ja taka nijaka

Czasami myślę, że we wszystkim jestem raczej taka sobie i na przykład zaczynam pisać, a po pierwszym akapicie przychodzi mi do głowy, że kto to będzie czytał, że niczego w niczyje życie nie wnoszę takim pisaniem, nie naprawiam niczego, nie daję, takie to pisanie jest często o niczym, i że po co to komu. I najczęściej wtedy odchodzę od stołu, i najczęściej jest mi smutno. Smutek najczęściej zagłuszam oglądaniem serialu, wyciąganiem naczyń ze zmywarki albo układaniem rzeczy w szafkach, bo wtedy efekt mojej pracy jest faktycznie widoczny, a jeśli wybieram serial to efektem tego wyboru jest relaks. Potencjalny. Relaks to jednak umiejętność luksusowa, nie dana każdemu, tak się porobiło teraz, że relaks będziemy niedługo studiować na uniwersytetach, będzie można być magistrem relaksu albo z relaksu robić doktorat i będzie można otworzyć gabinet, do którego ludzie stać będą w kolejkach po kilkanaście tygodni i po tyleż dyszek płacić za sesję. No więc ten serial to to żaden nie jest relaks, serial to jest ucieczka. Wyciąganie naczyń to też jest ucieczka. Gdyby mnie zapytać, co bym najmocniej chciała robić to bym z miejsca powiedziała, choćbym się i przy tym zarumieniła, że chciałabym pisać. Ale nie piszę. Uciekam od pisania. Boję się konfrontacji, boję się, że może wyjść, że jestem w tym pisaniu przeciętna, a przeciętność jest przecież zła. Wczoraj wieczorem powiedziałam Tomkowi, że jak za kilka dni będziemy w Polsce to chciałabym pójść do księgarni po taką książkę o emigracji, a on powiedział mi, ktoś napisał książkę o emigracji? Na co ja mówię, pewnie milion osób napisało książkę o emigracji, a Tomek na to, no chyba żartujesz teraz, ile lat temu ci mówiłem, napisz książkę o emigracji. Taka to była rozmowa. Także pierwsza sprawa jest taka, że Tomek myśli chyba, że jak w poniedziałek powiem sobie, kurde, napiszę se książkę o emigracji, to w czwartek będę już miała napisaną. Myśli też Tomek chyba, że można napisać jedną tylko książkę o emigracji, jak ktoś napisze drugą to ludzie powiedzą, ale po co, przecież już jest książka o emigracji. I pomyślałam sobie po tej naszej durnej rozmowie z wczoraj, że mogę napisać książkę o emigracji. Albo o miłości, o której też już jest parę pozycji. Albo o czym zechcę. I pomyślałam sobie, niech będzie milion książek o emigracji i milion o miłości. Niech moja będzie milion pierwsza. Niech jej nawet nikt nie kupi, niech jej nikt nigdy nie wyda nawet. Niech będzie przeciętna, nijaka. Moja obawa przed nijakością powoduje, że jestem żadna, że mnie nie ma. Moja obawa przed nijakością powoduje, że całe dnie wsadzam i wyciągam naczynia ze zmywarki, moja obawa o to, że mogę się okazać nijaka powoduje, że mam palpitację lekutką i lekki paraliż jak syn śpi i ja mam na pisanie czas. Łapię się na tym, że nie chcę mieć wolnego czasu, wolę być narzekającą na brak czasu mamą niż zmierzyć się z tym strachem przed zwykłością, normalnością. A przeciętność jest ok, przecie. Jest normalna i częsta. I już. A pisanie mnie uszczęśliwia. Pisanie powoduje, że dobrze o sobie myślę jednak. Przynosi ulgę i układa mi w głowie jak ja w tych szafkach układam. Nie powinno się uciekać od tego, co nas uszczęśliwia tylko dlatego, że inni są w tym, co nas uszczęśliwia lepsi. Tylko dlatego, że ktoś już napisał książkę o emigracji nie znaczy, że inny ktoś nie może zrobić tego znowu. Może lepiej. Może gorzej. Może po prostu inaczej. Nawet jeśli tym pisaniem moim nie naprawię całego świata i nie zmienię, to zmienię świat swój i polepszę, ponoć od siebie trzeba zaczynać zmiany, każdy ci to powie coach, w siebie wejrzeć, zainwestować, siebie od nieszczęścia uchować. Także hops, hops. Niech nijakość idzie w jakość.

IMG_20190827_141432

na zdjęciu stopa syna, miś z Ikei, grająca myszka Miki, trawa oraz karty kontrastowe na dowód tego, że są na świecie rzeczy jedynie tylko czarno-białe. 

rok

Te pierwsze dni jak się Właduś urodził to był dla mnie – jak teraz pomyślę – ból przede wszystkim, ból i zmęczenie i taka potworna, potworna potrzeba spania, ale spanie było takie, że jednym okiem tylko, do teraz śpię bardzo płytko, jestem w stanie zerwać się na równe nogi w każdej sekundzie nocy i z miejsca działać, z miejsca ratować, uspokajać, tulić i śpiewać. Te pierwsze dni to było patrzenie na niego w kółko, chodzenie na palcach, w nocy do karmienia siadanie, przygotowywanie, przebieranie, lulanie, tak mi się wydawało, że tak trzeba, tyle się nasłuchałam, że się w nocy do dzieci wstaje, że też wstawałam, go brałam, siadałam, na siedząco spałam. Pierwsze dni to w ogóle ból straszliwy poporodowy, pleców ból okropny, straszne upały ciągle i ciągła nerwowość, że co jeśli kolki dostanie, jeśli zacznie płakać, jeśli – słowem – nie podołam, bo w tych naszych strachach o dzieci najwięcej jest chyba strachu, że nam się nie uda, najwięcej jest o nas drżenia, czy się nadam, czy wszystko zrobię dobrze. Ja się najmocniej bałam, że mi się rozryczy rozpaczliwie gdzieś i ja nie będę umiała nic zrobić, choć będę robić wiele, wokół mnie ustawi się wianek z ludzi, którzy kiwać będą głowami, że co to za matka. Ciągle się tego boję. Że jacyś obcy ludzie będą opiniować na temat mojego matką bycia. Jakby to idiotycznie nie brzmiało. Wzięło się to chyba z tego, że od samego początku słyszę, że czapeczkę mu załóż, czapeczkę mu ściągnij, nóżki mu zakryj, odkryj mu nóżki, zimno mu, ciepło mu, daj mu cycka, nie dawaj mu cycka, śpij z nim, nie śpij z nim, za gruby jest, za chudy, każdy sobie lubił trzy słowa, od których słów bolała mnie głowa, ciągle mnie zresztą od tych wszystkich dobrych rad boli. Bo dobre rady w kwestii dzieci to trochę odwaga na moje. Dobre rady to też często krytyka. Po prostu. A kto z nas wychował setkę, a każde ze stu wyszło na ludzi i świetnie sobie radzi w dorosłości? Jak słyszę nieznoszącą sprzeciwu radę, że słuchaj, nie powinnaś z nim spać lub że w twoim mleku już tylko woda, ja po pół roku odstawiłam to nie wiem skąd w ludziach się bierze tyle pewności, bezczelności tyle. Ten wianuszek z ludzi, który ustawia się wokół mnie i mi mówi, co robić wie ode mnie lepiej, wszyscy wiedzą wszystko od wszystkich lepiej. I tego się boję. Ale nie miało być o tym. Miało być o tym, że pierwsze tygodnie marzyłam głównie, żeby Właduś miał już miesiąc, dwa miesiące, trzy miesiące. Raz, że czekałam na jakąś z jego strony większą komunikatywność, dwa – każdy tydzień powodował, że czułam się odrobinkę lepiej w nowej roli i pewniej, a bardzo mi ta pewność i obeznanie były potrzebne. Nie wiem, w którym momencie zaufałam sobie i swojej intuicji. Za to sto razy słyszałam wtedy, ciesz się nim teraz, szybko urośnie. Ja się cieszę, że urósł. Jak był malutki to też się nim cieszyłam, ale w tle tej radości dużo było napięcia i niepokojów, teraz jest lepiej. Dzisiaj Właduś ma jeden rok. Znamy się i uwielbiamy. Uśmiechamy. Po podłodze biegamy. Rozrabiamy. Wywracamy. Machamy. Rozmawiamy. Było nawet pierwsze ‘mama’, co na to słowo czekam jak nie czekam na nic, mama wypowiedziana w podłogę i przykryta rumieńcem, kiedy ja ze łzami w oczach, że coś ty synek powiedział. Nigdy nie kochałam nikogo jak kocham tego chłopca i to jest jedna z niewielu rzeczy, co mi się faktycznie sprawdziła z całej tej mamowej legendy, którą się powtarza od pokoleń. Że jak będzie dziecko to mąż na drugi plan, że jak już urodzisz to pokochasz nad życie w pierwszej chwili, że ból porodowy zapomnisz po kwadransie, że karmienie piersią pozwoli ci zrzucić kilogramy w chwilę, że twoje życie nabierze w końcu sensu i to wcześniejsze zapomnisz w mig. Nic z tych rzeczy. Tomek nie jest na drugim planie, miłość do dziecka nie musi rodzić się z dzieckiem, ból porodowy pamiętam, kilogramy wciąż mam, życie miało sens wtedy i ma teraz, i wcale nie zapomniałam tego wcześniejszego. Choć teraz nie wyobrażam sobie już życia bez Władka. Gagatka. Niejadka. Ja, jego od roku matka.

IMG_20190608_191551559_2

Pas

Mamy taki pasek wzdłuż okna zamiast zasłon czy firan, taki pasek na samym środku, który uniemożliwia przechodniom patrzeć na nas, a nam na nich. Mieszkamy na parterze, okna są ogromne to i każdy może łypnąć okiem. Każdy łypie. Ja tak samo łypię jak przechodzę obok innych wielkich okien, wszyscy tu mają wielkie okna. Nie wszyscy mają zasłony, firany czy ten pasek właśnie, co odcina wszystkich na wysokości pasa. Jak ktoś przechodzi koło naszego mieszkania to widzę tylko nogi. Rzadko widzę głowy, trzeba być bardzo wysokim, żeby ta głowa wystawała. Jem śniadanie i patrzę na nogi przechodniów. Różne są te nogi, ale złapałam się na tym, że zaczęłam je już szeregować. Istnieją dla mnie dwie główne kategorie nóg. Nogi szczupłe i nie. Tym szczupłym przypisuję szczęście i udane życie, tym grubszym życie udane mniej i mniej szczęścia. Niedawno przeszły mi obok okna nogi zgrabne jak rzadko, nogi w pięknych, czerwonych i ciasnych spodniach i moja pierwsza myśl była taka, że ile szczęścia mieć musi właścicielka tych nóg i spodni, jakie lekkie i piękne musi być jej życie, pewnie nigdy nie wstaje lewą nogą taka właścicielka nóg. Złapałam się na tym, że synonimem szczęścia są dla mnie zgrabne nogi. Jeśli ktoś ma zgrabne nogi to już za nogi boga złapał. Na tym się złapałam, że odmówiłam szczęścia wszystkim właścicielom nóg mniej zgrabnych, nieco grubszych, wyłażących z kanonu. Ja mam takie nogi. To one stają mi na drodze do szczęścia. Jak kłody pod nogi te nogi. Gdyby nie nogi (ale też przecież brzuch, pupa, ramiona) to miałabym w życiu wszystko. A nie mam. Mam w życiu trochę za dużo.

To bardzo wszystko osobiste, co mówię, ale przekonuję się coraz bardziej, że problem nie dotyczy tylko mnie. Że miliony dziewcząt budzi się co rano z milionem kompleksów, które stają im na drodze do szczęścia. Tylko że jak się wypowie na głos, że szczęście to płaski brzuch to brzmi to jednak śmiesznie, nie? Że szczęście to przerwa między udami, brak cellulitu i uniesiona pupa. Że szczęście jest wtedy jak się zgubi pięć kilo. Jakie to głupie. A jakie zajmujące! Bo żeby zgubić pięć kilo, mieć super pupę i super brzuch to trzeba bardzo wiele znieść. I niewiele jeść. Trzeba ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć, a jak się nie poćwiczy raz to trzeba sobie mówić, że jest się głupią, leniwą krową, która nic w życiu nie osiągnie skoro nie potrafi ćwiczyć, skoro wymięka. Nic nigdy nie osiągnie, skoro waży kilka kilogramów za dużo. Nic nie osiągnie, skoro nie ma wcięcia w talii. A jak się na przykład trochę więcej zje, jak się zje na przykład ciastko to trzeba się samobiczować długo długo, najlepiej słowami, że się jest jak dziecko, które nie potrafi się kontrolować, że się jest grubą, wstrętną świnią, która nigdy nie odniesie sukcesu, skoro tak ciężko jest jej odmówić sobie ciastka. Droga do super pupy i super brzucha to często droga do piekła, które samemu się sobie zgotowuje. Piekła pełnego tortur, z których jedynie kilka tylko to: z nienawiści do siebie czarny pas, złość, głodówka i głód, czekolada i wyrzuty sumienia, z kosmosu postanowienia, głodówka, ćwiczenia, ćwiczenia, zawód i wstręt, jelit skręt, bezradność i kolejne postanowienia, ćwiczenia, ćwiczenia, ćwiczenia, głodówka i głód, złość, żal i płacz, żołądka wrzód, nieskończony trud, diety bez mety, jedzeniowe sekrety, niechodzenie na bankiety, porównywanie się do każdej innej kobiety i zawsze w tym porównaniu przegrywanie. A co będzie, jeśli się na chwilę przestanie? Jeśli się powie pas dietom i dietetycznym pierdoletom. Ćwiczeniom na siłę i na siebie ciągłą złością? Mierzenie się z kością. Gdyby tak więcej miłości było w nas do nas. Gdyby tak spróbować do kanonu nie pasować. No proszę was. Ja pas, ja pas, ja pas.

FB_20150515_15_19_49_Saved_Picture

młodości dość

To jest pierwszy raz jak wychodzę z domu bez chłopców, bez wózka, smyczy, toreb i listy zakupów, bez zobowiązań, bez bycia mamą, bez wilgotnych chusteczek, bez pieluchy i zabawki, kocyka i do wygodnego karmienia stanika. Pierwszy raz. I jak się tak wychodzi z domu po długiej przerwie od wychodzenia bez tego wszystkiego to się idzie gołym jakby. To się idzie jakby się w kapciach szło. To się w każdej witrynie patrzy, że czego mi brakuje. Jak się po takiej przerwie długiej od wychodzenia siedzi w kawiarni to się pierwsze co chce zadzwonić do domu, czy on aby nie spłonął, czy aby Tomek nie wyrywa sobie włosów z głowy, a Władek nie zdziera gardła. Ale się nie dzwoni, się ufa, się powoleńku pod pupą zapada pufa, siedzi się jak król. Za mną prawie dziewięć miesięcy od bycia mamą, a ciągle jak sobie to słowo powtarzam w głowie to ono mnie rozśmiesza aż. Mamy są dorosłe i wysokie przecież. A ja nie. Jak myślę, że męża mam to też się uśmiecham lekko, że przecież to jest Tomasz mój. Żony są chyba poważniejsze ode mnie, wyższe o głowę, noszą delikatne naszyjniki i smarują ręce kremem przed spaniem w bielutkiej pościeli.

Dziś pierwszy raz od miesięcy pojechałam rowerem. Pojechałam rowerem pięknym i smukłym, pojechałam wyprostowana i dumna, i miałam jechać cały czas prosto, ale się po swojemu zgubiłam na prostej. Odnalazłam się w telefonie i ten pokierował mnie na basen, na który pojechałam dziś pierwszy raz od miesięcy. I na tym basenie, niedziela, wiadomo, dzieciaki, piski, ryki, wszystkie te wysokie mamy, brzuchate taty, na basenie przedziwnym, bo pełnym stolików i foteli dla mam i tat, na basenie, na którym można kupić lody i frytki!, a to basen z zadaszeniem, cały więc pachniał frytkami, wypełniał się cały krzykami, daleko mu do basenów, które kocham, które pozwalają ci płynąć w głąb siebie, basenów, że ci jak w niebie. I na tym basenie zobaczyłam nastolatków takich, co wrzucali się, jeden drugiego, do wody, piszcząc przy tym i niby nie chcąc być wrzuconym, i takie to było irytujące aż patrzeć na nich, na tą młodość durnowatą, co przecież nigdy się już nie powtórzy, a przecież była dokładnie taka, pełna tych pierwszych zauroczeń, pełna opowiadania później koleżankom, że ulubiony chłopak dotknął moich pleców, tego dotyku w myślach przywoływanie, aż zblednie kompletnie i nic nie zostanie. Młodość nastoletnia mi się skończyła, pomyślałam w wodzie, pomyślałam też, że Władek będzie kiedyś nastoletnim chłopcem i będzie się darł po basenach z kolegami, jeden drugiego będzie do wody wrzucał, wodę rozchlapując po wszystkich innych pływających wokół, starych, bo przecież trzydziestoletnich, ludzi, których się, będąc nastolatkiem, nie zauważa, a jeśli się zauważa to się myśli, starość nie radość, tacy ludzie to już pewnie tylko zmartwienia i telewizor. A za chwilę spojrzałam na tatę, co obok płynął ze swoją córką, na oko lat pięć, która córka bardzo chciała tacie zaimponować, a który tato dumny był jak paw i pomyślałam, że Władek też będzie kiedyś płynął do nas na całego, mówiąc, mama, patrz, i wtedy poczułam się jak mama w końcu. Dziś pierwszy raz od miesięcy pomyślałam sobie, jestem mamą tego pięknego chłopca o dwóch zębach, co uderza klockiem w klocek, i pomyślałam, że nie żal mi przeszłości już, a przyszłość będzie fajna z takimi chłopakami. A jak wracałam rowerem do domu to na głos do siebie mówiłam, jak pięknie, jak cudownie jest, boziu, bo zielenią jechałam, wiosną, obok konia i strumyka, czas niby umyka, ale czas jest teraz, teraz jestem mamą pięknego chłopczyka, który rośnie i urośnie, chcę dobrze myśleć o tej naszej pierwszej wspólnej wiośnie, co teraz.

Dziś pierwszy raz od miesięcy byłam sama sobie i to jest potrzebne jak nie wiem. Żeby raz na czas na rower wsiąść, zgubić się nawet na prostej drodze, a zaraz odszukać. Trochę się nawet w głowę popukać na myśli, że młodość to przeszłość. Przecież młodości wciąż dość.  A miłości to w ogóle nieskończoność.

IMG_20190314_115832610

wsłu-chuj-się-wsie-bie

Wszystko krzyczy, żeby się w siebie wsłuchać, siebie odnaleźć, być dla siebie dobrym. Wszystko krzyczy, choć krzyczy jedno tak, drugie siak. Można się w tych krzykach zgubić kompletnie, ja na przykład już kompletnie nic nie wiem. Kiedy ćwiczę, a w mojej głowie pojawia się myśl, że umieram to to jest moment, żeby odpuścić czy na granicy stoję przekraczania granic? Kiedy czytam, że powinnam słuchać ciała, bo ciało jest mądre i podpowie, a ciało podpowiada czekolada, to faktycznie mam go słuchać? Albo kiedy czytam, że powinnam znaleźć czas dla siebie tylko, by tylko z sobą pobyć w absolutnej ciszy i tylko sobie w tej ciszy oddychać, to kiedy mam tę chwilę znaleźć skoro codziennie powinnam przynajmniej 45 minut się gimnastykować, przynajmniej siedem godzin spać, przynajmniej osiem pracować, a do pracy godzinę dojeżdżać, przynajmniej dwie godziny w ciągu dnia spędzić z rodziną na zadawaniu jej pytań i dążeniu do wspólnego rozwoju, przynajmniej 20-minutowy prysznic wziąć lub kąpiel podczas której raz polewać się zimną, raz ciepłą wodą, naprzemiennie po minimum pięć minut, pięć minut masować ciało suchą szczotką, pięć minut mokrą, dziesięć minut nogi, dziesięć ręce, dziesięć brzuch, na włosach trzymać przynajmniej dziesięć minut maseczkę z kuchennych przypraw i olejów, przynajmniej dziesięć minut dwa razy dziennie je szczotkować, kwadrans przynajmniej uczyć się języków obcych, drugie tyle pisać w kalendarzu przemyślenia, trzy razy dziennie wyprowadzić psa w tym raz na +- godzinę, w garach postać trochę, by przygotować zdrowy, wartościowy, smaczny, kolorowy, świeży i racjonalny posiłek razy pięć, pić dwa litry wody, dać sobie odrobinę swobody, przed lustrem stać i do lustra gadać komplementy, by się pozytywnie naładować, by w końcu się dowartościować, pamiętać o przyjaźniach i zawierać wciąż nowe,  czytać pięćdziesiąt stron dziennie, by dbać o głowę, być na bieżąco z wiadomościami i robić godzinną przerwę od internetu, brać czynny udział w budowaniu dobrych relacji z innymi, ale też budowaniu państwa, przyszłości swojej i dzieci, wychodzić ze strefy komfortu, próbować, ryzykować, ciągle popychać się do działania, znaleźć czas na codzienną medytację, być sexy, być sobą, poszukać siebie i odnaleźć, mieć czas na pasję i hobby, stale uczyć się czegoś nowego, stawiać poprzeczkę wyżej i wyżej, wklepywać w siebie własnej roboty balsamy, robić balsamy, od czasu do czasu dzwonić do mamy, w sklepie każdą czytać etykietę, wyznaczyć sobie ważną w życiu metę, wsłuchać się w siebie, ale nie pozwalać sobie na lenistwo, choć od czasu do czasu pozwolić na wszystko, raz yolo i hygge, raz dyscyplina i kontrola, pozwolić sobie na film czasami czy ulubiony serial, a czasami filmu czy serialu zabronić, od czasu do czasu zjeść coś niezdrowego i nie mieć wyrzutów sumienia, ale później to jednak wyskakać w codziennych ćwiczeniach, samemu ubrania szyć ze starych ubrań, meble robić samemu ze starych mebli, nie kupować, nie marnować, nie żałować, być friendly i eko, mieć marzenia pod powieką, być sobą i w siebie się wsłuchać, nie wstydzić się własnego brzucha, na brzuchu robić kaloryfer albo go nie robić, w pełni akceptować jego brak, jego brak w pełni eksponować, na sezon bikini z kaloryferem lub bez, sama wiesz, co ważne jest, najważniejsze jest być sobą i najważniejsze jest być sexi oraz trochę jednak flexi, ale nie być popychadłem, ważne, by nie obejść sadłem, tak psychicznym jak fizycznym, codziennie pompki, codziennie deska, trzymanie gardy i czysta miska, co najmniej trzy minuty na szczotkowanie zębów trzy co najmniej razy dziennie, przynajmniej kwadrans rozciągania, by ciału było przyjemniej, wsłu-chuj-się-wsie-bie i wsłu-chuj-się-win-nych, sam już nic nie wiesz, nie czuj się winny, a co by było i kim byśmy byli, gdyby nam w kółko wszyscy nie mówili?

WP_20160221_003

w ogóle nie mam zdjęć, które by mogły

Ho la land

Gdyby rozdać Polakom rowery, pobudować im rowerowych ścieżek i kazać im poruszać się tak na co dzień to myślę, że hop hop wiele zmieniłoby się na lepsze. Pochudliby kapkę, pooddychali świeższym i pogimnastykowali się dla zdrowia. Ale w Polsce rower to się kojarzy raczej źle. Szczególnie jeśli ma się kojarzyć z osobą w wieku 50+. To to się od razu nasuwa starszy pan z siatkami na składaku. Bieda i niepowodzenie. Powodzenie i status to jak się ma samochód. Bieda i niepowodzenie to też autobus czy tramwaj. Auto to znak, że się jakoś wiedzie. Jak mieszkaliśmy w  Bydgoszczy to Tomek dzień w dzień wracał do domu wkurwiony i zły, bo korki. Jak jechałam z nim i mu opowiadałam jakieś śmieszne rzeczy z mojego wewnętrznego życia to on ich wcale nie słuchał tylko się darł, sfrustrowany, patrz jak jedzie, idiota, patrz, co zrobił, widziałaś, co zrobił, ja niewiele widziałam, bo mnie to szalenie nudziło oraz bo nie rozumiem do końca przepisów drogowych zwłaszcza, że w Polsce jest znak przy znaku i trudno się na nich koncentrować, kiedy wokół szaleńcy, kiedy policja wokół, co musi nawlepiać mandatów przestępcom przechodzącym na czerwonym, wokół chmury z wydechowych rur, na ulicach pełno dziur, samochodów stojących ciur. Tomek był wiecznie w tym autku zły. Buzię miał wiecznie napiętą, jak z Bydgoszczy do Wrocławia żeśmy to on bite cztery godziny z buzią napiętą, nieuśmiechniętą, raz po raz krzyczącą, no debil, idiota. A jak wracał z pracy do domu to w progu od razu, 40 minut jechałem, 12 kilometrów. Tak było dzień w dzień przez okrągły rok, parę razy rowerem pojechał właśnie, ale też wracał zły, że krawężniki, że auta chuje, ludzie chuje, smog i że tej Polski nic nie uratuje. A ja sobie myślę, że taki rower mógłby. Taki rower, takich ścieżek całe wstęgi. Pan tęgi byłby mniej tęgi, mniej też byłby może sfrustrowany, a bardziej skoncentrowany. Że przejechał koło lasu, że troszkę parkiem, troszkę przy jeziorze. Polska całkiem ładna, to być nie może! A właśnie byłoby, gdyby te rowery. W Holandii każdy ma rowerów ze cztery. Pan jedzie rowerem, dziecko ma z przodu, dziecko ma z tyłu, rozmawiają na całe gardła. Pani jedzie rowerem, w jednej ręce torebka, w drugiej telefoniczna rozmowa, zajęte ręce, zajęta głowa. Jeżdżą tu wszyscy automatycznie, bo od maleńkości, rower we krwi, rower w kości. Pan jedzie całkowicie siwy i w płaszczu do ziemi, dziecko maleńkie i baba z psami. Ktoś rozwozi rowerem paczki, rowerem kto inny wiezie jedzonko, zupełnie nieważne deszcz, wiatr czy słonko. A tak serio, serio to to jest póki co najfajniejsze miejsce na ziemi dla nas. Jesteśmy tu dwa tygodnie, a Tomek ani razu nie marudził. Zupełnie nie wiem, jak z nim teraz gadać. Chodzimy więc dużo w milczeniu, dużo się rozglądamy i naprawdę bardzo dużo uśmiechamy. Bonu lata po parku z innymi psami, wszystkie psy brudne są od błota, którego jest w parku bardzo wiele. Ludzie sobie stoją i rozmawiają, i nie straszne im, jak się jeden pies podgryzie z drugim, gdyż jest to zachowanie typowo psie, pies psu się, widać, nie spodobał, po psiemu się pokłóciły, coś sobie, widać, wyjaśniły, nie ma powodu ich w krzykach rozdzielać. I jest to dla mnie rzecz niewiarygodna, bo mi się te polskie psy od razu, ci polscy psów właściciele, te ich ‘pies na smycz!’ rozkazy krzyczane z balkonów, z okien samochodów, ci wiecznie sfrustrowani ludzie, którzy jak im zamajaczy na horyzoncie cień psa obcego od razu w ramiona biorą swojego, jakby im ktoś miał zabrać czy zabić. Albo w krzakach stoją po pas i czekają, aż przejdziesz ze swoim zabijaką. I faktycznie polskie psy to zabijaki rozszczekane, tak chowane, w durnym zachowaniu utwierdzane, głaskane, cacane. Tutaj nawet psy są wyluzowane. Tarzają się w błocie, pluskają się w wodzie, nikt ich nie ciągnie na smyczy przy nodze. Latają te psy za rowerami, za swoimi panami i paniami. Wszyscy uśmiechnięci, każdy ci cześć, jak leci, w Polsce to od razu, że idiota się jakiś po osiedlu kręci. Osiedle, dzięki bogu, zamknięte, chronione, przed obcym, nieznanym, na kod, kłódkę, dzwonek. Tysiąc kilometrów różnicy i różnic tysiąc. Taki rower dystans zmniejszy.  Mogę przysiąc.

IMG_0013

plany


Myślałam sobie i wszystkim wokół mówiłam, że ja to będę taką mamą, co sobie siedzi z kawą i pisze, a której dziecko siedzi obok i bawi się swoimi paluszkami czy misiem, raz po raz patrzymy na siebie cali w uśmiechach i szczęściu, raz po raz padamy sobie w ramiona, a później znowu on w miśki, ja w pracę. Tak nie jest. I nie to, że cały czas siedzę w pieluchach i płaczu, że po nocach chodzę z nim kuchnia-pokój-kibel-salon i lulam, podśpiewując. Że jestem podenerwowana, że syczę do Tomka, świat mi się cały odmienił, piję zimną kawę, jem kanapkę nad zlewem, nie jest tak. Spodziewałam się, że tak będzie, o tym czytałam i słuchałam, że nie ma czasu na nic, że małżeństwa się sypią, pranie piętrzy, a sny się nie śnią. Spodziewałam się tych wszystkich kolek, problemów z karmieniem, zmęczenia i chleba z pasztetem. Nic z tego się nie sprawdziło. Pierwsze tygodnie spędziłam w gotowości. Każdy władkowy płacz czytałam jako preludium do prawdziwego macierzyństwa, jako płacz graniczny, który oddzieli nas od słodkiego niemowlęctwa i wprowadzi w niemowlęctwo prawdziwe, pełne udręk i poświęcenia. Nic takiego. Każdy płacz kończył się po chwili, najdłużej to ze dwadzieścia minut, co ja już byłam pewna, że kolki. A on nie miał kolek. Niczego nie miał, co by miało powodować przymus jedzenia chleba z pasztetem nad zlewem i we łzach. A jednak od sierpnia piszę wpis na bloga i jakoś nie mogę, mam trzynaście pierwszych akapitów, żaden nie kończy się kropką. Może dlatego, że ciągle jestem w gotowości. Może, że ciągle jednak siedzimy razem, bo o ile Właduś jest grzeczny i cudny, o tyle wymagający. W sierpniu o porodzie pisałam, o którym porodzie myślę w każdy wtorek, licząc, ile odeń minęło. Spodziewałam się, że mi minie to, a mi nie. Bo i też słyszałam, że ten porodowy ból to się raz raz zapomina, a ja jakoś pamiętam. Choć może nie sam ból, ale tę bliskość do zwariowania i to, że nigdy nie byłam bardziej jak wtedy bezradna i przerażona. Od sierpnia próbuję i nie umiem napisać. We wrześniu Tomek dostał pracę w Holandii i cały wrzesień zastanawialiśmy się, jechać, nie jechać, a dziś piszę toto z holenderskiego apartamentu z oknem na dachy i fabrykę cygar. Niemal półroczny Władek śpi w wielkim łóżku z pierwszym w nosie katarem, ja z pierwszym jego choroby koszmarem piszę sobie, ciepłą pijąc kawę. Jest jak miało być i jest też kompletnie inaczej, niż być miało. Bo miałam na Polskę tyle planów. Taką karierę miałam na Polskę przygotowaną, karierę przetykaną intelektualną rozrywką, miałam układać miseczki w naszej na własność kuchni, miało być jak myślałam, że będzie, ale nie będzie, jak myślałam. Bo znowu wyjechaliśmy i znowu wszystko od początku, i to jest odważne, i głupie, odwaga i głupota to dwa bliźniaki. Nauczyłam się nie spodziewać nadto i nie wyczekiwać niczego. Dobrego czy złego. Albo nie nauczyłam – uczę. I tego się uczę od miesięcy, żeby nie planować, bo wszystko zmienia się pyk, pyk. Myślę, wezmę chłopców na spacer do miasta, zrobię zakupy, napiekę ciasta. A wychodzi, że ten ryczy na pierwszym zakręcie, ryk tylko narasta, dupa z miasta, dupa z ciasta. Albo przychodzą znajomi, ja bym zrobiła wymyślnych korków i wielki tort, a wychodzi, że pizza na telefon. Tyle mnie nauczyło dziecko. I to są takie lekcje, które wymagają ciągłych powtórek i korepetycji. Bo ja planuję niemal bez przerwy. Że zaraz uczeszę włosy, umyję kuchenkę i zjem drugie śniadanie. Szybko wychodzi, że tak się nie stanie. A przecież trudno nie planować. I trudno się tym nie przejmować. Niespełnione plany powodują frustrację i o sobie złe myślenie. Niespełnione zamiary udowadniają, że ci się nie udaje, że nie masz kontroli, taki brak kontroli boli. Dzisiaj znowu jestem na obczyźnie i znowu nie wiem, co będzie. Mam już kilka planów, mam plan awaryjny, ale z tyłu głowy słyszę cichuteńki śmiech. Bo jak spojrzę wstecz na te wszystkie plany, co miałam, na moje biznesy, interesy, na moją karierę, piękne sukienki i nogi do nieba, jak sobie przypomnę dorosłość, o której myślałam, kiedy byłam dzieckiem, to w tej dorosłości miałam być wysoka i miałam mieć ładnie przystrzyżone włosy, miałam mieć jasną kuchnię, mały samochodzik, miałam być czegoś właścicielką, mieć wiele na własność, a moje dzieci miały mi od początku do końca sięgać trochę za kolano. W tym roku będę miała 35 lat i żadnej z tych rzeczy, co je sobie wymyśliłam. I nie wiem, ile jest w tym telewizji, a ile mnie, ile się zainspirowałam obrazami z filmów, w których życie kończy się na pięknym pocałunku i nigdy nie wiadomo, co dzieje się później. Gdzie życie to wieczory w gronie przyjaciół na romantycznie oświetlonym patio z wielkimi szklanymi misami pełnymi kolorowych warzyw, świeżo pieczonego chleba i oliwy, z głębokimi kieliszkami wina, które nie upija, a jedynie wyciąga z gardeł wielokrotnie złożone zdania pełne mądrości i perlisty śmiech. Już sto tysięcy razy przekonałam się, że po pięknym pocałunku trzeba kiedyś w końcu rozwiesić pranie, a wino może upić tak, że się gada same bzdury. Te plany, które miałam, pełne ułożonych rzeczy, łatwości pielenia ogródka, leżenia na trawie i rodzinnego śmiania się z opryskujących nas zraszaczy to jest wszystko pic na wodę. Tego mnie nauczyło dziecko. Dziecko, które jest realne, cielesne i piękne. Które chce na ręce, chce do lustra, do w książce lwa, chce by mu robić na brzuchu radosnego pierdziocha. Nie jest jak na filmach. Nic nie kończy się piękną sentencją, nie ma ścieżki dźwiękowej, choć to by było fajne mieć soundtrack do swojego życia. Nie jest gorzej jak być miało. Po prostu założyłam coś, co się nie stało. A Władek mnie dzień w dzień uczy, żeby nie zakładać, nie planować, bo od tego tylko niepotrzebne się biorą frustracje. Naucza mnie Władek, że bardziej realne od wyobrażeń o naszej wspólnej przyszłość są jego tu i teraz lepkie małe rączki, które wyciąga przed siebie. Które świat cały chcą zagarnąć.

49544857_1451675488298978_2667038398618796032_n

Po ród, cz. 2

W całym porodzie najmocniej się bałam, że trafię na niemiłe baby, które będą mówiły mi, ale proszę pani, proszę nie dramatyzować, poród jest poród, ma boleć. Bałam się, że będę traktowana po polsku, instrumentalnie, że nikomu nie będzie się chciało ani opłacało, że baby między sobą będą opowiadały o sałatkach jarzynowych, marynacie do grillowania mięs czy innej babie, co – durna – ubrała się nie tak jak przystało. Tak się nie stało. Na porodówce wszyscy przywitali mnie miło i ciepło, ludzi tam było mnóstwo, trzy panie w trakcie porodu i ja, co idę na rzeź. Jakieś dziewczyny witały się z panią, która mnie na tą porodówkę prowadziła i mówiły jej, że dziś mają egzamin praktyczny, egzamin z przyjmowania porodu, te dziewczyny były serdeczne i dobre, w ogóle z góry wszystkim chciałam dziękować za serdeczność i dobro, bo bardzo potrzebowałam tych emocji od trzydziestu pięciu godzin. Tego, żeby mnie ktoś pogłaskał po plecach i powiedział, świetnie ci idzie, dasz radę. Potrzebowałam współczucia i braw. Otuchy i zagrzewania do walki. Żartów i uśmiechu. I przekrzywiania głowy na bok w geście zrozumienia i empatii. Łóżko porodowe było bardzo wygodne, ekipa bardzo miła, a ja ciągle jeszcze liczyłam, że kwadrans, góra dwa i dzidzię mam, i idę spać. Tomek przyszedł, podekscytowany jak nie wiem, za rękę mnie już trzymał, już z każdym gadał, co i jak, ja się z miejsca spytałam o jakiś rozweselający gaz, jakieś narkotyki eleganckie, żebym sobie trochę chociaż. Dostałam ten gaz, ale nie wiem, czy był efekt, bo rozweseliło mnie najmocniej to, że jestem już na tym etapie porodu, że jeden kwadrans, może dwa. Mhm. Po trzech godzinach darcia się z bólu, ściskania tomkowej ręki i błagania o koniec tego koszmaru dowiedziałam się, że rozwarcie jest wciąż na etapie 5 centymetrów, czyli że od trzech godzin nie zmieniło się nic. Mogłam tylko płakać z bezsilności. Bo byłam bez sił już wtedy. A jeszcze cały maraton przede mną. Bo tak mi dziewczyny mówiły, że poród to jak przebiegnięcie maratonu ze złamaną nogą. Potworny, potworny wysiłek fizyczny. I one mówiły o tej drugiej fazie porodu, kiedy rozwarcie jest pełne i zaczyna się przeć. Ja po 38 godzinach byłam w połowie fazy pierwszej. I nie wiedziałam, co robić. Tomek zasugerował kolejny prysznic, i poszliśmy faktycznie, ja tam płakałam bardzo, bardzo i ledwo stałam już na nogach, i naprawdę denerwowałam się tym maratonem, co przede mną i czy ja dam radę, skoro nie spałam tyle godzin i skoro kolejne godziny przede mną. Bo już się przestałam łudzić, że to kwadrans. Że kwartał bardziej. A jak wróciłam do łóżka to mi zaproponowano jakieś coś na przyspieszenie tego wszystkiego, co się zgodziłam z miejsca, zwłaszcza, że miało mi to trochę też ulżyć w bólu. Tiofentanyl, o. Polecam jak mało co. Pozwoliło mi to przespać się między skurczami, a mówiąc przespać mam na myśli stracić przytomność niemal. Odzyskiwałam ją na czas skurczu, bo bolał tak, że łapałam Tomka za rękę i płacząc, mówiłam mu, że nie dam rady już, nie dam. A później z największą powagą i najgłębszym przerażeniem wykrzykiwałam, że za chwilę rozerwie mnie z bólu. I nie przesadzam nic, byłam pewna, że rozerwie mnie z bólu. Na pół. I Tomek mi mówił, że tak się nie stanie, i wszyscy inni mówili mi, że tak się nie stanie, takie mogę mieć tylko odczucie, ale nie ma siły, żeby mnie faktycznie rozerwało. To tylko takie uczucie. Tylko. Boże. I że mam oddychać, to mi pomoże. Na ścianie był taki plakat dziecka, co leżało na jakiejś puchatej podusi i miało jakiś na czole kwiat, ja się patrzyłam w ten plakat, w to dziecko, bo zawsze wszyscy mówią, znajdź sobie punkt, skoncentruj się na nim i walcz. Ja się koncentrowałam na tym, że na co tym dzieciom te kwiaty na pół czoła, i że pewnie mnie tak z bólu strasznie rwie, bo to jest kara za to, że tak drwię. Każdy kolejny skurcz był jeszcze większą męką niż skurcz poprzedni, między skurczami mdlałam i do końca nie wiem, co się działo i kiedy. Wiem, że podano mi kolejne leki, że godziłam się na wszystko już, choć nie jestem pewna, czy ktokolwiek pytał mnie o zdanie. Że w pewnym momencie było przy moim łóżku bardzo dużo ludzi i że ktoś powiedział, że zaraz zacznie mi mocniej bić serce i żebym się nie martwiła. I że muszą mi podać tlen, i że mam się nie martwić nic. Nie wiem, w którym momencie zaczął się faktyczny poród, ale wiem, że znowu miałam taki przebłysk nadziei, że to kwadrans, góra dwa, że to formalność już, że przecież nie może być tak, że tyle wycierpiałam, żeby zaraz cierpieć męki kulminacyjne. A jednak! Kazano mi się położyć na boku i na czas skurczu przyciągać jedną nogę do siebie. A później bardzo szybko oddychać, żeby na szczycie skurczu przeć ze wszystkich sił. Na samo wspomnienie tego piekła robi mi się niedobrze i odruchowo sama siebie obejmuję w pasie. Nie wiem, ile było tych skurczów, bo w międzyczasie mdlałam chyba, to najboleśniejsza i najbardziej dla mnie zamglona część całego porodu. Pamiętam tylko sytuację, w której zapadła cisza. Taka na dwie-trzy sekundy. I że ci ludzie wszyscy, na których patrzyłam z dołu wymienili się spojrzeniami z doktorem głównym, a ten po chwili oznajmił, nieznoszącym sprzeciwu: skończymy to cięciem. I tylko Tomek zapytał jak to, przecież tyle godzin, ostatnia faza, trzy-cztery pchnięcia, kwadrans góra, na co doktor podniesionym głosem spytał go, czy chce mieć zdrowe dziecko? I wszystko potoczyło się w moment. Nagle ktoś przeniósł mnie na inne łóżko, a nad głową migały mi korytarzowe światła i zaraz kolejne łóżko, ktoś coś mi robił z ręką, ktoś inny jakąś maskę mi na buzię wsadzał, ktoś powiedział, musimy zdążyć przed skurczem, a ja myślałam tylko, co za niesamowita organizacja pracy, jak na kuchniach, w których tyle pracowałam, jak mróweczki w pocie czoła. Cicho i szybko. I każdy wiedział, co robić. Patrzyłam na nich z podziwem. I straszliwie się bałam o małego. Skoro to cięcie. Ten wcześniej tlen, szybsze bicie serca. I nic kompletnie nie wiedziałam, co się dzieje, a ta maska na buzi powodowała narastający syndrom klaustrofobiczny. I pamiętam, że powiedziałam, że mam skurcz następny i że chciało mi się płakać, że nie ma Tomka, ale byłam zbyt zmęczona, żeby płakać. To była moja ostatnia myśl. A później otworzyłam oczy i myślałam, że ten napad był w hiszpańskiej mennicy, co ją obrabiałam z kupy pieniędzy i miałam to nieszczęście, że trafiła mnie w brzuch kula stróżów prawa i że właśnie kończy się dla mnie zabawa. Dopiero jak mi Władka dali na pierś ja się popłakałam szalenie. A później zadzwoniłam do mamy, choć niewiele pamiętam z tej rozmowy. W ogóle niewiele pamiętam z tej nocy, poza tym, że było mi bardzo gorąco, bardzo bolało mnie gardło, byłam głodna i spragniona, że miałam nie podnosić głowy i że za parawanem słyszałam płacz jakiejś dziewczyny. To był oddział pooperacyjny, za oknem była wielgachna burza, moja dzidzia spała u pielęgniarek, a ja tęskniłam do niej i myślałam, że mają rację te dziewczyny, co mówiły, że to jest tęsknota potworna jak ci z brzucha wyciągną malucha. Malucha, który ciężko – jak ja – zniósł przychodzenie na świat, cały się owinął pępowiną i tętno mu leciało na łeb, na szyję, i stąd to cięcie. 43 godziny czekania na cud. Czy to nie przegięcie?

IMG_20180803_080310829

Po ród, cz. 1

Jak otworzyłam oczy to w pierwszej chwili nie wiedziałam gdzie jestem, ale powoli, powoli doszło do mnie, że brałam udział w napadzie na mennicę hiszpańską i – widać – zostałam postrzelona w brzuch, a ludzie, co się nade mną pochylają najpewniej byli moimi kompanami w rabunku, a teraz żegnają mnie czule, gdyż nie ma szans, że przeżyję ten brzuch. A za chwilę jadę gdzieś, widzę lampy nad głową, a zaraz się zatrzymuję i jakiś chłopak po mojej prawej siedzi na pomarańczowym fotelo-worku i trzyma zawiniątko, i mówi mi, mamy syna, Gośka. A ja myślę sobie, kim jest ten chłopak i jak to się stało, że mam syna i ranę w brzuchu. A za chwilę kładzie mi ktoś tego syna na piersi, syn się na mnie patrzy, do mnie w końcu dociera, że to nie napad był, co w nim brałam udział, a poród. Napad jest pewnie dużo łatwiejszy.

Zaczęło się niewinnie przy niedzieli, zaczęło się nocą, nie panikowałam nic, poszłam spać, wszystkie dziewczyny, co mi opowiadały o porodzie szły spać jak się okazywało, że się ten poród zaczyna. To ja też. Rano mówię Tomkowi, chyba się poród mój zaczął, on zostaje w domu, siedzimy na piłce, oglądamy różne teledyski w telewizji, ja trochę śpię, trochę mnie pobolewa, ale wszystko jest znośne, jestem bohaterką, pyknę ten poród rachu ciachu, te dziewczyny kłamią, że boli, przesadzają. Po kilku godzinach jedziemy do szpitala, bo się powoli robi coraz mocniej i mniej fajnie, żegnam się z psem, nagrywam w aucie filmik pełen śmichów chichów, mam świetny humor, chwila moment poznam Właduszka kwiatuszka z własnego brzuszka. Ale się śmiesznie okazuje w szpitalu, że to porodu preludium jest, nieśmiały wstęp dopiero, że przede mną godziny całe. Proszę pani, weźmiemy na oddział, ale pani urodzi najwcześniej dziś w nocy. Było poniedziałkowe popołudnie. Urodziłam we wtorkowy wieczór. Najsmutniejsze, że Tomek nie mógł zostać ze mną, że musiałam sama, a zaczynało się już fest fest dziać i fest fest boleć. On pojechał, ja zostałam i leżałam z buzią w telewizorze. Koleżanki z pokoju oglądały program o jakichś dziewczynach, które nie są damami, bo przeklinają i nie mają w sobie ogłady, a chcą być damami i ładnie chcą trzymać w dłoni widelec czy kieliszek. Koleżanki były bardzo spokojne, spokojnie sobie czekały na rozwiązania, miały już po kilka centymetrów rozwarcia i tak sobie patrzyły w ten telewizor. W nocy zaczęło mnie boleć już tak, że wyłam. Najpierw mi było trochę głupio, że budzę te dwie, co śpią, później było mi głupio, że budzę wszystkie baby z pokojów sąsiednich, później przestało mi być głupio, choć najpewniej obudziłam pół szpitala. Pielęgniarka na dyżurze nie była dla mnie miła, zwłaszcza, że od 12 godzin nic się w moim wypadku nie zmieniło i ciągle miałam na liczniku tylko 1 centymetr. Pani pielęgniarka sugerowała, żebym przestała histeryzować i może dla odmiany wzięła się w garść. W nocy przyjechał Tomek. Choć nie powinien. Przyjechał i przywiózł mi herbatę w termosie i dotarło do mnie jak nigdy przedtem, że go kocham nad życie. Pielęgniarka kazała mu wyjść i wrócić rano, to wbrew procedurom, a Tomek powiedział, że nie umiem być w domu jak moja żona rodzi i mi już w ogóle serce miękło i kolana. Babie nie zmiękło nic, procedura jest procedura, do widzenia, do jutra. Nie spałam całą noc. Całą noc się darłam, całą noc płakałam, wkładałam sobie do ust kołdrę, sama siebie trzymałam za rękę, snułam się po brzoskwiniowych korytarzach szpitala, ja jedna tylko, słuchając pochrapywań i deszczu. Nigdy wcześniej nie czułam się tak samotna jak tej nocy w szpitalu, kiedy z bólu ściskałam przyścienne barierki i kiedy cała drżałam z niemocy. Bo to jest potworna niemoc, bo nie możesz zrobić nic jak tylko oddychać i czekać, tego się nie zatrzyma, mimo że masz wrażenie, że niewiele cię dzieli od zwariowania i bardzo niewiele od śmierci. Nie wiem jak wytrzymałam do rana, ale nie przespałam minuty, bo w porodzie krzyżowym nie da się ani siedzieć, ani leżeć. Poród krzyżowy to taki, w którym dziecko naciska na nerwy przechodzące przez kanał kręgowy. Przynajmniej taka jest teoria. I taki był mój przypadek. Poród krzyżowy to taki, w którym jesteś pewna, że ból rozerwie cię na pół. I nieważne jak bardzo irracjonalnie to brzmi. To jest ból nieukojony, co go nie rozmasujesz czułą dłonią, nie ukołyszesz.  W porodzie pomaga prysznic i to jest fakt. Spędziłam pod tym prysznicem godziny, rycząc niemo jak maleńki bóbr. Wchodziłam pod prysznic, a stamtąd na fotel ginekologiczny, żeby się dowiedzieć o braku postępu, później znowu pod prysznic, tak mijały godziny, a ja się czułam jak w więzieniu. W więzieniu własnego ciała, które nie daje się kontrolować, nie daje uspokoić, a z każdą kolejną godziną zwiększa dawkę bólu, choć mi się wydaje, że jestem na skraju wytrzymania. Nad ranem przyszedł Tomek i przyniósł mi kawę, a ja mu się rozryczałam w ramionach. Rozryczałam się w telefon mamie, a mama mi. Płacz nic nie daje, ale płaczu z bólu nie da się powstrzymać, jak się nie da powstrzymać bólu. Gdyby był jakiś wyłącznik, jakaś krótka przerwa, żeby móc myśli zebrać, żeby móc uświadomić sobie na trzeźwo, ok, to tak boli i tak będzie bolało, a może być, że będzie bolało bardziej, Gośka, jesteś super dziewczyną, dasz sobie radę, ile dziewczyn przed tobą dało radę, cyk pyk, kilka godzin i jest cud narodzin. A później poszłam na fotel i okazało się, że jest postęp, że się dzieje i to był cud pierwszy. Ale i cud dawkowany, bo postęp na kolejne godziny znowu się zatrzymał, nie zatrzymał się jednak rozpędzony ból, który wędrował po całym moim ciele, robiąc sobie króciutkie przystanki tu i ówdzie, i regularnie wracając na pętlę kości krzyżowej. Aż spotkałam panią doktor, która obiecała mi, że to chwila moment, zasugerowała, żebym na kolejną godzinę poszła pod prysznic, a później wróciła na fotel i wtedy już na pewno, na pewno. Więc poszłam pod prysznic, trzęsąc się jak osika z bólu i niemocy, z tego, że tak strasznie chcę mieć to już za sobą i z tego, że najgorsze przede mną. Wszystkie koleżanki mi powiedziały, jak się będziesz bała, będzie bardziej bolało. Ja się bałam, że większego bólu nie zniosę, bo ten co mi od trzydziestu godzin towarzyszył sprawiał, że wariowałam. Dosłownie. Byłam przekonana, że postradam zmysły i nigdy już nie będę kim jestem. Wyszłam spod prysznica i na tym fotelu pani powiedziała mi, jedziemy na porodówkę, proszę wziąć swoje rzeczy, proszę zadzwonić po męża, za chwilę będzie pani miała dziecko. I ja myślałam, kwadrans, góra dwa, formalność już taka, myślałam, że kurde, czy mi Tomek zdąży, może ja to jakoś przeciągnę na te minuty ostatnie, żeby on z pracy mógł, żeby ten cud. Dzwonię, mówię, Tomek, pędem, to już! Nie wiedziałam wtedy, że potrwa to jeszcze osiem godzin i że wielokrotnie w trakcie tych ośmiu godzin będę chciała, żeby ktoś strzelił mi w łeb. Serio. I że będę miała chwile takiego zwątpienia, że bez wahania mogłabym się poddać, gdyby poddanie wchodziło w grę. Ale nie. W grę wchodziło omdlenie, majaczenie, ryczenie, mnóstwo narkotyków i pocenie się, pocenie. Bo takie jest to całe rodzenie.

IMG_20180715_083515255_HDR

ostatni i pierwszy

Mam taką tendencję, że bardzo przeżywam rzeczy, które robię po raz ostatni albo które po raz ostatni się dzieją. Np. ostatni raz idę parkiem w Irlandii Północnej, co nim szłam bezmyślnie trzy lata dzień w dzień. Ostatnią niedzielę biegnę w tym kraju wiatrów i deszczy, i tyle w tym dreszczy, a przecież ile wcześniej niedziel przebiegłam, klnąc w duchu. Taką mam tendencję, że te ostatnie razy pamiętam najmocniej. To uczucie silne, kiedy myślę, tego drzewa już nie zobaczę, tej ławki, tej baby w sklepie. Później jadę daleko, daleko i wspominam, a wspomnienia upiększam, wspominając przesadzam, że najlepiej było, gdzie mnie już nie ma, najgorzej jest zawsze tu i teraz. Mija kilka tygodni, patrzę na zdjęcia wstecz i myślę, jednak tam i wtedy było fajnie, tu i teraz jest niefajnie. I niczego się z tego nie uczę. Mam taką tendencję, że marudzę i narzekam, i w ogóle nie umiem się cieszyć, że coś się dzieje, coś jest, wolę żeby się działo co innego, żeby upłynął czas. Byłoby fajniej coś mieć, niż osiągać. A jak już coś mam to zwykle myślę, serio tego chciałam? Np. teraz sądzę, że byłoby super, gdyby mój synuszek już siedział i bawił się klockiem czy koparką. A póki co synuszek ciągle rozsadza mi brzuszek i ani myśli wyleźć. Już bym chciała, żeby siedział, bo to by znaczyło, że najtrudniejsze za nami, że ogarnęłam wszystkie te tematy, co je teraz studiuję z przerażoną miną na youtubie, jak przewinąć, jak podnieść, jak nakarmić. Czas nas uczy, czas nas leczy, już bym chciała umieć wszystko i być uleczona. Tymczasem wszystko to przede mną. To ostatni bezdzietny dzień czerwca i powinnam go – swoim sentymentalnym zwyczajem – zapamiętać i uczynić wyjątkowym, a trochę nie mam pomysłu, bo ostatnie tygodnie przesypiam lub przesiaduję w wannie. To są moje ulubione rozrywki na teraz, na ten ostatni ciąży czas, co wcale nie jest magiczny, chyba że magią jest budzenie się w nocy po kilkakroć i budzenie przy tym Tomka, syna i psa, bo w tym budzeniu nic z gracji nie ma, ni elegancji, to jest budzenie pełne postękiwań i trudu, bo po to się budzę, żeby z jednego boku na drugi bok, bo ten pierwszy cały podrętwiał, tak z boku na bok jednej nocy ze sześć razy muszę, ze sześć razy muszę do toalety także, magia, a jakże. Magiczne jest to też, że każdy palec z dwudziestu mam jakby mi ktoś go napompował. Że jak wstaję rano, a na całym mym ciele odciśnięte pościele, pies już cały chodzi, że zaraz lecimy w osiedlowe piaski i krzaki, a dla mnie to jak Everest zdobyć, tak z nim dwa razy dziennie na dworze pobyć, gdzie jeszcze słońce bezlitosne dowali, myślę, że moje ciało zaraz się zapali, moje ciało złożone z brzuchopiłki i nóg bali zaraz się ugnie pod swym ciężarem i na miliard kawałków rozwali. Magia, moi mali. Że jak gdzieś do kogoś dzwonię to każdy z miejsca, rodzisz czy jeszcze chodzisz? A ja nie rodzę i ledwo chodzę. Jak mam iść do sklepu po coś to dla mnie kolejny w ciągu dnia szczyt góry, w sklepowej kolejce wszyscy wzrok w chmury, mnie nie ma, mi się nie ustępuje, dzień dobry w Polsce, Polska to chuje. Do tego zgaga i apetyt, w sercu dramaty, w głowie bzdety, hormony, neurony, zewsząd przestrogi i zabobony. Faktycznie, magia. Magii złe strony. Mam taką tendencję, że bardzo przeżywam rzeczy, które robię po raz ostatni albo które po raz ostatni się dzieją. Dziś jest ostatni bezdzietny dzień czerwca. Pewnie zrobimy z Tomkiem coś fajnego i małego, żeby mieć z tego zdjęcie, ze zdjęcia przejęcie, wzruszenie i myślenie, że kiedyś to było, nie to co teraz. Choć to pojmiemy dopiero później. A z drugiej strony myślę sobie, że chwila moment zacznę wyliczać wszystko, co pierwsze. Pierwszy ząb, pierwsza kolka, pierwsze słowo, pierwsze wiersze. Ostatnie chwile ja jako nie matka, a za chwil kilka zobaczę Władka. Syna pierwszego. Nie ostatniego.

IMG_20180630_152727035_HDR