedy się nie wie, gdzie właściwie jest ten dom. Bo tyle ich było po świecie. Czy dom można znaleźć w gazecie?

IMG_20210926_115705

2 thoughts on “dom

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *