głową w mur

W kawiarni, w której pracuję jest największy na świecie syf. Managerem kawiarni, w której pracuję jest panna, która nie wie nic, choć udaje, że wie wszystko. Panna, która jak robi cappuccino to w nim jeden wielki bąbel powietrza jest. Jak robi latte, bo to jest tu najpopularniejsza kawa, pół litra mleka na brudną szklankę, bo wszystkie szklanki mamy przepotwornie brudne, bo od kiedy pracuję w tej kawiarni, a pracuję od października to woda w zmywarce była zmieniona ze cztery razy, cztery razy przeze mnie, bo nasza managerka nie wie jak zmienić wodę w zmywarce i za każdym razem jak próbuje to mamy wodę po kostki, i pianę mamy wszędzie podobną do tej, jaką ona serwuje w kawie latte, która kawa jest zawsze za mocna dla klientów, choć w niej jest kawy pół szota, zawsze jest za zimna, więc zawsze ląduje w mikrofalówce, jak ją do mikrofalówki wsadza managerka to cała mikrofalówka jest z mleka i kawy po chwili, schnie sobie tam ten syf, ona nigdy nie myje mikrofalówki, bo ona nigdy nie ma czasu, bo ma sto rzeczy do zrobienia, kiedyś mi pokazała, patrz, Maria, ty możesz mi nie wierzyć, ile ja mam rzeczy do zrobienia, to są dokumenty, które muszę codziennie wypełniać, obliczać, wyliczać, sumować i dodawać, i mi pokazała trzynaście razy ten sam dokument, ale pokazała mi bardzo szybko, żebym się nie zorientowała może, choć już ją sto razy przyłapałam jak siedzi w biurze, w  tych papierach niby i kupuje przez internet  tabletki na odchudzanie, które żre i po których mówi zawsze, będę rzygać, Maria, będę srać, srałam całą noc i rzygałam, wyobrażasz to sobie, i ja sobie niestety z miejsca wyobrażam, choć wcale nie chcę, ona mówi do mnie, ty tak zdrowo jesz, z czym masz tą zupę dzisiaj, fuj, kalafior, a sama robi sobie kanapkę z bladego, miękkiego chleba, którą napycha kurczakiem, seropodobnymi ścinkami, szynką i boczkiem, i pcha do tostera, a później polewa to zupą z ziemniaka i pora, którą serwujemy w kawiarni codziennie, a która przyjeżdża do nas w małych wiaderkach z naklejkami, na których wypisany jest skład tej pożywnej i domowej zawiesiny, i to są niekończące się kilkunastosylabowe słowa, i ona to je codziennie, bo też jest na diecie, że właśnie ciepła zupa w ciągu dnia, zupą polewa tosta i je to, aż jej kapie po brodzie i butach, a zaraz mówi, będę znowu rzygać, Maria, i już staje nad wielkim koszem, z którego śmieci wylewają się jak kwiaty z donicy, taką mam, kurwa, koleżankę w pracy. Najpierw się bardzo nie lubiłyśmy, bo ja cały czas o coś pytałam i ciągle miałam zastrzeżenia, a ona nie znała odpowiedzi na większość moich pytań i w większości spraw nie była mi w stanie pomóc, na przykład jak jej mówiłam, Amanda, nie będzie mnie w pracy w przyszły wtorek, bo jadę na szkolenie z wolontariatu to ona mówiła, musisz się zastanowić, jakie są twoje priorytety, Maria, praca czy szkolenie, bo ja nie mogę tak cię stale puszczać, ty masz ciągle jakiś angielski, jakieś lekcje, szkolenia, a tu jest praca za pieniądze, normalnie kawę robimy potrzebującym kawy, ty się zastanów troszkę nad swoją karierą i co jest dla ciebie ważne, a  ja jej powiedziałam, jadę na szkolenie, nie będzie mnie w przyszły wtorek i ona się do mnie długo po tym nie odzywała, a któregoś dnia mi mówi, nie tak się robi tą sałatkę, Maria, kto ci pokazał, że tak się ją robi, na co ja mówię, nikt mi nie pokazał nic od kiedy zaczęłam tu pracę, wszystko robię intuicyjnie, dziękuję, na co ona się znowu obraziła i w ogóle przez pierwsze tygodnie to była męka. Aż któregoś dnia zamykałyśmy już, ona mopowała podłogę, ja czyściłam maszynę do kawy, do niej ktoś zadzwonił, ona do słuchawki, że ok, rozumiem, tak jest, po czym się rozłączyła i mówi, mój kuzyn właśnie umarł na raka, i mopuje tą podłogę dalej, ja stoję jak wryta, nie wiem zupełnie, co powiedzieć, łapię się za serce tylko i powoli podchodzę do niej, żeby ją poklepać po plecach czy co, mówię jej, zostaw tą podłogę, spokojnie, idź do domu, ja zamknę, hej, na co ona, nie no coś ty, spokojnie, myśmy wiedzieli, że to kwestia czasu. Myślę, że to wtedy było między nami takie bum, że zaczęłyśmy gadać. Właściwie ona zaczęła. Ja słucham i rzadko kiedy wiem, co powiedzieć. Bo ona mi na przykład mówi, byłam u lekarza, nie mogę mieć dzieci, muszą mi tu wszystko wyciąć – i robi ręką koła od brzucha do kolan – wszystko mi tu wytną, ale spokojnie i tak nie chciałam dzieci, nie chcę ani dzieci, ani męża, mój facet teraz mi się oświadczył po trzech miesiącach spotykania, klęknął wczoraj i mówi, Amanda, chcę z tobą spędzić życie, bo cię kocham, a ja nie chcę wychodzić za mąż, bo nie mam dobrych przykładów z domu, mój tato nas zawsze bił, mnie i moją mamę, poza tym macocha mojego faceta mnie nienawidzi, bo wydaje jej się, że lecę tylko na jego kasę, wiesz, on jest właścicielem baru, raz w ogóle jego macocha wjechała we mnie samochodem i powiedziała, że mam go zostawić, bo jeśli nie to następnym razem nie zahamuje. Innym razem mi mówi, taka jestem dzisiaj zdenerwowana, mój facet ma sprawę w sądzie, o rozwód, jego była żona chce 80 tysięcy funtów i jeszcze go oskarża o znęcanie się psychiczne i fizyczne, a ja dobrze wiem, że kłamie, bo ja kata poznam z daleka, przecież mój tato katował mnie i moją mamę całe dzieciństwo. Nie wiem, jak z nią rozmawiać, więc ogólnie większość czasu trzymam rękę w okolicach serca, przechylam głowę na bok i otwieram oczy i usta na znak szoku i niedowierzania. A później ona jakąś sobotnią nocą mi pisze, uważam, że jesteś niesamowita, Maria, i bardzo cię kocham, naprawdę. A ja jej wysyłam żółte, uśmiechnięte buźki w odpowiedzi i myślę sobie, że bardzo chciałabym zmienić pracę, bardzo chciałabym pracować w miejscu, w którym ktoś będzie chciał skorzystać z mojego mózgu, w której ktoś zapyta, a co ty sądzisz na ten temat, a temat będzie inny niż, gdzie postawić stojak z chipsami, chciałabym pracować w miejscu, gdzie ktoś mi powie, świetnie to zrobiłaś, bardzo nam się to przyda i tu znowu nie będzie chodziło o ułożenie słoików z herbatami, bardzo chciałabym mieć pracę, w której nie będę musiała robić kawy ludziom, którzy sobie tą kawę postawią na rancie stołu i ta kawa im dupnie na podłogę, oni w ogóle nie będą wiedzieli jak do tego doszło, ja będę myła tą podłogę po sto razy dziennie, słuchając przy tym jak za ścianą Amanda wypluwa z siebie kolejną porcję zupy po zażyciu kolejnych super tabletek i brodząc w pianie po kostki, bo ona znowu majstrowała przy zmywarce i słuchając, cała w uśmiechu, jak mama jakaś mówi do synka, chcesz muffinka, coś mi się wydaje, że ktoś tu zasłużył sobie na muffinka i to jest nikt inny, jak syn jej trzydziestoletni, zupełnie zdrowy, po prostu bardzo pierdołowaty, cały na gębie ze wstydu czerwony, bo oto wyszedł na super kawkę do super kawiarni, na kawę latte, pół litra gorącego mleka z posmakiem kawy, prawdziwy kawałek nieba, niczego więcej nie trzeba. A ja chcę więcej i wyżej. Bo mi do zwariowania coraz bliżej.

giphy2

 

 

tacy jesteśmy cacy

Tomek usunął fejsbuka, już tam nie włazi, ja uwielbiam włazić, a mówiąc uwielbiam mam na myśli, że uzależniłam się od włażenia tam, mówiąc uwielbiam, mówię nienawidzę tego robić, ale zachorowałam i nie umiem przestać, uwielbiam obserwować i nie komentować, patrzeć jak ktoś się pręży do zdjęcia(na bank kwadrans lub dwa), jak wybiera zdjęcie najkorzystniejsze, a później wrzuca komentarz, że się nie uczesał lub że na szybko wrzuca, bo się znajomi już skarżą, że tak go długo nie widzieli. Gówno prawda. A cały jego album to tylko podróże, wywiady ze sławami, sukces, sukces, filtry, jedzonko fit i fit piciu, sport i adidasy, endomondo i kubek z parującą herbatą pośród piszących się opowiadań. Jesteśmy tacy sami. Potrzebujemy tego samego. Potrzebujemy być lepsi od innych, potrzebujemy się podobać, chcemy być lubiani, chcemy by inni lubili to, co robimy i mówimy, ale wszyscy udajemy, że nie chcemy, że nam nie zależy, że doskonale wiemy, co robimy i dokąd nas prowadzi ta ścieżka, cośmy ją sobie świadomie wyznaczyli, gówno prawda, chcemy być podziwiani, chcemy, by nam zazdroszczono, klepano po ramieniu, żeby ktoś z naszego powodu płakał w poduszkę, że nam się tak udało i tyle, a jemu się nie udało nic, ale za nic się, za nic, nie przyznamy, że czasami płaczemy sami, bo ktoś inny odniósł większy sukces niż my, ktoś fajniej wyszedł na zdjęciu, komuś innemu kości policzkowe bardziej niż nam wystają i żebra. A wcale tak nie jest. I wiemy, że tak nie jest, bo wiemy ile nam schodzi, by takie zdjęcie idealne zrobić, by kości policzkowe uwydatnić tak, wciągając policzki w środek gęby, i całe to stawanie bokiem lub na palcach, wszystkie te oszustwa, dobrze wiemy, że nasze bycie managerem to tak naprawdę mówienie dwóm osobom na krzyż, żeby zmyły gary i nie zapomniały wyłączyć świateł, że nasze bycie kulinarnym blogerem za chwilę szlag trafi, bo za chwilę ludzie znów zaczną chcieć jeść bigos z kiełbasą i boczkiem zamiast tych rustykalnych pierdów z espumą i wołowych policzków na potęgę, wszyscy kurwa jedzą wołowe policzki teraz z pudrem warzywnym, pianą i gównem, a to minie, to się odpodoba, i te sukcesy, co ich teraz zazdrościmy koleżankom, kolegom, te ich sukcesy, które nas zrywają w środku nocy ze snu i każą myśleć, a co ze mną, dlaczego przegrałem, one się skończą chwila moment, chwila moment nikt już nie będzie wiedział, że Wojtek napisał książkę o warzywach korzeniowych i ich wykorzystywaniu w diecie takiej śmakiej, że Adam był we wszystkich malenieńkich miejscowościach Azji i Afryki albo że Asia już siedemnasty szczebel w agencji marketingowej przeskoczyła, chwila moment te wszystkie zawody okołomarketingowe szlag trafi też, te wszystkie wydumane studia, co młodzi myślą, że pana Boga za nogi, za chwilę będziecie szparagi zbierać na zachodzie, bo was Polska w chuja zrobi jak wszystkich humanistów, choć to może nie Polska nas w chuja, może nas moda tak capnęła, trend jakiś jak z tą espumą, a wszystko to minie, sława i chwała, i te wywiady wszystkie z niby gwiazdami, że ktoś tam powiedział, no lubię to i tamto, a wszyscy się śmieją, cała Polska się śmieje, że ktoś coś polubił, a przecież tego się nie lubi i teraz cała Polska wygrała, a ta jedna pani, co coś palnęła powinna się naprawdę zastanowić, czy faktycznie chce być taka znana, bo cała Polska się z niej śmieje, ja nie mam pojęcia o połowie tych gwiazd wszystkich, co one chodzą na jakieś gale i rozdania nagród, kto kogo i za co nagradza też nie wiem, bo tyle jest sukcesów na świecie, że nie nadążam już, a sama żadnego nie odniosłam, to dopiero sukces, tak się od sukcesu wykpić, to wszystko jest takie nieważne, boże, gdzie my będziemy wszyscy za pięć lat, się lepiej niech każdy zastanowi, to porównywanie się do innych jest takie straszne i nagminne, to z nimi przegrywanie, wygrywanie, mało jest życzliwości zwykłej, gratulacji jest mało, szczerości i pytania się nawzajem o zwykłe rzeczy, wszyscy walimy ściemę, że się nie boimy, że wszystko wiemy, że mamy poglądy i zdanie na każdy temat, a ja mieszkam na końcu świata, patrzę jak mi się pies bawi kijem i myślę sobie, jak to cudownie, że nie muszę się z tego tłumaczyć, nie muszę zdawać raportów z dzisiejszych powodzeń, że nie muszę spędzać godziny przy lustrze w szmince i ciasnych rajtuzach, żeby mnie ktoś na fejsbuku polubił i się w kącie swojego domu popłakał, że jest ode mnie gorszy, choć pewnie nie jest, bo jesteśmy tak samo zakompleksieni i zagubieni, a tylko udajemy, że jest inaczej, że jesteśmy silni, solidni i pewni, że mamy zdanie na każdy temat, a każdy sra, że mu ktoś coś złego powie, nieprzyjemnego i będzie mu później smutno, albo że mu nikt nie powie nic, nic mu nie skomentuje, nie polubi, tylko się będzie zza swojego ekranu śmiał złowieszczo i czuł lepiej. Tacy jesteśmy. Cacy.

WP_20160512_005

 

kawiarenki

W ogóle mamy dzisiaj dzień z Tomkiem, że Belfast, lunch w Belfaście, że księgarnia jedna, druga, spacery, bajery, kawa z niby mlekiem, patrzenie na siebie, w końcu siedzenie z komputerem w eleganckiej kawiarni pośród gwaru i wrzawy, tacy jesteśmy światowi, taką mamy niedzielę, nie że dom i dres, telewizor i stres. Mamy niedzielę znaną wszystkim jedynie z instagramu, niedzielę, którą można by sfotografować i puścić w świat wersję w sepii, niedzielę, która wzbudza w innych zazdrość, a ta zazdrość bierze się stąd, że my pijemy sobie pretensjonalne drinki w przyciemnionej kawiarni z żarówkami nad głową, a ci co nam zazdroszczą piją teraz drinki zwykłe ze zwykłych kubków, a ich chłopacy czy dziewczyny na propozycję instagramowej niedzieli odpowiadają nieco agresywnie, po co? Prawda jest taka, że te niedziele kocham, one są raz na sto lat, my na co dzień mieszkamy na wsi, nie ma tam gdzie pójść, gdzie kawy pretensjonalnej popić, nie ma żarówek nad głowami nigdzie, w  ogóle zero pomyślunku. Teraz se siedzimy, ja se piszę, Tomek czyta, jesteśmy tacy jak inni, co pracują w miejscach publicznych, pokazując wszystkim, jacy są pracowici, jacy zajęci, ani se sami herbaty zrobić nie mają kiedy, trzeba im donieść. Dzisiaj tak jest i już, już zdążyłam napisać siedemnaście różnych rzeczy na siedemnaście różnych tematów, nie wiem, który temat ciągnąć z tego podekscytowania, od tych kaw i herbat, wrzawy i gwaru, od tego bycia gwiazdą, pisarką i królową.

Zaczęłam pisać o ślubie, że mi się śniło ostatnio, że jest ślubu dzień, jest 21:00, a ja siedzę u fryzjera, włosy niezrobione, ani makijaż, jakoś tak mi się śni, że się chajtamy tu na wsi, przy jeziorach i że mój ojciec leci z psem 300 kółek dookoła wody, taki jest wkurwiony. Tomek mówił mi rano, że płakałam przez sen. Śniło mi się wcześniej, że jest ślubu dzień, jesteśmy na sali, pojedliśmy już rosołu i schabu, i nagle dj rubasznym słowem wywołuje nas na środek, byśmy pierwszy taniec, i ja w tej chwili sobie uświadamiam, że my nawet pierwszej piosenki nie mamy, ani żadnej synchronizacji w biodrach. A później mi się śniło, że jadę samochodem, widzę swoją buzię, jest bardzo chuda i długa, mam mnóstwo włosów, jakiś mam tapir z nich, co sięga nieba i wielkie usta. Takie mi się rzeczy śnią ostatnio, do ślubu cztery miesiące i pół, jeszcze tych snów nadozbieram, a później wydam wierszy tomik, ja i Tomek w naszym wielkim dniu.

Zaczęłam pisać, że znam na fejsbuku milion osób, które puszczają u siebie i od razu sami sobie lubią takie zdjęcia, na których plaża i fale, zachód słońca czy co, czy na przykład tory, na pierwszym planie dziewczyna, zwykle tyłem, chuda jak patyk i zwykle rozerotyzowana, siedzi na tym piasku, przed tym zachodem siedzi czy u stóp torów, a na środku tego zdjęcia wielki aforyzm, że zdrada boli, że przyjaciół poznaje się w biedzie czy że najważniejsze to być upartym i ciągle iść, bo droga do marzeń jest zawsze wyboista. I w ogóle nie wiem, skąd się wzięła ta kultura aforyzmów, te mądrości życiowe zamknięte w jednym zdaniu, których można nauczyć się na pamięć i w sytuacji, gdy koleżanka płacze, powiedzieć na głos. I jeszcze komentarze są pod tymi zdjęciami, fajnie powiedziane. Albo dokładnie tak. O to to. I tyle, cała rozmowa, filozofia cała.

A od tego tematu wyszło, że zaczęłam pisać jeszcze o tym, że bardzo mnie interesuje, co się dzieje w tych wszystkich teledyskach, kiedy chłopak siedzi na plaży z dziewczyną prawie gołą o otwartych ustach, która to pręży się przy palmie, to wygina w piasku, raz po raz jego muskając w ramię czy paznokciem długim znacząc mu ślad na skórze, a włosy ma wszędzie wokół buzi, długie i gęste, i ma zawsze zamglone spojrzenie, jakby była gdzie indziej, jakby zaraz miała osiągnąć apogeum rozkoszy. Co się dzieje później? Co się dzieje w tych teledyskach, gdzie dziewczęta w przylegających do skóry króciutkich dżinsach polewają szlauchem samochody, a za chwilę swoje piersi, bo tak się zgrzały tym polewaniem, że już nie mogą, co się dzieje później? Jak ten samochód jest już umyty? Co się dzieje w życiu tych szalenie naoliwionych, długonogich i włosych dziewcząt z lekko rozchylonymi ustami? Czy na obiad jedzą truskawki z bitą śmietaną, maczając każdą z osobna i przy każdej odchylając głowę do tyłu? Czy na kolację jedzą banany to wsadzając je głęboko do ust, to wyciągając? Czy zasypiają w makijażu i szmince? Czy te dziewczyny, całe tabuny dziewczyn, co tańczą w teledyskach kolesi siedzących na niskich taboretach i machających rękami przy podłodze, czy dla nich normalne jest ocierać się w tańcu pupą o rurkę i mieć przy tym agresywną minę? Czy im się to podoba? Czy to jest normalne, że idą trzy dziewczyny ulicą, jakiś koleś coś do nich mówi, a one nagle, dwie z tyłu, jedna z przodu tańczą cyckami i pupami, ledwie ubrane? Czy to jest normalne, że chwila moment przyłączają się kolejne dziewczęta, co przybyły nie wiadomo skąd, każda wycięta z żurnala, każda ledwie odziana, wszystkie znają kroki i tekst refrenu?

Zaczęłam pisać jeszcze inne rzeczy, ale wszystko to takie urwane, nic co miałoby uratować świat od zagłady, nic mądrego, ani nawet żaden aforyzm, takie pisaniny zabawnej dziewczyny, co siedzi w belfaskiej kawiarni z żarówką nad głową, jak w jakimś komiksie.

WP_20150702_007

dla wytrwałych czytelników Bonus 😉

brzuch

Jak otwieram oczy tylko myślę, brzuch. Jak schodzę po schodach, brzuch. Jak przechodzę koło lustra. Albo zanim przejdę. I długo później. Jak jem śniadanie. Jak piję wodę. Albo koper włoski. Jak chodziłam na lekcje śpiewu to tylko brzuch i brzuch, a facet mówił, masz za mało pewności siebie jak śpiewasz, hej. To już nie śpiewam. Jak siedzę na krześle, brzuch. Albo na toalecie. Albo w autobusie. I jak w tym autobusie patrzę w okno. Jak jadę rowerem. Jak jestem u znajomych. Jak idę biegać. I kiedy nie biegam. A już najbardziej jak przebiegnę. Jak jestem w pracy. W uniformie jak jestem. I jak go ściągam, żeby przebrać bluzę. Jak zapinam kurtkę. Jak przechodzę koło sklepów z ubraniami. I koło sklepów spożywczych. Jak mijam na ulicy ludzi. Jak mijam szczupłe dziewczęta. I bardzo grube jak. Jak myślę o przyszłości. Albo o wakacjach w ciepłych krajach, nie daj boże. Jak w telewizji mówią o wojnie. Jak pokazują przemoc. I marsze, i strajki. Myślę sobie wtedy, brzuch. Albo jak ktoś zaginął i go nie ma od sześciu dni, trochę myślę, Boże, to straszne, ale częściej myślę brzuch, brzuch, brzuch. Jak oglądam teledyski. Jezus Maria. Albo film o dziewczynie, która lata z pistoletem i jest bardzo twarda i profesjonalna. Jak oglądam reklamy obojętnie jakich produktów. Jak myślę o moim ślubie za pięć miesięcy. O ciąży. I po ciąży. Jak czytam książkę na leżąco. I jak za chwilę decyduję się usiąść. Jak zasypiam na boku. Jak koleżanka wysyła mi zdjęcie jakiejś dziewczyny, mówiąc patrz się na tą. Patrzę na brzuch. Jak się odbijam w wystawie. Jak przymierzam ubrania w przymierzalni. I jak je odwieszam na wieszak. Jak się kąpię. I smaruję kremem. Jak gotuję. Jak jem u kogoś. I jak ten ktoś podaje deser, mówiąc, oj przestań, mały kawałek. Jak przeglądam fejsbuka. Jak myślę o przeszłości. Jak oglądam zdjęcia. Albo jak ktoś chce mi zrobić zdjęcie. Jak płaczę. I jak się drę. Jak w poradnikach pytają, co jest dla ciebie w życiu najważniejsze. Albo w książce o mindfulness, co najmocniej cię stresuje. Albo jak wchodzę na angielski spóźniona, a wszyscy już siedzą. Jak kładę sobie szalik na kolanach czy torebkę. Jak mój pies chce się bawić i czeka z patykiem, a ja idę zapatrzona przed siebie i ani mi się śni. Jak Tomek opowiada mi, co w pracy. Albo jak mi mówi miłe rzeczy. Jak decyduję się zjeść kostkę czekolady. I jak już ją zjem. Jak sobie analizuję wszystko. Jak mogło być, a jak nie było, że wszystko na nic. Brzucha nie ubyło.

A w książce ‘Dobre ciało’ Eve Ensler, co tą książkę przeczytałam w godzinę, w aucie, po ciemku, na trasie Łódź-Pabianice, kiedy Tomek opowiadał, tu chodziłem do kumpla, tu do szkoły, ja myślałam wtedy, ta baba tak samo jak ja ma. Więc w tej książce jest, że ‘kiedy ostatnio przeprowadzono ankietę wśród ubogich kobiet z różnych grup etnicznych w USA, w której zapytano, jaką jedną rzecz zmieniłyby w swoim życiu, większość ankietowanych odpowiadała, że chciałaby schudnąć’. I to jest książka sprzed ponad dziesięciu lat, a nie zmieniło się nic. Nic. A później pisze o czymś nad czym tysiąc razy już myślałam i co wydaje mi się naiwne i śmieszne. I prawdziwe, prawdziwe. ‘Zaczęłam myśleć, że gdybym miała płaski brzuch, byłabym doskonała, byłabym bezpieczna. Byłabym otoczona opieką, akceptowana, podziwiana. Byłabym ważna i kochana’. I jeszcze: ‘Piszę o moim brzuchu może dlatego, że przez większość życia czułam się nie w porządku, czułam się zbrukana, winna i zła, a mój brzuch wydawał mi się workiem wypełnionym nienawiścią do samej siebie. Może dlatego, że stał się przechowalnią mojego bólu, urazów z dzieciństwa, niespełnionych ambicji, skrywanej wściekłości’. Boże. I czytałam tą książkę dwa miesiące temu. I miałam już klucz do szczęścia. Tyle mi pozwoliła zrozumieć. Już miałam wolną drogę, żeby się kochać, szanować i akceptować. I tak było. Że się kochałam, akceptowałam. A później zapomniałam. Cały czas zapominam.

WP_20170125_009

Eve Ensler „Dobre ciało”, WAB

strumień świadomości

Za każdym razem jak coś piszę, nagle przychodzi mi do głowy tysiąc siedemset pięćdziesiąt innych rzeczy do napisania i po trzysta osiemnaście razy czytam jeden akapit, drę włosy z głowy i szlag mnie trafia. Z jednej strony chcę napisać o tym, że przeczytałam takie zdanie w internecie, że wszystkie nasze potrzeby, wcale nie są naszymi potrzebami, że nam się częściej wydaje, że potrzebujemy, co nam się wydaje, że. A często wcale nie. I zaczęłam pisać o tym. Że jesteśmy w pułapce tych potrzeb właśnie, co nam wmawiano zawsze, że kariera, dom, miłość. Że żyjemy w przeświadczeniu, że mamy wobec świata zobowiązanie i że szczęścia doświadczymy wtedy tylko, gdy wszystkie te zobowiązania, jedno po drugim. Że szczęście to taki cukiereczek, który na spokojnie odwijasz z kolorowego papierka pod koniec życia. I myślisz wtedy, porobione, ciamkając. I piszę o tym, piszę, że teraz są takie potrzeby, szalenie pilne, by przemierzyć cały świat, by pojechać w miejsca, o których pół świata nie ma pojęcia, gdzie leżą. Żeby najlepiej przemierzać je rowerem z małą kamerką i samotnie, by później napisać o tym książkę lub ten film z kamerki puścić na youtubie i mieć milion wejść, i po tym sukcesie móc spokojnie ze świata zejść. (A później cały ustęp piszę, nie wiadomo kiedy, że wszyscy jeżdżą teraz, ale nikt nie czuje ekscytacji tym jeżdżeniem, bo co na zdjęcie patrzę z Tasmanii czy Patagonii to każdy z miną jakby od trzech godzin stał w kolejce do wrocławskiego baru mlecznego Miś. A później od tego Misia się odbijam, że mi niedawno przyjacióła powiedziała, że teraz takie bary mleczne bardzo modne, wszystkie hipstery latają, brodę w barszcz ukraiński wsadzają). Nagle myślę, Boziu, ja zupę robię, krem z marchwi, modną szalenie, ze strony przepis, wegańskiej, marchewka i masło orzechowe, wszyscy się posrają w pracy jak powiem co jem, chociaż się nikt pewnie w pracy nie zapyta, bo mnie nikt nie lubi tam, i vice versa, i idę do tej zupy w podskokach, marchewki twarde jak gnat, a w przepisie wyraźnie, marchewki duś 10 minut, aż całkiem zmiękną, moje jadą 40 minut i nic. I nienawidzę takich przepisów, takiego pierdolenia, że marchewka zmięknie po 10 minutach. W ogóle większość tych przepisów o dupę rozbić, kleksy jakieś na talerzu, każdy do tego w szmince przy stole, tak samo zblazowani wszyscy jak ci w Patagonii, foty se robią znad misy i puszczają w świat, patrzcie, jak se zajebiście zdrowo jem, duszone marchwie z masłem orzechowym, zaraz to wyleję do kibla. Ale rozkojarzyłam się jak nie wiem, gdzie to byłam, te potrzeby, dobra. Takie mamy teraz potrzeby, by biegać w maratonach i chodzić do psychoterapeuty. A jak jadę rowerem czasami, jak wracam z pracy, to mnie zatyka w płucach, że mam 33 lata i nie odniosłam sukcesu, nie mam swojego domu ani nawet kredytu, jest szansa, że nigdy nie przebiegnę maratonu, że nigdy nawet nie zacznę, że może wizyta u psychoterapeuty na coś by się, zwłaszcza, że tej kariery nie zrobiłam, a wszyscy robią, coś może ze mną nie tak, może pora na sobie się skupić, mindfulness i joga może, może będę biegać i oczyszczać umysł, muszę też oczyścić jelita, przeczytałam, że zapchane jelita powodują wahania nastrojów i stany depresyjne. Jest szansa, że nie zobaczę całego świata, że nie będę bogata. Że nie kupię Tomkowi, choć bardzo bym chciała, i nie przeplotę czerwoną kokardą najstarszego z Mercedesów. A przy tym Mercedesie zawieszam się na dłużej, że nawet prawa jazdy ciągle nie zrobiłam jeszcze, tak się boję tych aut, a wszyscy mówią, zrób, zrób, przyda ci się, a jakoś 33 lata przeżyłam bez auta, to to jest moja potrzeba czy nie moja, ja się pytam.

wp_20160325_002

radości

Chciałam mieć święta jak z obrazka, a później bardzo się bałam, że będę zawiedziona, że nie jest jak chciałam. Więc ostatnie dni powtarzałam sobie parokroć, nie chciej, Gosia, świąt z obrazka. Ale wcześniej ów obrazek Tomkowi naszkicowałam. Przed każdym spaniem mówiłam mu, będą w kształcie choinki i bałwana ciastka. Będzie napalone w kominie, żywe będzie drzewo w dwukolorowe bombki udające luksus. Na szczycie drzewa gwiazdka. Pod drzewem pies. Świeczki gdzie nie spojrzysz, wełniane skarpety i cytrusy, po kryminale każdy i czytanie z kołdrą po uszy. Za oknem harmider i wiatr. W sercu spokój, że ciepło, ale i serca podrygi, że w tym kryminale kto zabił.

A wczoraj cały dzień pracowałam, pracowałam ze łzami w oczach, te łzy od złości, a w domu Tomek cały jak mrówka zasuwał. I mnie odebrał z pracy wieczorem, ja tylko narzekałam, że co to za praca, co za ludzie, co za dzień, a on mówił, już, już. Wchodzę do domu, a tam stół i obrus, świece, gdzie nie spojrzysz i prezenty pod choiną. A na gazie barszcz z pierogiem, ja szybko w kąpiele, w białą sukienkę szybko, Tomek w garniak, my jak do ślubu piękni, pierwsze nasze święta narzeczeńskie i pierwsze, że jesteśmy sami jak palce, tylko z psem Bonusem, co zahukany siedział pod stołem. I przy stole naprzeciw siebie, eleganccy i dostojni, dostojnych słów używając w zdaniach. I życzenia od serca, i na głos, łzy znowu w oczach od wzruszenia i machanie przy buzi ręką, że makijaż. I ja bym do tego nie dodała nic. Z tego bym zrobiła obraz i powiesiła nad kominem. Na tym obrazie ziewa pies. Cudnie jest.

A późną nocą idziemy spać i budzimy się rano, i nam się nigdzie nie spieszy, bo zamknięty jest cały świat, szalenie wieje wiatr, pijemy w łóżku kawę, powtarzając, że nic nie musimy, zupełnie nic, możemy czytać książki cały dzień w skarpetach albo gapić się w ścianę. I Tomek faktycznie czyta, pies się w ścianę gapi, a ja piszę toto, bo mało się teraz pisze rzeczy radosnych, wszyscy piszą, ale dupa, ale syf, praca zła i pieniądz, Polska i wobec niej niemoc, jojczą wszyscy i jęczą, że depresyjne stany, że jak żyć mamy, i ja tak samo jęczę, tylko mi się w głowie obudzi jakiś jęk już się dzielę tym z dziewczynami, analizuję godzinami, piszę już wiadomości, bardzo mi dzisiaj smutno, nie czuję radości, dmucham, chucham, rozbebeszam, na dnie całe się zawieszam. A nie pamiętam, kiedy się tak rozczuliłam nad dobrym czymś. Kiedy się czymś dobrym podzieliłam z kimś. Temu teraz to. U mnie bombowo.

img-20161224-wa0023

 

przygotowania do ślubu cz.3

Spędźcie sobie 11 miesięcy poza Polską, a później przyjedźcie na dwa tygi i postarajcie się odwiedzić wszystkich i wszystkim opowiedzieć co u was, i wszystkich wysłuchać, co u nich, u każdego postarajcie się zjeść obiad, który szykowany był specjalnie dla was i którego autora zupełnie nie obchodzi, żeście już obiad jedli, który był szykowany specjalnie dla was, przyjedźcie po 11 miesiącach do Polski i spróbujcie zaplanować wesele w jeden tydzień, spróbujcie przymierzyć suknię ślubną po uprzednim zjedzeniu krokietów, gulaszów i kabanosów, które specjalnie dla was były szykowane, w salonie ślubnym próbujcie przymierzyć suknię, który salon ma sukien dwadzieścia, a wszystkie w jednym kroju i którego salonu ekspedientka od progu będzie upierać się, że na panią to klasyczna suknia w literę A, a kiedy w tę suknię ledwo co, pani klaśnie w dłonie, mówiąc, o to to, a wy w lustrze stojąc, będziecie myślały tylko gówno w zoo.

Z sukienką miałam problem największy. Wydawało mi się, że wiem, co chcę, a wyszło, że nie wiem. Wydawało mi się, że się wchodzi do salonu, pije się w salonie szampana i opowiada o przyszłym małżonku. Że panie są kompetentne, że zadają pytania, z których odpowiedzi układają się w logiczną całość, przechodzą przez jakieś psychologiczne sito i oto, dwie hostessy już mi niosą suknię z welonem. Okazuje się, że nie. Takie przymierzanie wygląda, że się stoi na obcasach i prawie na golasa, a jedna baba, do której nie dociera, że ja nie lubię takich pasów zdobionych cekinami i perłami, niesie mi suknie tylko z tymi pasami, wpierając, że taka jest teraz moda, i że takie pasy naprawdę dodają. Czego dodają? I mówię jej, nie lubię gorsetów, nie lubię sukien klasycznych, a ona, że właśnie w takich mnie widzi. Że gorset ukryje mankamenty, mówi mi. Obca baba. Tak nazywa części mojego ciała. I z tymi sukienkami lata, gdzie jedna gorsza od drugiej. Wychodzę z tego salonu i chce mi się płakać, ale nie ma czasu płakać, bo trzeba obrączki, salę, kwiaty, tort, wódkę, muzykę, zaproszenia i kościół.

Z sukienką wyłam już prawie, już miałam moment, że myślałam, dobra, gorset i pas, aż nie polazłam do salonu we Wrocławiu, co mnie wzięła siostra. Dziewucha w salonie od ucha do ucha. Mówię jej lubię to i to, nie lubię tego i tego, w tej sukience podoba mi się to, w tej nie podoba tamto, a wszystko, co mówię przeczy temu, co powiedziałam, chcę sto tiuli i skromnie chcę jak kopciuch, a ona stoi i słucha, ta dziewucha, i ja już myślę, zaraz będą cekiny i perły latały, a tu się okazuje, że wcale nie, że ona wie. Przynosi mi pięknotkę nagle, wcale nawet nie białą, ja ją zakładam, ona mi daje welon, ja w lustro patrzę, siostra z miejsca płacze, to ta.

Z weselem jest tak, że wszyscy mówią, to wasz dzień. I mówią, to jeden taki dzień w życiu. Jeden jedyny. I mówią, musisz się czuć dobrze w ten dzień, nie słuchaj niczyich rad, rób tak jak ty chcesz. A później te same osoby mówią, no może to i fajnie wygląda, ale na pewno się w tym nie wybawisz. Albo, naprawdę chcesz wydać tyle kasy na jeden dzień? Albo, no nie wiem, trochę to jest dziwne, ja bym tak nie zrobiła na twoim miejscu, ale to jest twój dzień. Z weselem jest tak, że to jest twój dzień, ale to też dzień wszystkich zaproszonych gości. Którzy z miejsca mają oczekiwania. I ty jako gospodarz nie możesz tych oczekiwań zawieść, wykreślając z menu flaki czy usuwając z muzycznej listy kaczuszki.

Z weselem jest tak, że myślisz, chcę girlandy świateł i tysiąc pięćset kwiatów, noc poślubną w najlepszym apartamencie, a do obiadu po jednym skrzypku na stół. Ale zaraz się okazuje, że drogie toto, że to pieniądze w błoto. Z jednej strony chcesz, żeby goście, kiedy wejdą na salę, klękali, każden jeden, z wrażenia, z drugiej myślisz, że może lepiej za tą kasę kupić wakacje czy auto. Trochę chcesz, żeby było jak nigdy wcześniej nie było, a z drugiej strony myślisz, że ci korona z głowy nie spadnie, jak się pobawisz w jedzie pociąg z daleka. Kuszą cię te obrazy serwowane w filmach od zawsze, że wesele na łące, pod krawatem zające, psy z kokardami, patery z homarami. Wianki we włosach, młoda panna piękna i bosa, tort dla każdego jak dzieło sztuki, ze wszystkich stron zachwytu pomruki.

Będzie jednak, choćbyś nie wiem jak chciała – koleżanko mała – sala w pomarańcz cała, toporne obrusy aż do podłogi i zero z twej pięknej ideologii. Tak sto lat było i będzie sto lat, taka tradycja, hejże hola, gorzko, gorzko, swojsko i przaśnie. Taka Polska właśnie.

985f42161d19404e88e27809a33136df_830x830

924

Ten numer za mną chodzi wszędzie. Tak się mówi, prawda? Chodzi za mną. Chodzi za mną rosół. Chodzi za mną kotlet mielony z ziemniakami. Chodzi za mną pies. I ten numer za mną chodzi, 924. Tak się mówi, choć się to mówi w różnych kontekstach i znaczeniach. 924 to końcówka numeru telefonu do mojego rodzinnego domu. Widzę go wszędzie i ciągle. Na rejestracjach aut, jako kombinację cen w sklepach. Widzę go na zegarku, widzę w rozkładzie autobusów. I za każdym razem jak go widzę, myślę, muszę zadzwonić do domu. Myślę, czy u starych gra. Do siory piszę, gra u starych wszystko? Jak mam katar i zobaczę, że jest 9:24 to myślę o domu i o tym, że mama leciała z syropem całe dzieciństwo moje, całą młodość, a dzisiaj Tomek każe mi inhalacje robić z oregano czy eukaliptusa i mniej mnie przy tym od mamy głaszcze. Jak jest 21.24 to myślę, ciekawe co robią teraz. A jak jest 8:24 to myślę, u nich teraz 9.

Na emigracji dużo się tęskni i martwi się dużo. Tęsknocie wyznacza się termin, że na przykład następne pół roku nie będziemy się widzieć i będziemy tę tęsknotę, żeby nie zwariować, dawkować, będziemy ją jak kroplówkę, powolutku, przelewać do żył, żeby była, żeby żyła, ale żeby od niej nie umrzeć. Zmartwień tak łatwo się nie zagłusza. A jak siora dzwoni bez wcześniejszego uprzedzenia to mi te zmartwienia wszystkie podchodzą do gardła, bo przecież nie przepłynę mórz, nie pokonam gór. I za każdym razem jak widzę 924 to martwię się i tęsknię. A widzę coraz częściej, bo i zaczęłam szukać. A i teraz mi się termin tej tęsknoty kończy, mogę już tęsknotę uwolnić, bo po 11 miesiącach jadę jutro do domu i niby coś robię w kuchni, a zapominam, co robię, niby napiszę na kartce, muszę wziąć to i to, nie zapomnieć muszę o tym, a już bym chciała te wody i góry pokonać, te lasy i noce, jak w znanej piosence disco polo o miłości, żeby ciebie spotkać w małym kątku świata, żeby z tobą zostać na calutkie lata.

A jutro o tej porze będę już jechać autobusem z lotniska, godzinę trzydzieści do miasta, a stamtąd będę tramwajem jechać dalej i dalej, i będę Tomka ściskać, to było, a tego nie było, i zimno nam będzie pewnie jak nie wiem, będę mówić, Tomek, ja muszę czapkę cieplejszą i do księgarni bym chciała, i będę popiskiwać w tramwaju, a wszyscy będą rozumieli, co mówię i nie będę mogła mówić, co mi ślina na język przecież, a jak pójdę do Żabki po wodę to powiem pani coś w stylu, bardzo serdecznie dziękuję, tak, poproszę siateczkę, świetnie, nie ma problemu, że to pięć groszy, 2.30zł wyszło, dobrze, już daję pieniążki, i powiem, patrz, jaka lekka ta złotówka, Tomek, a pani będzie myślała, że ja wariatka jakaś, a ja jej jeszcze powiem na do widzenia, do widzenia, miłego dnia, wesołych świąt, bo będę chciała być miła i dobra, bo tęskniłam za Żabką i panią z Żabki, za Staropolanką i zdrobnieniami typu siateczka czy pieniążki. I mi się gęba nie zamknie pół dnia, za czym to nie tęskniłam, jak to tej tęsknoty nie uśpiłam. A później spotkamy się ze znajomymi i trochę się przytulimy, ale będzie od razu tak jakbyśmy widzieli się w zeszłym tygodniu, tylko że oni zasugerują dokąd pójść, dokąd się teraz chodzi, i będziemy siedzieć w jakimś ekstra miejscu, wszyscy w swetrach i grubych skarpetach, ja krzyknę, że chcę piwo, bo cały czas będę raczej krzyczeć niż mówić, bo tak tęskniłam długo i bardzo, i się ta tęsknota teraz ulatnia, wypływa falami, zamienia  w ekscytację i buzuje, buzuje, a Tomek mi powie, miałaś nie pić piwa, a ja przewrócę oczami, że z Tomka to jest naprawdę cham, nawet na wakacjach, i on po tej minie pozna, że palnął głupstwo i mi to piwo przyniesie, a ja je będę pić z wyrzutem sumienia, z dodatkową goryczą zupełnie gratis, a wszyscy będą gadać, jeden przez drugiego, i będą gadać o wszystkim i niczym, i się będą denerwować, że tak gadamy o wszystkim i niczym, w czasach kiedy nad wszystkim stoi znak zapytania, czy ty aby nie marnujesz właśnie czasu, a ja powiem na głos, że przecież wszystko marność, i najwięcej durnowactw powiem, a wszyscy się będą śmiać, że ja taka zabawna, tylko Tomek powie, dobra, Gośka, a na koniec wieczoru wszystko zwalę na alkohol, emocje i wakacje. A później spotkam się z siorą i ona będzie ryczeć jak mnie zobaczy, a ja jej powiem, a co ty, durna, ryczysz, i pojedziemy do niej, i będziemy siedzieć ze szwagrem przy stole, i będę się czuła tak swojsko i domowo, a z matką pogadam w tym czasie 924 razy już i ją spotkam dzień później. I będzie tak, że przyjadę do rodzinnego domu, że matka się popłacze, a ojciec nie, a w kuchni Giewont będzie z krokietów, w lodówce milion będzie kiełbas, cała będzie w lodówce Polska z ogórkami kiszonymi i kefirem. Ja będę chodzić od pokoju do pokoju, patrzeć będę co się zmieniło przez ten prawie rok, będę to wskazywać palcem, a oni tłumaczyć mi będą te zmiany, opowiadać. I będę szczęśliwa, i spokojna. Będę oglądać telewizję, będzie w domu rumor i wrzask, i wszyscy będą się z tego cieszyć, że tyle nas, że wszyscy razem, że ten wrzask i rumor.

A w moim domu północnoirlandzkim zostanie pies. Czarno-biały puchacz o smutnych oczach, który już teraz siedzi zgaszony, bo doskonale wie, co znaczy walizka w przedpokoju. I ja będę za tym diabłem tęsknić jak szalona, więc jak szalona miętoszę mu futro jakby na zapas, zamykam oczy i koduję w głowie puchatość jego i ciepło, i mu mówię, Bon, to tylko 14 dni, a dla niego 14 dni to abstrakcja przecież, a w książkach piszą, że 14 dni to dla psa jak trzy miechy, boziu, ale myślę sobie, jak wylądujemy w Belfaście z powrotem za tych dni 14, będę Tomkowi w ucho piszczeć, jedź! I tyle będzie radości jak wrócimy.

wp_20160210_015

duma i uprzedzenie

Jeśli mi Tomek powie, zaczynałem, biegając 18 minut, teraz biegam 45, biegam szybciej i mniej się męczę, ok, bolą mnie trochę nogi, ale to jest dobry ból, to jest ból zasłużony, co mi przypomina jaki jestem dobry. Więc jeśli mi tak powie, to ja mu powiem, wow, Tomek, zajebiście fajnie, jestem z ciebie dumna i lekko zazdrosna. Tylko, że Tomek nie biega. To ja biegam. Najpierw 18 biegałam, dziś pierwszy raz 45. I byłam dumna, tak. Jakieś pięć minut. Bo zaraz pomyślałam sobie, co z tego, że biegniesz 45 minut, jak masz dziesięć kilo do zrzucenia. Jeśli Tomek jest w pracy długo, a ja mam wolne, a na przykład mamy jakąś małą rocznicę czegoś to ja zrobię obiad, że wszystkie kolory, zdrowie i witaminy, do tego dobre wino, świeczka tu i tam, pomyte podłogi. Jeśli mam zjeść kolację sama, zjem nad zlewem chleb z serem. Jeśli mam kupić siostrze prezent czy przyjaciółce, to nie myślę ani przez chwilę, że może przepłacam za dżinsy albo że ten sweter taniej byłoby na allegro. Dla siebie ostatnie dżinsy kupiłam na studiach (a jestem po studiach już siedem lat), ostatni sweter w lumpeksie (ma na rękawie plamę z dżemu). A jak ktoś mówi, kąpiel w bąblach żem se strzelił, to myślę w mig, i fajnie, i zasługujesz na takie luksusy. Ale sama sobie nie zrobię. Nie ma czasu na relaks, powiem sobie. Jak ktoś idzie do kosmetyczki czy na masaż, myślę sobie, wszystko dla ludzi. Ale nie dla mnie. Jak mi mówi koleżanka zrobiłam certyfikat z matematyki i liczb, to myślę o niej, jest świetna, gdybym tylko była jak ona. A nie pamiętam, że robię certyfikat z angielskiego właśnie, że właśnie zapisałam się na wolontariat, że chodzę na lekcje śpiewu. Gdyby ta koleżanka powiedziała mi, chodzę na lekcje śpiewu, pomyślałabym sobie, Boże, jaka jesteś wspaniała. Ale nie myślę tego o sobie. Ona chodzi do tego na jogę, na zumbę, na rurkę, biega do tego godzinami, półmaraton strzeliła, jest taka zorganizowana, taka zdecydowana jest, w tylu była miejscach, jest odważna i zna języki. I całkiem zapominam, że też trochę pojeździłam, że pięć lat temu umiałam po angielsku tylko kiss, love, fuck i no. Zapominam, że też chodziłam na zumbę, na pilates chodziłam, spinning i basen. Że jestem świetnie zorganizowana i że maraton mogę pacnąć, jeśli utrzymam to bieganie moje. Ta koleżanka pisze mi raz, jestem nudna, nic nie umiem, nic nie wiem. A ja mówię jej, jesteś wspaniała, jesteś ładna i mądra, ciekawa i zabawna, i jak z tobą siedzę to ani przez minutę się nie nudzę. Ale nie powiem tego o sobie. O sobie powiem, jestem najbrzydsza ze wszystkich dziewczyn w pomieszczeniu, najgorzej ubrana, nie mam w ogóle stylu  i mam najgorsze włosy. Nie umiem zrobić sobie makijażu, z paznokciami zawsze powyjeżdżam, mam największe stopy. Ta koleżanka mi się zaśmieje w twarz, że tak o sobie myślę, ona w ogóle tego we mnie nie widzi. A jak siedzę z kimś na kawie, kogo nie widziałam długo albo dopiero poznałam od razu tej osobie zazdroszczę, jeśli mi powie, robię to i to, udzielam się tu i tam, planuję jeszcze tamto i siamto. I myślę o tej osobie, na bank nie ma kompleksów, jakie może mieć kompleksy, wszystko jej się udaje, wygląda na taką, której nie sprawiłoby problemu upieczenie czteropiętrowego tortu. Nie to co ja. Jeśli ktoś przyjdzie do mnie z problemem, wypłacze mi go w rękaw, ja mu z miejsca powiem, jak żyć. Ja mu pokażę jego życia dobre strony, pokażę, co wypadałoby zmienić i nad czym popracować. I dam mu receptę na sukces. I w ogóle nie pomyślę, że jego problem jest nie do przejścia, że jak on może przez to nie spać, przecież to rachu ciachu, tu zmienić, tam zmienić, i po kłopocie. Ale jak ja mam kłopot to leżę na łóżku pośród mokrego prania i nagrywam koleżance na whatsapie, jest mi dzisiaj tak niewymownie źle, że nie wiesz, że nawet ci nie umiem opowiedzieć, jak jest mi źle. O ludzie święci. A mi jest źle głównie dlatego, że nie mam dobrej pracy i że te dziesięć kilo. I to nie jest do przejścia niestety. Chociaż, gdyby ten problem miała koleżanka to bym jej powiedziała, biegaj, jak biegasz, kochana, szukaj pracy, nie masz wyjścia, ślij cv, znajdziesz, znajdziesz, bo nie przestaniesz szukać, choćby to trwało i trwało. Jesteś ładna, dobra i utalentowana. Poradzisz sobie. Co innego ja.

1006013_496510053763586_606725200_n

„Kołonotatnik z Bohaterem” Małgorzata Halber

 

chemia

Zawsze chciałam mieć chłopaka. Całe liceum przepłakałam, że nie mam. Płakałam w ukryciu, na głos mówiąc, że wcale chłopaka nie chcę, że wszystkich, którzy chcą ze mną chodzić, celowo odtrącam, bo wiem czego chcę od życia i to na pewno nie jest chłopak, na pewno nie teraz. A tak serio to nikt nie chciał ze mną chodzić, ani w internecie, ani w realu. W internecie jakiś chłopak zapytał się mnie jakie są twoje wymiary i ja wtedy skłamałam, że 95 na 65 na 95, a nigdy tak nie wyglądałam, nigdy, nigdy, a ten chłopak zrobił wtedy na gadu-gadu takie przeciągłe mmmm i mnie poprosił o zdjęcie, a ja mu powiedziałam, że mam teraz niestety tylko zdjęcie twarzy i nie mam też możliwości zrobić sobie zdjęcia całej sylwetki, bo po prostu nie mam takiej możliwości i on mówi, to wyślij tą twarz, ja ją wysłałam i on powiedział, spoko, taka nimfetka, a ja chuja wiedziałam, co to znaczy, i powiedziałam, dzięki, a serce pękało mi i pękało, bo wiedziałam, że ten chłopak nigdy nie pokocha mojego wnętrza, szczególnie jak się dowie ile naprawdę ważę. Z tymi miłościami było tak, że ja kochałam na śmierć i życie, i to kochałam już po pierwszej rozmowie, po pierwszych kilku słowach, wiedziałam, że to ten. I mi to serce całą młodość palpitowało. Pamiętam jak siedziałam u siostry w pokoju i płakałam łzami grubymi jak grochy, mówiąc, że nigdy nie będę miała chłopaka, że po prostu to czuję, że gdzieś np. jak sobie wyobrażam swoją przyszłość to nie widzę tego chłopaka, to widzę, że siedzę sama w szarym pokoju z szarą buzią i szarymi włosami. I moja siostra mówiła, ty głupia, zobaczysz, że znajdziesz, a ja myślałam tylko jaka głupia jest ona skoro w to wierzy. A ta potrzeba posiadania chłopaka siedziała we mnie zawsze i zawsze mnie paraliżowała. Robiłam różne rzeczy, ale gdzieś majaczyło mi, że skoro nie masz chłopaka to znaczy, że nikt cię nie kocha, że nie jesteś warta miłości, że może jesteś fajna i interesująca, i masz poczucie humoru, ale nikt cię nie kocha, to co masz to za mało, coś z tobą nie tak, Gosia. Bo tu nie chodziło, żebym z tym chłopakiem za rękę gdzieś szła, tu chodziło, żebym ja uwierzyła, że mnie się kochać da. A nie wierzyłam całą młodość. Chmurną, durną. Aż kiedyś – co widziałam w filmie – taka dziewczyna bała się zakochać, bo miała jakieś ciężkie miłosne przeżycia i rzuciła na siebie zaklęcie, że następny chłopak, którego pokocha, będzie miał jedno oko niebieskie, jedno zielone, będzie miał jeszcze inne rzeczy – już nie pamiętam – co się w ogóle nie zdarzają, i to zaklęcie ma ją uchronić od miłości na wieki. I ja pamiętam jak leżę na kanapie i gadam podobnie, że ok, chciałabym, żeby mój chłopak miał na imię, powiedzmy Bartek i żeby był chemikiem albo fizykiem, żeby robił coś, czego ja nie umiem robić i czego w ogóle nie rozumiem. I jeszcze jakieś rzeczy wymyślałam, i długo pielęgnowałam w sobie to marzenie o chłopaku, co podobno nie istnieje, a później całkiem o nim zapomniałam. A później się z Bartkiem poznaliśmy (Tomek to od nazwiska) i on mi powiedział, że jest po biotechnologii, że ta chemia coś, że buchające w słoikach pary, i ja pomyślałam sobie, najsłodszy Jezu, to on. Ale długo nie mówiłam tego na głos. Nawet przed sobą. A jak się koleżanki pytały to raczej odpowiadałam, nie wiem, spoko chłopak, ale nie wiążę z tym wielkich planów, zobaczymy. A wcześniej zawsze było tak, że jak się pytały to ja mówiłam z miejsca, to on, czuję to. A później serce na pół. Gdyby mi ktoś obiecał np., że na bank, na bank spotkasz chłopaka, będziesz przed trzydziestką wtedy, do trzydziestki masz czas, rób rzeczy, pisz książki, śpiewaj na scenie, jakaś wróżka sprawdzona gdyby mi to powiedziała, to moje życie byłoby łatwiejsze, teraz bym miała parę nagród literackich na kominie, a tak mam na kominie zapachowe świece i kartki pocztowe. Gdyby mi wróżka powiedziała toto, to czytałabym przed spaniem książki, jedną po drugiej, wszystko bym miała przeczytane, a tak przepłakałam większość czasu na książki, przedrżałam pod kołdrą z przerażenia, zmarnowałam czas z koleżankami, trując im dupę, że jestem taka strasznie sama lub słuchając o tej ich samotności, co teraz one ślą mi zdjęcia dzieci swoich albo zaręczynowych pierścionków. A jeszcze mi Tomek ostatnio mówi, jak się przeprowadzimy do Szwajcarii to nie będziesz musiała pracować, tylko będziesz sobie pisać i kołysać dzieci, a ja mówię mu, nie może tak być, że nie pracuję, bo jak wyjdzie kiedyś, że się rozstaniemy to ja zostanę na lodzie bez pieniądza, a on mówi do mnie, jak się kiedyś rozstaniemy to tylko, jak ty mnie zostawisz, bo ja cię nigdy nie zostawię, Gośka. A mi serce skacze z radości wtedy. Ja to trochę po to gadam. Z tym niby zrywaniem. Tak czy owak, pakujemy się w brykę zaraz i szast prast jedziemy do Belfastu po obrączki. Zajączki.

14976065_10157643215485623_1208089331_o