Bonus

U nas w domu to jest tak, że podkładamy głos psu. To niedorzeczne, że on nie mówi. Mówimy więc za niego, myślę, że robi to większość mam i tat. Tylko u nas w domu to to jest na całego. Nad naszym psem wisi bezustannie chmura, w którą wkładamy różne słowa, nasze życie to komiks i Psie Sucharki. Mówię raz do Tomka, wyobraź sobie, że mu nie podkładamy głosu. Wyobraź sobie, że pytasz go o coś, a on nie odpowiada. Mówię mu, spytaj go o coś. I Tomek pyta Bonusa, Bonus, co byś chciał robić, a Bonus nic, Bonus, co z tobą, nie chcesz z nami gadać, a Bonus milczy, machając ogonem. I Tomek mówi do mnie, Gośka, weź przestań, niech on mówi. Takie było niezręczne dla nas milczenie jego. Zdarza się na przykład, że idę z nim na spacer, Bonus jest kilometr przede mną, ja do niego mówię, choć to mówię sobie pod nos, Bonus, co żeś tak poleciał, a on odpowiada mi – choć po prawdzie widzę tylko jego dupsko z ogonem – lecę, Gosia, za tymi zapachami, pachnie tu jakby kto wylał fiolkę psich perfum, nie wytrzymam. I sama się śmieję z tej naszej rozmowy, i mówię mu – a przecież sobie mówię! – ty jesteś taki durny, Bon. Albo na przykład jem sobie śniadanie, jem sobie owsiankę z jabłkiem i cynamonem, a Bonu stoi z uszami puszczonymi i patrzy żebraczym okiem na łyżkę, co maluje niewidzialne tęcze między buzią moją a talerzem. Patrzy, aż mu w końcu podsuwam tą miskę pod nos i mówię, durny, to jest jabłko, nie kochasz jabłek. Na co on odpowiada, kocham, Gosiu. I ja się śmieję już i krztuszę tą dietetyczną papą, że ten pies mnie tak chce w jajko zrobić. Takich sytuacji jest sto. W ciągu dnia zdarza mi się raz, że jestem sama, bez chłopaków. I to jest wtedy, kiedy chłopaki idą na męski spacer wieczorny, na wieczorną toaletę, ja mam kwadrans dla siebie. I jakoś tak jest wtedy, że mi się wydaje, że się zatrzymuje czas, że jest absolutna cisza, a po kwadransie ci wchodzą z hukiem, Bon od razu leci do mnie, żeby się pochwalić, gdzie był, co robił, czy się bawił piłką i o czym gadał z Tomkiem. I po tym milczącym kwadransie następuje takie gadatliwe bum, a chwilę później zwykle idziemy spać. Znaczy ja sobie czytam, Tomek coś sobie dziubie, a Bonu kładzie się przy łóżku i mówi pożegnalnym tonem, kładę się, Gosiu, do jutra. A ja się z tego śmieję i sama do siebie robię miny, że jesteśmy tacy z Tomkiem zwariowani. A rano on wstaje i od rana krzyczy, dawajcie, wstawajcie, piękny dzień, chodźmy na dwór, idziemy na dwór, Tomek bierz piłkę i dawaj na dwór, hop, hop, hop, i daje nam piłkę mokrą w kołdrę i wciska nam swój mokry nos. Tyle jest rano radości. Są też mądrości. Na przykład ostatnią niedzielą Tomek wstał i w te słowa, Gośka, chciałbym, żebyśmy pozbyli się rzeczy, mam tyle koszul, których nie noszę, na kominku stoi tyle barachła, naoglądał się – słowem – Tomek dokumentu o minimalizmie i od razu go przekonali, żeby powywalać, co się ma, bo teraz modnie nie mieć nic, i patrzy się Tomek w tą szafę, i na mnie patrzy, żebym swoją może szafę też wywaliła, żebym sobie zostawiła jedne spodnie i jedną koszulkę, a Bonu patrzy po nas i mówi, pewnie, że tak, ja nie mam nic, tyle co piłkę i obrożę, po co to więcej mieć, i tak faktycznie jest, ten pies nie ma nic swojego, nie ma, że pójdzie do sklepu i kupi sobie kilo mięsa i zje pod sklepem, ten pies nie ma pieniędzy. Ani pracy. Nie ma kumpli, nie ma nieprzyjaciół, ma tylko nas i swoją do nas miłość, ma zaufanie i wieczną chęć spacerowania, ma krótkie drzemki przetykane podnoszeniem uszu, kiedy ja ruszę ręką czy nogą, ma tęsknotę, kiedy nas nie ma, i wszystkie zęby ma na wierzchu, kiedy coś zmaluje. I to jest pies szalenie szczęśliwy. Mówisz mu, Bonu, chcesz iść na dwór, a on skacze jak zwariowany dookoła siebie, albo mu mówisz, Bąki, podsuszyć cię suszarką, a on wtedy mówi, bardzo bym poprosił, Gosiu, kocham to. A jak Tomek wyjeżdża gdzieś na trochę, my wtedy siedzimy z Bondem w jednym łóżku, oglądamy razem telewizor, jemy razem szynkę na pół, idziemy razem biegać, jeździmy na wycieczki, po prostu wszystko, wszystko można robić z psem, o wszystkim z nim rozmawiać można, wszystko mu można powiedzieć, on będzie przy tym spokojnie siedzieć i tylko mrugać oczami, a nad wami wzbiorą chmury, w które sama wpiszesz bzdury.

IMG-20170417-WA0001_comics

 

uro

Ja ten dzień pamiętam tak, że Tomek wychodzi do pracy już koło siódmej rano, bo mu kilka dni wcześniej mówię, w piątek musisz iść do pracy o siódmej rano, wtedy szybciej wrócisz, ja mam  dla ciebie niespodziankę urodzinową. Tą niespodzianką na trzydzieste jego urodziny była zabawa ze znajomymi, których nie widział szmat czasu, a którzy wszyscy mieszkali w różnych częściach Europy. Zaprosiłam ich do nas już pół roku wcześniej. Pisałam do jego znajomych wiadomości, cześć, Tomek ma urodziny, wiesz co jest, trzydzieste, czy by nie było miło, gdybyś tu przyleciał do nas rajnerem na tort, na cały weekend, będzie to weekend na wsi, pełen zieleni i jezior, będzie wycieczka do Belfastu po trudnych dzielnicach i na pizzę, będzie naprawdę fajnie, plus przecież Tomek też całkiem fajny, znacie się trochę, trocheście się nie widzieli, tego. I oni głównie milczeli, ci znajomi jego. Albo pisali, fajny pomysł, dam ci znać. I nie dawali. I ja pisałam znowu, cześć, kurde, bo się martwię, bo jak nie przyjedziecie to mu muszę kupić perfumy i płytę kompaktową, no ej. A oni dalej pisali, jasne, rozumiem, zobaczę. Aż w końcu napisali, będziemy. Jeden po drugim napisali. I miałam ekipę. I miałam plan. I miałam serce na ramieniu, żeby to dograć, żeby ich położyć spać i nakarmić, żeby zorganizować czas, żeby Tomek się nie domyślił nic, nic. Nie przypuszczałam wtedy jak mało domyślny może być Tomek. Jeden z gości mógł przyjechać w środę już, bo loty miał tylko w środy i powiedzieliśmy Tomkowi, że fajna promocja, tani bilet z Reykjaviku, wpadnie do nas Michał. I Tomek nie skumał, że akurat jego urodziny, że jakaś – co mu mówiłam po sto razy – będzie niespodzianka przecież, czy ten Michał w tej niespodziance aby nie przeszkodzi. Ale też mówiłam Tomkowi, słuchaj, Michałowi pasowało przyjechać teraz, ale ja mu na wejściu powiedziałam już o twoim święcie i on zgodził się nam święty spokój dać, zorganizuje sobie sam czas jakoś, duży chłopak jest. Aż w końcu jest ta siódma rano, Tomek idzie do pracy, zamykam za nim drzwi i zaczynam piec chleb. Jeden, drugi, trzeci. I robię pasty z różnych warzyw, i biegnę do sklepu, i szoruję dom, i Monika przyjeżdża mi ze śpiworami, materacami, poduszkami i kołdrami, a kilka tygodni wcześniej mama wysłała mi paczkę z garnkami, talerzami, kieliszkami, Tomek się dziwił, po co nam to, kiedy będziemy tego używać, to zastawa na dziesięć osób, a w międzyczasie telefon nowy wpada mi do kibla i nie działa, ja płaczę w głos, Michał próbuje reperować, nie ma jednak na reperę szans, piszę wszystkim gościom, co na lotniskach, kontaktujmy się na fejsie, mi telefon do kibla wpadł, nie dzwońcie. I cały dzień się bałam, że się te samoloty w pizdu porozbijają, te ich loty były, że jeden lądował o 13, drugi o 22, cały dzień miałam głowę pełną katastrof, pełną zakalcowych chlebów, pełną past o nijakim smaku, patrzenia na zegarek pełną i jeszcze musiałam dociągnąć ściemę, że jakąś mam niespodziankę jak Tomek tylko wróci do domu. Więc się ubrałam w czerwoną sukienkę i usta czerwone, we włosy jakoś puszczone, wszyscy jego znajomi, co przyjechać nie mogli kartki wysłali urodzinowe, co doszły w piątkowe rano, a kosztowały mnie kolejne zawały, całe przyszły sterty kartek, przyszły drobiazgi od wszystkich, Michał dmuchał w ogrodzie balony, Bonus był malutki i niezadowolony, jeden pokój cały w urodziny przystrojony, ciasto miałam kupne tylko, bo już bym zemdlała, gdybym jeszcze ciasto musiała. I nagle wrócił Tomek, ja go witam winem czerwonym, czerwoną sukienką i ustami, Michał żegna się z nami, zostajemy sami, on wchodzi w ten pokój z balonami, jego oczy wypełniają się łzami. Później jemy zimnawy obiad i ciasto, ja się cały czas boję o te samoloty, w ukryciu sprawdzam więc internet, czy ktoś coś nie popisał, Tomek w tym czasie też wchodzi na fejsbuka, a tam jedna para, co będzie u nas za chwilę pisze sobie zupełnie bez pomyślunku, super jedzonko jemy sobie w Belfaście, i wrzuca jakieś zdjęcie, mi krew odpływa z mózgu, jak Tomek wymawia ich imiona, i jak patrzy się w ten komputer zasmucony, dodając, nie widzieliśmy się tak długo, mogli powiedzieć, że przyjeżdżają do Belfastu, to dla nas rzut beretem. A ja myślę sobie, uf. Nie skumał. Taki to jest chłopak mądry po doktoracie. A później siedzimy na kanapie i ja mówię, Tomek zaraz będzie niespodzianka, będziemy musieli wyjść i Tomek wie doskonale, że pójdziemy do restauracji na kolację i że może jakieś kino jeszcze po drodze czy co. Ale zanim wyjdziemy, Tomek, to chodź, proszę cię z psem. Padało wtedy trochę, pamiętam. Pamiętam, że mieliśmy iść z psem i po drodze wpaść na Michała mieliśmy, który prowadzić miał do nas tę parę, co jadła dobre jedzonko w Belfaście, i tak faktycznie było, że oni szli w naszą stronę, że otworzyli szampana i zaczęli śpiewać sto lat, a Tomek stał oszołomiony i nie wiedział, co robić. A za chwilę wróciliśmy do domu, mi bardzo ulżyło, że choć ta dwójka przeżyła ewentualną katastrofę lotniczą, wyciągnęłam przystawki i chleb, i usiedliśmy, ja patrzyłam na Tomka, on się bardzo cieszył, było dużo wina, koniaku i szampana. I jakoś się atmosfera rozluźniła, ściemniło się jakoś, i nagle ni stąd ni zowąd otworzyły się drzwi i ktoś zaczął śpiewać kolejne sto lat, a Tomek stał i nic nie rozumiał, i widział ludzi, których widywał już tylko na zdjęciach, a nagle oni materializowali się w naszym maleńkim salonie, a Monika, która ich przywiozła, przywiozła również ogromną lasagne i gdyby nie ona to ja bym musiała po nocy chleb piec dodatkowy, tak mnie z tym jedzonkiem i materacami uratowała, sekundę tylko posiedziała, Bonus się z tego wszystkiego zsiurał na dywan, bo już nie mógł wytrzymać, taki był mały i zestresowany, wszyscy się śmiali, śmiechu było dużo, dużo koniaków, whisky i szampanów. Tomek patrzył na mnie raz po raz, przekrzywiając głowę, że zupełnie nie sądził, że taka jestem fajna, a ja jestem fajna, szczególnie, kiedy chodzi o miłość, mi się ten wpis głupio pisze, bo w całości mówi o tym, jaka jestem fajna, nie dodając, że przy tym dość skromna i zakłopotana, Tomek mnie drugi rok prosi, napisz o moich urodzinach, drugi rok cię proszę. Normalnie bym nie napisała. Ale dobra, siedzimy, jemy, gadamy, jeden drugiego przekrzykuje, przepiszcza, ja patrzę na nich wszystkich, większości nie znam, nagle się otwierają drzwi, ze mnie opada absolutnie już całe ciśnienie, bo oto jest ostatnia na dziś para, żyją, przeżyli, są, jest pierwsza w nocy, piątek, 24 kwietnia, Tomek ma zabawę życia, ja się upijam winem i zasypiam spokojna. A rano się budzę, że trzeba śniadanie, trzeba kanapki, pomidory trzeba, tyle ludzi w domu, w każdym pokoju ktoś, trzeba z wczoraj posprzątać, na dzisiaj porobić, dziś będzie śniadanie i spacer, a później grill i następny gość, a wieczorem zabawa  w klubie, który zarezerwowałam, wieczorem będzie tort z trzydziestką na czubku(znowu Monika!), będzie zabawa do białego rana. Taki jest plan. Patrzę jednak po ludziach i widzę, że będzie ciężko. Że jest ciężko. Niektórzy nie chcą pić nawet herbaty, a przecież herbata – wiadomo – to napój, który pomaga na wszystkie dolegliwości. Po śniadaniu jest jednak spacer, jest oglądanie zwierzątek w małym, wiejskim zoo, jest dużo słońca i spokoju, wszyscy nam komplementują jeziora i ciszę, a my chcemy tylko, czego nie mamy. Z tego zoo do domciu, na ogród, chwila moment ostatni będzie gość, trochę panikuję, bo ląduje w Dublinie i musi dojechać, musi dojechać autem, z kierownicą po prawej, dróżkami jak wąskie i kręte wstążki. Dojechał. Wszedł do ogrodu jak gdyby nigdy nic, i powiedział, siema. I już w ogóle mogłam pójść spać wtedy i wyspać cały ten stres, co mi się kumulował tygodniami. A później był grill ze stekami, później ta zabawa  w pubie z muzyką na żywo, a później spacer czterdziestominutowy, którego nie przewidział nikt, bo kto by przypuszczał, że na takiej wsi taka będzie kolejka do taksówek. A następnego dnia było śniadanie na ogrodzie, a później deser, czekoladowy i gorący, który zrobiła Karolina, a który płynął po talerzu gęstą strugą, że chciało się być z talerzem sam na sam, a się nie było. Później był Belfast i wycieczka z panem taksówkarzem, który nas wiózł wielką taksówką i opowiadał o protestantach i katolikach, o strasznych historiach i politykach, ale to jest w ogóle opowieść na kiedy indziej, ta opowieść jest o tym, że urodziny się powinno spędzać z przyjaciółmi, którzy wszyscy się porozjeżdżali po wszystkich krańcach świata, ale jak trzeba to się zbiorą i wybiorą za głębokie wody, na odległe lądy, za siedem gór i rzek, i nie dlatego, że ja jestem jakoś super zajebista. Tylko oni. I trochę Tomek.

IMG-20150503-WA0005

przygotowania do ślubu cz.4

Koleżanki mi mówią niektóre, ale ty się jarasz tym weselem, co?, a ja takie mówienie z miejsca biorę, że to źle, że się jaram, że jestem trochę głupia i dziecinna, bo jest wokoło tyle tematów do poruszania, a ja tylko, że weselne piosenki, weselne soki i desery. I że może lepiej bym tak pogadała o tym, że mi coś tam się nie udało, że któraś dziewczyna, co ją nie wiem, czy kojarzysz, ale kiedyś koło niej przechodziłaś, to ona se teraz fajnie schudła. A ja tylko wesele i wesele, niby. A mi jak tak ktoś coś wytknie, ja się z miejsca obrażam, z miejsca obiecuję sobie, że nigdy więcej tej osobie nie powiem na temat wesela nic, ale nic!, słowa, ona będzie mówić, co w ogóle z tym weselem, a ja będę mówić, a słuchaj, a jaka u was pogoda. Mam takie zacięcie mściwe już, zawsze sobie poprzysięgam zemstę, niech mi ktoś tylko raz zwróci uwagę, całe mam pamiętniki zapisane, nigdy więcej nie mów tego i tego, temu i temu. Inna sprawa, że z tego nic nigdy nie wychodzi, ja tych pamiętników wcale nie czytam. Tak czy siak, o tym weselu niby dużo. Niby za dużo tych emocji. Tej radości. Kto to widział tak przeżywać imprezę jednorazową pełną galarety drobiowej i w czerwcowy gorąc. I mi się głupio robiło jak mnie tak na ziemię te koleżanki sprowadzały. Aż sobie pomyślałam, chuja. Mam pełne prawo się cieszyć tym. Się tym weselem weselić. Bo po pierwsze, mało teraz się ludzie cieszą i emocjonują, a przecież to takie niezwykłe uczucie, kiedy sobie na przykład patrzysz w rozkład jazdy autobusów, kiedy sobie na przykład stoisz pod wiatą, a pogoda jest, że wieje i leje, i nagle taki dreszcz ci idzie po całym ciele gorący jak piorun, taki ci staje przed oczami przebłysk, że będziesz w tej sukience brokatowej życzeń od wszystkich słuchać, a Tomek będzie cię trzymał za rękę dumny i pewny. Wesele to jest taki dzień, że wszyscy moi ulubieni znajomi będą. Że wszyscy będą razem, co się niektórzy znają tylko z opowiadań. Że będzie cała rodzina moja i Tomka, bliższa i dalsza, i będą nam gratulować. Jak mam się nie emocjonować? Czemu mam udawać, że tak, bierzemy ślub, ale to nic takiego, to sprawa formalna, pomówmy, co w sztuce. Czemu niby to jest siara i wstyd, że ja się cieszę z zamążpójścia? Bo przecież nie z tego się cieszę, że polecą piosenki, my Cyganie, co pędzimy razem z wiatrem, nie to, że nie mogę się doczekać, żono moja, serce moje, a na parkiecie panie o pustym spojrzeniu utkwionym wysoko ponad ramię partnera. I nie chodzi też o panie w kwiecistych fartuchach i cielistych skarpetach, co będą nad naszymi głowami z paterami jaj w majonezie. Ale też nie mogę pozwolić na to, żeby biesiadnicy żyli tylko obrazem mojej i tomkowej miłości. Toż musi być biesiada z jajami, z majonezem i biesiadną nutą. Wesele to nie jest piątkowa domówka, na którą przyjdą trzy pary znajomych, i ja muszę z tego tytułu wyszorować kibel i porządnie za kiblem, bo mi na pewno łypną okiem. I muszę zrobić siedem sałatek, trzy desery, a alkohole zmrażać już muszę od niedzieli. A każdą szklankę obtoczyć w cukrze i pół plastra pomarańczki dać, a jak mi powiedzą komplement, machnąć ręką. Wesele się planuje i planuje, i ja nie jestem pierwszą osobą, która się o tym dowiaduje. W weselu to jest fajne właśnie, że się planuje i czeka. Że się sobie w myślach przyrzeka. Że się, jak jest smutno, w to planowanie ucieka. Wesele to jest wesoły czas, w którym się celebruje to, że dwie osoby obiecują sobie cuda, zapominając na chwilę, że życie to na co dzień straszna nuda. Plus to jest naprawdę fajne w czasach, kiedy się na okrągło zrywa, bo komuś brakowało czegoś ciut, ciut. Że mały fiat. Mały fiut.

tort

 

senty-menty

Mam takie silne wrażenie, że wszystko jest chwilowe. Że przyjechaliśmy tu chwilę temu i na chwilę, że jeszcze nie zaczęliśmy niczego tak naprawdę, że zaraz wyjedziemy i dopiero wtedy wszystko zaczniemy, z domem, z planami, z prawdziwą dla mnie pracą, bo ta teraz jest udawana i chwilowa, ja teraz – w tym cyrku – pracuję dla anegdot, ale chwila moment będę miała pracę poważną, ja sama spoważnieję od niej, pracę będę miała odpowiedzialną, od której coś zależy, będziemy mieli dom z doniczkami na parapecie, które wybierzemy uważnie, bo to będą doniczki już prawdziwe, już do prawdziwego życia, teraz to wiadomo, że możemy mieć doniczki-dziady, bo teraz jesteśmy tu na chwilę, wszystko jest prowizoryczne, jak będziemy już siedzieć przy małym kuchennym stole w naszym prawdziwym domu i w prawdziwym życiu, będziemy sobie wspominać, a pamiętasz jak nie mieliśmy stołu w tamtej kuchni, jak myśmy żyli wtedy, jacie. A później idę sobie, idę i myślę, boziu, już dwa lata tu mieszkamy. Już sześć lat leci jak wyjechałam z Polski. A przecież na chwilę wyjechałam, na trzy miesiące, pamiętam jak wszystkim mówiłam, za trzy miesiące wracam. I takich osób jak ja jest sto milionów, wiem, co wyjechały na szparagi i zmywaki, żeby sobie odłożyć na komputer czy samochód. Odło-żyć. I siedzą. Pozakładali polskie sklepy zagranicą, pieką polskie wypieki na każde polskie święto i spotykają się nad sernikami i pierogami, zupełnie sobie obcy, zmuszeni do bycia blisko, rozpoczynając rozmowę za każdym razem od „skąd jesteś z Polski?”. I często mam wrażenie, że jesteśmy tu na chwilę, że jak wrócimy do Polski to będziemy opowiadać godzinami, to usiądziemy ze wszystkimi znajomymi, którzy wrócą zza granic w tym samym czasie, usiądziemy w jakimś wielkim ogrodzie i będziemy się śmiać godzinami z anegdot, których każdy nazbierał w tym życiu daleko i na niby.                                   A później sobie myślę, nie będzie tak. Będzie tak, że nie wrócimy do Polski jeszcze długo, długo. Ja z Tomkiem. Albo nie wrócimy wcale. I moje przyjaciółki najlepsze też. Nie zestarzejemy sie razem na werandach naszych domów. Ja będę znała dzieci moich przyjaciółek ze zdjęć i filmów, one moje tak samo. Dzieci moich przyjaciółek będą miały mnie gdzieś, moje dzieci będą miały gdzieś moje przyjaciółki. Będą mówiły tylko to ta baba ze studiów czy skądś, co zawsze przywozi czekolady i ryczy. Dzieci moje i moich przyjaciółek będą miały w aktach urodzenia super miejsca. Będą miały Islandię, Włochy i Luksemburg*. Ale nigdy nie pójdą do jednej klasy, żeby później na środku sali opowiedzieć, w Luksemburgu było tak i tak, a w Islandii siak. Nasze dzieci nie będą się razem bawić. Nie będą się też bawić ze swoimi kuzynami. Ja latałam z kuzynostwem cały czas, skakałam z kredensu na tapczan, bawiąc się, że podłoga to ogień lub przepaść. Rękę tak sobie złamałam wtedy. A wcześniej rękę złamałam z innym kuzynem, co mnie rowerem wiózł po kamieniach. I to było na działce, rodzice grillowali z wujostwem, ja będę z moją siostrą grillować raz na sto pięćdziesiąt lat, jeśli w ogóle, i tylko na jej działce, bo ja nie mam działki w Polsce. W Polsce mam rodzinę i wspomnienia. Do Polski sentyment i żal. Moje dzieci i dzieci przyjaciółek moich nie będą miały Polski nadto. Dzieci moich dzieci i dzieci dzieci moich przyjaciółek mogą kiedyś powiedzieć, jak dorosną już, a kiedy nas już nie będzie, jedziemy do Polski, to kraj naszych dziadków, chcemy go poznać, i powiedzą to łamaną polszczyzną, bo na zachodzie język polski to tylko w sobotnich szkołach i po domach, dzieciom się nie chce do tych szkół, dzieci się chcą bawić ze swoimi nie-kuzynami, których mamy nazywają ciociami tak czy siak, każda pani, która rozmawia z mamą to z miejsca ciocia, moje dzieci i dzieci moich przyjaciółek będą miały mnóstwo cioć. A za górami, za lasami będą miały dziadków. Ja miałam dziadków rzut beretem. I dużo u dziadków latałam. Z tego tapczanu na kredens np., w dziadka ogrodzie widziałam pierwszy raz jeża, było ciemno i cicho, dziadek poszedł po latarkę, ja cichutko piszczałam z ekscytacji. I to pamiętam do dziś. Że nocowaliśmy u dziadków, z kuzynkami, i dziadek zawsze rano szedł po bułki i mleko, i to były najlepsze bułki na świecie. Że w domu babci pachniało piecem i zawsze grał telewizor. Że był tłusty rosół i leniwe kluchy. Że spędzaliśmy tam niedziele, z ciotkami, wujkami, że latał jakiś pies, a wszystkie dzieciaki bawiły się w szkołę, w nauczycielkę i uczniów, ja zawsze byłam nauczycielką i wyrzucałam dzieciaki z klasy za złe zachowanie. Moi uczniowie byli niewidzialni. Jak niewidzialni dla moich dzieci i dzieci moich przyjaciółek będą kuzynowie, dziadkowie i wujkowie. Albo widzialni od święta. Ty Polsko przeklęta.

*Mam jeszcze przyjaciółkę we Wrocławiu jedną. Żeby nie było <3

IMAG0659

głową w mur

W kawiarni, w której pracuję jest największy na świecie syf. Managerem kawiarni, w której pracuję jest panna, która nie wie nic, choć udaje, że wie wszystko. Panna, która jak robi cappuccino to w nim jeden wielki bąbel powietrza jest. Jak robi latte, bo to jest tu najpopularniejsza kawa, pół litra mleka na brudną szklankę, bo wszystkie szklanki mamy przepotwornie brudne, bo od kiedy pracuję w tej kawiarni, a pracuję od października to woda w zmywarce była zmieniona ze cztery razy, cztery razy przeze mnie, bo nasza managerka nie wie jak zmienić wodę w zmywarce i za każdym razem jak próbuje to mamy wodę po kostki, i pianę mamy wszędzie podobną do tej, jaką ona serwuje w kawie latte, która kawa jest zawsze za mocna dla klientów, choć w niej jest kawy pół szota, zawsze jest za zimna, więc zawsze ląduje w mikrofalówce, jak ją do mikrofalówki wsadza managerka to cała mikrofalówka jest z mleka i kawy po chwili, schnie sobie tam ten syf, ona nigdy nie myje mikrofalówki, bo ona nigdy nie ma czasu, bo ma sto rzeczy do zrobienia, kiedyś mi pokazała, patrz, Maria, ty możesz mi nie wierzyć, ile ja mam rzeczy do zrobienia, to są dokumenty, które muszę codziennie wypełniać, obliczać, wyliczać, sumować i dodawać, i mi pokazała trzynaście razy ten sam dokument, ale pokazała mi bardzo szybko, żebym się nie zorientowała może, choć już ją sto razy przyłapałam jak siedzi w biurze, w  tych papierach niby i kupuje przez internet  tabletki na odchudzanie, które żre i po których mówi zawsze, będę rzygać, Maria, będę srać, srałam całą noc i rzygałam, wyobrażasz to sobie, i ja sobie niestety z miejsca wyobrażam, choć wcale nie chcę, ona mówi do mnie, ty tak zdrowo jesz, z czym masz tą zupę dzisiaj, fuj, kalafior, a sama robi sobie kanapkę z bladego, miękkiego chleba, którą napycha kurczakiem, seropodobnymi ścinkami, szynką i boczkiem, i pcha do tostera, a później polewa to zupą z ziemniaka i pora, którą serwujemy w kawiarni codziennie, a która przyjeżdża do nas w małych wiaderkach z naklejkami, na których wypisany jest skład tej pożywnej i domowej zawiesiny, i to są niekończące się kilkunastosylabowe słowa, i ona to je codziennie, bo też jest na diecie, że właśnie ciepła zupa w ciągu dnia, zupą polewa tosta i je to, aż jej kapie po brodzie i butach, a zaraz mówi, będę znowu rzygać, Maria, i już staje nad wielkim koszem, z którego śmieci wylewają się jak kwiaty z donicy, taką mam, kurwa, koleżankę w pracy. Najpierw się bardzo nie lubiłyśmy, bo ja cały czas o coś pytałam i ciągle miałam zastrzeżenia, a ona nie znała odpowiedzi na większość moich pytań i w większości spraw nie była mi w stanie pomóc, na przykład jak jej mówiłam, Amanda, nie będzie mnie w pracy w przyszły wtorek, bo jadę na szkolenie z wolontariatu to ona mówiła, musisz się zastanowić, jakie są twoje priorytety, Maria, praca czy szkolenie, bo ja nie mogę tak cię stale puszczać, ty masz ciągle jakiś angielski, jakieś lekcje, szkolenia, a tu jest praca za pieniądze, normalnie kawę robimy potrzebującym kawy, ty się zastanów troszkę nad swoją karierą i co jest dla ciebie ważne, a  ja jej powiedziałam, jadę na szkolenie, nie będzie mnie w przyszły wtorek i ona się do mnie długo po tym nie odzywała, a któregoś dnia mi mówi, nie tak się robi tą sałatkę, Maria, kto ci pokazał, że tak się ją robi, na co ja mówię, nikt mi nie pokazał nic od kiedy zaczęłam tu pracę, wszystko robię intuicyjnie, dziękuję, na co ona się znowu obraziła i w ogóle przez pierwsze tygodnie to była męka. Aż któregoś dnia zamykałyśmy już, ona mopowała podłogę, ja czyściłam maszynę do kawy, do niej ktoś zadzwonił, ona do słuchawki, że ok, rozumiem, tak jest, po czym się rozłączyła i mówi, mój kuzyn właśnie umarł na raka, i mopuje tą podłogę dalej, ja stoję jak wryta, nie wiem zupełnie, co powiedzieć, łapię się za serce tylko i powoli podchodzę do niej, żeby ją poklepać po plecach czy co, mówię jej, zostaw tą podłogę, spokojnie, idź do domu, ja zamknę, hej, na co ona, nie no coś ty, spokojnie, myśmy wiedzieli, że to kwestia czasu. Myślę, że to wtedy było między nami takie bum, że zaczęłyśmy gadać. Właściwie ona zaczęła. Ja słucham i rzadko kiedy wiem, co powiedzieć. Bo ona mi na przykład mówi, byłam u lekarza, nie mogę mieć dzieci, muszą mi tu wszystko wyciąć – i robi ręką koła od brzucha do kolan – wszystko mi tu wytną, ale spokojnie i tak nie chciałam dzieci, nie chcę ani dzieci, ani męża, mój facet teraz mi się oświadczył po trzech miesiącach spotykania, klęknął wczoraj i mówi, Amanda, chcę z tobą spędzić życie, bo cię kocham, a ja nie chcę wychodzić za mąż, bo nie mam dobrych przykładów z domu, mój tato nas zawsze bił, mnie i moją mamę, poza tym macocha mojego faceta mnie nienawidzi, bo wydaje jej się, że lecę tylko na jego kasę, wiesz, on jest właścicielem baru, raz w ogóle jego macocha wjechała we mnie samochodem i powiedziała, że mam go zostawić, bo jeśli nie to następnym razem nie zahamuje. Innym razem mi mówi, taka jestem dzisiaj zdenerwowana, mój facet ma sprawę w sądzie, o rozwód, jego była żona chce 80 tysięcy funtów i jeszcze go oskarża o znęcanie się psychiczne i fizyczne, a ja dobrze wiem, że kłamie, bo ja kata poznam z daleka, przecież mój tato katował mnie i moją mamę całe dzieciństwo. Nie wiem, jak z nią rozmawiać, więc ogólnie większość czasu trzymam rękę w okolicach serca, przechylam głowę na bok i otwieram oczy i usta na znak szoku i niedowierzania. A później ona jakąś sobotnią nocą mi pisze, uważam, że jesteś niesamowita, Maria, i bardzo cię kocham, naprawdę. A ja jej wysyłam żółte, uśmiechnięte buźki w odpowiedzi i myślę sobie, że bardzo chciałabym zmienić pracę, bardzo chciałabym pracować w miejscu, w którym ktoś będzie chciał skorzystać z mojego mózgu, w której ktoś zapyta, a co ty sądzisz na ten temat, a temat będzie inny niż, gdzie postawić stojak z chipsami, chciałabym pracować w miejscu, gdzie ktoś mi powie, świetnie to zrobiłaś, bardzo nam się to przyda i tu znowu nie będzie chodziło o ułożenie słoików z herbatami, bardzo chciałabym mieć pracę, w której nie będę musiała robić kawy ludziom, którzy sobie tą kawę postawią na rancie stołu i ta kawa im dupnie na podłogę, oni w ogóle nie będą wiedzieli jak do tego doszło, ja będę myła tą podłogę po sto razy dziennie, słuchając przy tym jak za ścianą Amanda wypluwa z siebie kolejną porcję zupy po zażyciu kolejnych super tabletek i brodząc w pianie po kostki, bo ona znowu majstrowała przy zmywarce i słuchając, cała w uśmiechu, jak mama jakaś mówi do synka, chcesz muffinka, coś mi się wydaje, że ktoś tu zasłużył sobie na muffinka i to jest nikt inny, jak syn jej trzydziestoletni, zupełnie zdrowy, po prostu bardzo pierdołowaty, cały na gębie ze wstydu czerwony, bo oto wyszedł na super kawkę do super kawiarni, na kawę latte, pół litra gorącego mleka z posmakiem kawy, prawdziwy kawałek nieba, niczego więcej nie trzeba. A ja chcę więcej i wyżej. Bo mi do zwariowania coraz bliżej.

giphy2

 

 

tacy jesteśmy cacy

Tomek usunął fejsbuka, już tam nie włazi, ja uwielbiam włazić, a mówiąc uwielbiam mam na myśli, że uzależniłam się od włażenia tam, mówiąc uwielbiam, mówię nienawidzę tego robić, ale zachorowałam i nie umiem przestać, uwielbiam obserwować i nie komentować, patrzeć jak ktoś się pręży do zdjęcia(na bank kwadrans lub dwa), jak wybiera zdjęcie najkorzystniejsze, a później wrzuca komentarz, że się nie uczesał lub że na szybko wrzuca, bo się znajomi już skarżą, że tak go długo nie widzieli. Gówno prawda. A cały jego album to tylko podróże, wywiady ze sławami, sukces, sukces, filtry, jedzonko fit i fit piciu, sport i adidasy, endomondo i kubek z parującą herbatą pośród piszących się opowiadań. Jesteśmy tacy sami. Potrzebujemy tego samego. Potrzebujemy być lepsi od innych, potrzebujemy się podobać, chcemy być lubiani, chcemy by inni lubili to, co robimy i mówimy, ale wszyscy udajemy, że nie chcemy, że nam nie zależy, że doskonale wiemy, co robimy i dokąd nas prowadzi ta ścieżka, cośmy ją sobie świadomie wyznaczyli, gówno prawda, chcemy być podziwiani, chcemy, by nam zazdroszczono, klepano po ramieniu, żeby ktoś z naszego powodu płakał w poduszkę, że nam się tak udało i tyle, a jemu się nie udało nic, ale za nic się, za nic, nie przyznamy, że czasami płaczemy sami, bo ktoś inny odniósł większy sukces niż my, ktoś fajniej wyszedł na zdjęciu, komuś innemu kości policzkowe bardziej niż nam wystają i żebra. A wcale tak nie jest. I wiemy, że tak nie jest, bo wiemy ile nam schodzi, by takie zdjęcie idealne zrobić, by kości policzkowe uwydatnić tak, wciągając policzki w środek gęby, i całe to stawanie bokiem lub na palcach, wszystkie te oszustwa, dobrze wiemy, że nasze bycie managerem to tak naprawdę mówienie dwóm osobom na krzyż, żeby zmyły gary i nie zapomniały wyłączyć świateł, że nasze bycie kulinarnym blogerem za chwilę szlag trafi, bo za chwilę ludzie znów zaczną chcieć jeść bigos z kiełbasą i boczkiem zamiast tych rustykalnych pierdów z espumą i wołowych policzków na potęgę, wszyscy kurwa jedzą wołowe policzki teraz z pudrem warzywnym, pianą i gównem, a to minie, to się odpodoba, i te sukcesy, co ich teraz zazdrościmy koleżankom, kolegom, te ich sukcesy, które nas zrywają w środku nocy ze snu i każą myśleć, a co ze mną, dlaczego przegrałem, one się skończą chwila moment, chwila moment nikt już nie będzie wiedział, że Wojtek napisał książkę o warzywach korzeniowych i ich wykorzystywaniu w diecie takiej śmakiej, że Adam był we wszystkich malenieńkich miejscowościach Azji i Afryki albo że Asia już siedemnasty szczebel w agencji marketingowej przeskoczyła, chwila moment te wszystkie zawody okołomarketingowe szlag trafi też, te wszystkie wydumane studia, co młodzi myślą, że pana Boga za nogi, za chwilę będziecie szparagi zbierać na zachodzie, bo was Polska w chuja zrobi jak wszystkich humanistów, choć to może nie Polska nas w chuja, może nas moda tak capnęła, trend jakiś jak z tą espumą, a wszystko to minie, sława i chwała, i te wywiady wszystkie z niby gwiazdami, że ktoś tam powiedział, no lubię to i tamto, a wszyscy się śmieją, cała Polska się śmieje, że ktoś coś polubił, a przecież tego się nie lubi i teraz cała Polska wygrała, a ta jedna pani, co coś palnęła powinna się naprawdę zastanowić, czy faktycznie chce być taka znana, bo cała Polska się z niej śmieje, ja nie mam pojęcia o połowie tych gwiazd wszystkich, co one chodzą na jakieś gale i rozdania nagród, kto kogo i za co nagradza też nie wiem, bo tyle jest sukcesów na świecie, że nie nadążam już, a sama żadnego nie odniosłam, to dopiero sukces, tak się od sukcesu wykpić, to wszystko jest takie nieważne, boże, gdzie my będziemy wszyscy za pięć lat, się lepiej niech każdy zastanowi, to porównywanie się do innych jest takie straszne i nagminne, to z nimi przegrywanie, wygrywanie, mało jest życzliwości zwykłej, gratulacji jest mało, szczerości i pytania się nawzajem o zwykłe rzeczy, wszyscy walimy ściemę, że się nie boimy, że wszystko wiemy, że mamy poglądy i zdanie na każdy temat, a ja mieszkam na końcu świata, patrzę jak mi się pies bawi kijem i myślę sobie, jak to cudownie, że nie muszę się z tego tłumaczyć, nie muszę zdawać raportów z dzisiejszych powodzeń, że nie muszę spędzać godziny przy lustrze w szmince i ciasnych rajtuzach, żeby mnie ktoś na fejsbuku polubił i się w kącie swojego domu popłakał, że jest ode mnie gorszy, choć pewnie nie jest, bo jesteśmy tak samo zakompleksieni i zagubieni, a tylko udajemy, że jest inaczej, że jesteśmy silni, solidni i pewni, że mamy zdanie na każdy temat, a każdy sra, że mu ktoś coś złego powie, nieprzyjemnego i będzie mu później smutno, albo że mu nikt nie powie nic, nic mu nie skomentuje, nie polubi, tylko się będzie zza swojego ekranu śmiał złowieszczo i czuł lepiej. Tacy jesteśmy. Cacy.

WP_20160512_005

 

kawiarenki

W ogóle mamy dzisiaj dzień z Tomkiem, że Belfast, lunch w Belfaście, że księgarnia jedna, druga, spacery, bajery, kawa z niby mlekiem, patrzenie na siebie, w końcu siedzenie z komputerem w eleganckiej kawiarni pośród gwaru i wrzawy, tacy jesteśmy światowi, taką mamy niedzielę, nie że dom i dres, telewizor i stres. Mamy niedzielę znaną wszystkim jedynie z instagramu, niedzielę, którą można by sfotografować i puścić w świat wersję w sepii, niedzielę, która wzbudza w innych zazdrość, a ta zazdrość bierze się stąd, że my pijemy sobie pretensjonalne drinki w przyciemnionej kawiarni z żarówkami nad głową, a ci co nam zazdroszczą piją teraz drinki zwykłe ze zwykłych kubków, a ich chłopacy czy dziewczyny na propozycję instagramowej niedzieli odpowiadają nieco agresywnie, po co? Prawda jest taka, że te niedziele kocham, one są raz na sto lat, my na co dzień mieszkamy na wsi, nie ma tam gdzie pójść, gdzie kawy pretensjonalnej popić, nie ma żarówek nad głowami nigdzie, w  ogóle zero pomyślunku. Teraz se siedzimy, ja se piszę, Tomek czyta, jesteśmy tacy jak inni, co pracują w miejscach publicznych, pokazując wszystkim, jacy są pracowici, jacy zajęci, ani se sami herbaty zrobić nie mają kiedy, trzeba im donieść. Dzisiaj tak jest i już, już zdążyłam napisać siedemnaście różnych rzeczy na siedemnaście różnych tematów, nie wiem, który temat ciągnąć z tego podekscytowania, od tych kaw i herbat, wrzawy i gwaru, od tego bycia gwiazdą, pisarką i królową.

Zaczęłam pisać o ślubie, że mi się śniło ostatnio, że jest ślubu dzień, jest 21:00, a ja siedzę u fryzjera, włosy niezrobione, ani makijaż, jakoś tak mi się śni, że się chajtamy tu na wsi, przy jeziorach i że mój ojciec leci z psem 300 kółek dookoła wody, taki jest wkurwiony. Tomek mówił mi rano, że płakałam przez sen. Śniło mi się wcześniej, że jest ślubu dzień, jesteśmy na sali, pojedliśmy już rosołu i schabu, i nagle dj rubasznym słowem wywołuje nas na środek, byśmy pierwszy taniec, i ja w tej chwili sobie uświadamiam, że my nawet pierwszej piosenki nie mamy, ani żadnej synchronizacji w biodrach. A później mi się śniło, że jadę samochodem, widzę swoją buzię, jest bardzo chuda i długa, mam mnóstwo włosów, jakiś mam tapir z nich, co sięga nieba i wielkie usta. Takie mi się rzeczy śnią ostatnio, do ślubu cztery miesiące i pół, jeszcze tych snów nadozbieram, a później wydam wierszy tomik, ja i Tomek w naszym wielkim dniu.

Zaczęłam pisać, że znam na fejsbuku milion osób, które puszczają u siebie i od razu sami sobie lubią takie zdjęcia, na których plaża i fale, zachód słońca czy co, czy na przykład tory, na pierwszym planie dziewczyna, zwykle tyłem, chuda jak patyk i zwykle rozerotyzowana, siedzi na tym piasku, przed tym zachodem siedzi czy u stóp torów, a na środku tego zdjęcia wielki aforyzm, że zdrada boli, że przyjaciół poznaje się w biedzie czy że najważniejsze to być upartym i ciągle iść, bo droga do marzeń jest zawsze wyboista. I w ogóle nie wiem, skąd się wzięła ta kultura aforyzmów, te mądrości życiowe zamknięte w jednym zdaniu, których można nauczyć się na pamięć i w sytuacji, gdy koleżanka płacze, powiedzieć na głos. I jeszcze komentarze są pod tymi zdjęciami, fajnie powiedziane. Albo dokładnie tak. O to to. I tyle, cała rozmowa, filozofia cała.

A od tego tematu wyszło, że zaczęłam pisać jeszcze o tym, że bardzo mnie interesuje, co się dzieje w tych wszystkich teledyskach, kiedy chłopak siedzi na plaży z dziewczyną prawie gołą o otwartych ustach, która to pręży się przy palmie, to wygina w piasku, raz po raz jego muskając w ramię czy paznokciem długim znacząc mu ślad na skórze, a włosy ma wszędzie wokół buzi, długie i gęste, i ma zawsze zamglone spojrzenie, jakby była gdzie indziej, jakby zaraz miała osiągnąć apogeum rozkoszy. Co się dzieje później? Co się dzieje w tych teledyskach, gdzie dziewczęta w przylegających do skóry króciutkich dżinsach polewają szlauchem samochody, a za chwilę swoje piersi, bo tak się zgrzały tym polewaniem, że już nie mogą, co się dzieje później? Jak ten samochód jest już umyty? Co się dzieje w życiu tych szalenie naoliwionych, długonogich i włosych dziewcząt z lekko rozchylonymi ustami? Czy na obiad jedzą truskawki z bitą śmietaną, maczając każdą z osobna i przy każdej odchylając głowę do tyłu? Czy na kolację jedzą banany to wsadzając je głęboko do ust, to wyciągając? Czy zasypiają w makijażu i szmince? Czy te dziewczyny, całe tabuny dziewczyn, co tańczą w teledyskach kolesi siedzących na niskich taboretach i machających rękami przy podłodze, czy dla nich normalne jest ocierać się w tańcu pupą o rurkę i mieć przy tym agresywną minę? Czy im się to podoba? Czy to jest normalne, że idą trzy dziewczyny ulicą, jakiś koleś coś do nich mówi, a one nagle, dwie z tyłu, jedna z przodu tańczą cyckami i pupami, ledwie ubrane? Czy to jest normalne, że chwila moment przyłączają się kolejne dziewczęta, co przybyły nie wiadomo skąd, każda wycięta z żurnala, każda ledwie odziana, wszystkie znają kroki i tekst refrenu?

Zaczęłam pisać jeszcze inne rzeczy, ale wszystko to takie urwane, nic co miałoby uratować świat od zagłady, nic mądrego, ani nawet żaden aforyzm, takie pisaniny zabawnej dziewczyny, co siedzi w belfaskiej kawiarni z żarówką nad głową, jak w jakimś komiksie.

WP_20150702_007

dla wytrwałych czytelników Bonus 😉

brzuch

Jak otwieram oczy tylko myślę, brzuch. Jak schodzę po schodach, brzuch. Jak przechodzę koło lustra. Albo zanim przejdę. I długo później. Jak jem śniadanie. Jak piję wodę. Albo koper włoski. Jak chodziłam na lekcje śpiewu to tylko brzuch i brzuch, a facet mówił, masz za mało pewności siebie jak śpiewasz, hej. To już nie śpiewam. Jak siedzę na krześle, brzuch. Albo na toalecie. Albo w autobusie. I jak w tym autobusie patrzę w okno. Jak jadę rowerem. Jak jestem u znajomych. Jak idę biegać. I kiedy nie biegam. A już najbardziej jak przebiegnę. Jak jestem w pracy. W uniformie jak jestem. I jak go ściągam, żeby przebrać bluzę. Jak zapinam kurtkę. Jak przechodzę koło sklepów z ubraniami. I koło sklepów spożywczych. Jak mijam na ulicy ludzi. Jak mijam szczupłe dziewczęta. I bardzo grube jak. Jak myślę o przyszłości. Albo o wakacjach w ciepłych krajach, nie daj boże. Jak w telewizji mówią o wojnie. Jak pokazują przemoc. I marsze, i strajki. Myślę sobie wtedy, brzuch. Albo jak ktoś zaginął i go nie ma od sześciu dni, trochę myślę, Boże, to straszne, ale częściej myślę brzuch, brzuch, brzuch. Jak oglądam teledyski. Jezus Maria. Albo film o dziewczynie, która lata z pistoletem i jest bardzo twarda i profesjonalna. Jak oglądam reklamy obojętnie jakich produktów. Jak myślę o moim ślubie za pięć miesięcy. O ciąży. I po ciąży. Jak czytam książkę na leżąco. I jak za chwilę decyduję się usiąść. Jak zasypiam na boku. Jak koleżanka wysyła mi zdjęcie jakiejś dziewczyny, mówiąc patrz się na tą. Patrzę na brzuch. Jak się odbijam w wystawie. Jak przymierzam ubrania w przymierzalni. I jak je odwieszam na wieszak. Jak się kąpię. I smaruję kremem. Jak gotuję. Jak jem u kogoś. I jak ten ktoś podaje deser, mówiąc, oj przestań, mały kawałek. Jak przeglądam fejsbuka. Jak myślę o przeszłości. Jak oglądam zdjęcia. Albo jak ktoś chce mi zrobić zdjęcie. Jak płaczę. I jak się drę. Jak w poradnikach pytają, co jest dla ciebie w życiu najważniejsze. Albo w książce o mindfulness, co najmocniej cię stresuje. Albo jak wchodzę na angielski spóźniona, a wszyscy już siedzą. Jak kładę sobie szalik na kolanach czy torebkę. Jak mój pies chce się bawić i czeka z patykiem, a ja idę zapatrzona przed siebie i ani mi się śni. Jak Tomek opowiada mi, co w pracy. Albo jak mi mówi miłe rzeczy. Jak decyduję się zjeść kostkę czekolady. I jak już ją zjem. Jak sobie analizuję wszystko. Jak mogło być, a jak nie było, że wszystko na nic. Brzucha nie ubyło.

A w książce ‘Dobre ciało’ Eve Ensler, co tą książkę przeczytałam w godzinę, w aucie, po ciemku, na trasie Łódź-Pabianice, kiedy Tomek opowiadał, tu chodziłem do kumpla, tu do szkoły, ja myślałam wtedy, ta baba tak samo jak ja ma. Więc w tej książce jest, że ‘kiedy ostatnio przeprowadzono ankietę wśród ubogich kobiet z różnych grup etnicznych w USA, w której zapytano, jaką jedną rzecz zmieniłyby w swoim życiu, większość ankietowanych odpowiadała, że chciałaby schudnąć’. I to jest książka sprzed ponad dziesięciu lat, a nie zmieniło się nic. Nic. A później pisze o czymś nad czym tysiąc razy już myślałam i co wydaje mi się naiwne i śmieszne. I prawdziwe, prawdziwe. ‘Zaczęłam myśleć, że gdybym miała płaski brzuch, byłabym doskonała, byłabym bezpieczna. Byłabym otoczona opieką, akceptowana, podziwiana. Byłabym ważna i kochana’. I jeszcze: ‘Piszę o moim brzuchu może dlatego, że przez większość życia czułam się nie w porządku, czułam się zbrukana, winna i zła, a mój brzuch wydawał mi się workiem wypełnionym nienawiścią do samej siebie. Może dlatego, że stał się przechowalnią mojego bólu, urazów z dzieciństwa, niespełnionych ambicji, skrywanej wściekłości’. Boże. I czytałam tą książkę dwa miesiące temu. I miałam już klucz do szczęścia. Tyle mi pozwoliła zrozumieć. Już miałam wolną drogę, żeby się kochać, szanować i akceptować. I tak było. Że się kochałam, akceptowałam. A później zapomniałam. Cały czas zapominam.

WP_20170125_009

Eve Ensler „Dobre ciało”, WAB

strumień świadomości

Za każdym razem jak coś piszę, nagle przychodzi mi do głowy tysiąc siedemset pięćdziesiąt innych rzeczy do napisania i po trzysta osiemnaście razy czytam jeden akapit, drę włosy z głowy i szlag mnie trafia. Z jednej strony chcę napisać o tym, że przeczytałam takie zdanie w internecie, że wszystkie nasze potrzeby, wcale nie są naszymi potrzebami, że nam się częściej wydaje, że potrzebujemy, co nam się wydaje, że. A często wcale nie. I zaczęłam pisać o tym. Że jesteśmy w pułapce tych potrzeb właśnie, co nam wmawiano zawsze, że kariera, dom, miłość. Że żyjemy w przeświadczeniu, że mamy wobec świata zobowiązanie i że szczęścia doświadczymy wtedy tylko, gdy wszystkie te zobowiązania, jedno po drugim. Że szczęście to taki cukiereczek, który na spokojnie odwijasz z kolorowego papierka pod koniec życia. I myślisz wtedy, porobione, ciamkając. I piszę o tym, piszę, że teraz są takie potrzeby, szalenie pilne, by przemierzyć cały świat, by pojechać w miejsca, o których pół świata nie ma pojęcia, gdzie leżą. Żeby najlepiej przemierzać je rowerem z małą kamerką i samotnie, by później napisać o tym książkę lub ten film z kamerki puścić na youtubie i mieć milion wejść, i po tym sukcesie móc spokojnie ze świata zejść. (A później cały ustęp piszę, nie wiadomo kiedy, że wszyscy jeżdżą teraz, ale nikt nie czuje ekscytacji tym jeżdżeniem, bo co na zdjęcie patrzę z Tasmanii czy Patagonii to każdy z miną jakby od trzech godzin stał w kolejce do wrocławskiego baru mlecznego Miś. A później od tego Misia się odbijam, że mi niedawno przyjacióła powiedziała, że teraz takie bary mleczne bardzo modne, wszystkie hipstery latają, brodę w barszcz ukraiński wsadzają). Nagle myślę, Boziu, ja zupę robię, krem z marchwi, modną szalenie, ze strony przepis, wegańskiej, marchewka i masło orzechowe, wszyscy się posrają w pracy jak powiem co jem, chociaż się nikt pewnie w pracy nie zapyta, bo mnie nikt nie lubi tam, i vice versa, i idę do tej zupy w podskokach, marchewki twarde jak gnat, a w przepisie wyraźnie, marchewki duś 10 minut, aż całkiem zmiękną, moje jadą 40 minut i nic. I nienawidzę takich przepisów, takiego pierdolenia, że marchewka zmięknie po 10 minutach. W ogóle większość tych przepisów o dupę rozbić, kleksy jakieś na talerzu, każdy do tego w szmince przy stole, tak samo zblazowani wszyscy jak ci w Patagonii, foty se robią znad misy i puszczają w świat, patrzcie, jak se zajebiście zdrowo jem, duszone marchwie z masłem orzechowym, zaraz to wyleję do kibla. Ale rozkojarzyłam się jak nie wiem, gdzie to byłam, te potrzeby, dobra. Takie mamy teraz potrzeby, by biegać w maratonach i chodzić do psychoterapeuty. A jak jadę rowerem czasami, jak wracam z pracy, to mnie zatyka w płucach, że mam 33 lata i nie odniosłam sukcesu, nie mam swojego domu ani nawet kredytu, jest szansa, że nigdy nie przebiegnę maratonu, że nigdy nawet nie zacznę, że może wizyta u psychoterapeuty na coś by się, zwłaszcza, że tej kariery nie zrobiłam, a wszyscy robią, coś może ze mną nie tak, może pora na sobie się skupić, mindfulness i joga może, może będę biegać i oczyszczać umysł, muszę też oczyścić jelita, przeczytałam, że zapchane jelita powodują wahania nastrojów i stany depresyjne. Jest szansa, że nie zobaczę całego świata, że nie będę bogata. Że nie kupię Tomkowi, choć bardzo bym chciała, i nie przeplotę czerwoną kokardą najstarszego z Mercedesów. A przy tym Mercedesie zawieszam się na dłużej, że nawet prawa jazdy ciągle nie zrobiłam jeszcze, tak się boję tych aut, a wszyscy mówią, zrób, zrób, przyda ci się, a jakoś 33 lata przeżyłam bez auta, to to jest moja potrzeba czy nie moja, ja się pytam.

wp_20160325_002

radości

Chciałam mieć święta jak z obrazka, a później bardzo się bałam, że będę zawiedziona, że nie jest jak chciałam. Więc ostatnie dni powtarzałam sobie parokroć, nie chciej, Gosia, świąt z obrazka. Ale wcześniej ów obrazek Tomkowi naszkicowałam. Przed każdym spaniem mówiłam mu, będą w kształcie choinki i bałwana ciastka. Będzie napalone w kominie, żywe będzie drzewo w dwukolorowe bombki udające luksus. Na szczycie drzewa gwiazdka. Pod drzewem pies. Świeczki gdzie nie spojrzysz, wełniane skarpety i cytrusy, po kryminale każdy i czytanie z kołdrą po uszy. Za oknem harmider i wiatr. W sercu spokój, że ciepło, ale i serca podrygi, że w tym kryminale kto zabił.

A wczoraj cały dzień pracowałam, pracowałam ze łzami w oczach, te łzy od złości, a w domu Tomek cały jak mrówka zasuwał. I mnie odebrał z pracy wieczorem, ja tylko narzekałam, że co to za praca, co za ludzie, co za dzień, a on mówił, już, już. Wchodzę do domu, a tam stół i obrus, świece, gdzie nie spojrzysz i prezenty pod choiną. A na gazie barszcz z pierogiem, ja szybko w kąpiele, w białą sukienkę szybko, Tomek w garniak, my jak do ślubu piękni, pierwsze nasze święta narzeczeńskie i pierwsze, że jesteśmy sami jak palce, tylko z psem Bonusem, co zahukany siedział pod stołem. I przy stole naprzeciw siebie, eleganccy i dostojni, dostojnych słów używając w zdaniach. I życzenia od serca, i na głos, łzy znowu w oczach od wzruszenia i machanie przy buzi ręką, że makijaż. I ja bym do tego nie dodała nic. Z tego bym zrobiła obraz i powiesiła nad kominem. Na tym obrazie ziewa pies. Cudnie jest.

A późną nocą idziemy spać i budzimy się rano, i nam się nigdzie nie spieszy, bo zamknięty jest cały świat, szalenie wieje wiatr, pijemy w łóżku kawę, powtarzając, że nic nie musimy, zupełnie nic, możemy czytać książki cały dzień w skarpetach albo gapić się w ścianę. I Tomek faktycznie czyta, pies się w ścianę gapi, a ja piszę toto, bo mało się teraz pisze rzeczy radosnych, wszyscy piszą, ale dupa, ale syf, praca zła i pieniądz, Polska i wobec niej niemoc, jojczą wszyscy i jęczą, że depresyjne stany, że jak żyć mamy, i ja tak samo jęczę, tylko mi się w głowie obudzi jakiś jęk już się dzielę tym z dziewczynami, analizuję godzinami, piszę już wiadomości, bardzo mi dzisiaj smutno, nie czuję radości, dmucham, chucham, rozbebeszam, na dnie całe się zawieszam. A nie pamiętam, kiedy się tak rozczuliłam nad dobrym czymś. Kiedy się czymś dobrym podzieliłam z kimś. Temu teraz to. U mnie bombowo.

img-20161224-wa0023