przygotowania do ślubu cz.3

Spędźcie sobie 11 miesięcy poza Polską, a później przyjedźcie na dwa tygi i postarajcie się odwiedzić wszystkich i wszystkim opowiedzieć co u was, i wszystkich wysłuchać, co u nich, u każdego postarajcie się zjeść obiad, który szykowany był specjalnie dla was i którego autora zupełnie nie obchodzi, żeście już obiad jedli, który był szykowany specjalnie dla was, przyjedźcie po 11 miesiącach do Polski i spróbujcie zaplanować wesele w jeden tydzień, spróbujcie przymierzyć suknię ślubną po uprzednim zjedzeniu krokietów, gulaszów i kabanosów, które specjalnie dla was były szykowane, w salonie ślubnym próbujcie przymierzyć suknię, który salon ma sukien dwadzieścia, a wszystkie w jednym kroju i którego salonu ekspedientka od progu będzie upierać się, że na panią to klasyczna suknia w literę A, a kiedy w tę suknię ledwo co, pani klaśnie w dłonie, mówiąc, o to to, a wy w lustrze stojąc, będziecie myślały tylko gówno w zoo.

Z sukienką miałam problem największy. Wydawało mi się, że wiem, co chcę, a wyszło, że nie wiem. Wydawało mi się, że się wchodzi do salonu, pije się w salonie szampana i opowiada o przyszłym małżonku. Że panie są kompetentne, że zadają pytania, z których odpowiedzi układają się w logiczną całość, przechodzą przez jakieś psychologiczne sito i oto, dwie hostessy już mi niosą suknię z welonem. Okazuje się, że nie. Takie przymierzanie wygląda, że się stoi na obcasach i prawie na golasa, a jedna baba, do której nie dociera, że ja nie lubię takich pasów zdobionych cekinami i perłami, niesie mi suknie tylko z tymi pasami, wpierając, że taka jest teraz moda, i że takie pasy naprawdę dodają. Czego dodają? I mówię jej, nie lubię gorsetów, nie lubię sukien klasycznych, a ona, że właśnie w takich mnie widzi. Że gorset ukryje mankamenty, mówi mi. Obca baba. Tak nazywa części mojego ciała. I z tymi sukienkami lata, gdzie jedna gorsza od drugiej. Wychodzę z tego salonu i chce mi się płakać, ale nie ma czasu płakać, bo trzeba obrączki, salę, kwiaty, tort, wódkę, muzykę, zaproszenia i kościół.

Z sukienką wyłam już prawie, już miałam moment, że myślałam, dobra, gorset i pas, aż nie polazłam do salonu we Wrocławiu, co mnie wzięła siostra. Dziewucha w salonie od ucha do ucha. Mówię jej lubię to i to, nie lubię tego i tego, w tej sukience podoba mi się to, w tej nie podoba tamto, a wszystko, co mówię przeczy temu, co powiedziałam, chcę sto tiuli i skromnie chcę jak kopciuch, a ona stoi i słucha, ta dziewucha, i ja już myślę, zaraz będą cekiny i perły latały, a tu się okazuje, że wcale nie, że ona wie. Przynosi mi pięknotkę nagle, wcale nawet nie białą, ja ją zakładam, ona mi daje welon, ja w lustro patrzę, siostra z miejsca płacze, to ta.

Z weselem jest tak, że wszyscy mówią, to wasz dzień. I mówią, to jeden taki dzień w życiu. Jeden jedyny. I mówią, musisz się czuć dobrze w ten dzień, nie słuchaj niczyich rad, rób tak jak ty chcesz. A później te same osoby mówią, no może to i fajnie wygląda, ale na pewno się w tym nie wybawisz. Albo, naprawdę chcesz wydać tyle kasy na jeden dzień? Albo, no nie wiem, trochę to jest dziwne, ja bym tak nie zrobiła na twoim miejscu, ale to jest twój dzień. Z weselem jest tak, że to jest twój dzień, ale to też dzień wszystkich zaproszonych gości. Którzy z miejsca mają oczekiwania. I ty jako gospodarz nie możesz tych oczekiwań zawieść, wykreślając z menu flaki czy usuwając z muzycznej listy kaczuszki.

Z weselem jest tak, że myślisz, chcę girlandy świateł i tysiąc pięćset kwiatów, noc poślubną w najlepszym apartamencie, a do obiadu po jednym skrzypku na stół. Ale zaraz się okazuje, że drogie toto, że to pieniądze w błoto. Z jednej strony chcesz, żeby goście, kiedy wejdą na salę, klękali, każden jeden, z wrażenia, z drugiej myślisz, że może lepiej za tą kasę kupić wakacje czy auto. Trochę chcesz, żeby było jak nigdy wcześniej nie było, a z drugiej strony myślisz, że ci korona z głowy nie spadnie, jak się pobawisz w jedzie pociąg z daleka. Kuszą cię te obrazy serwowane w filmach od zawsze, że wesele na łące, pod krawatem zające, psy z kokardami, patery z homarami. Wianki we włosach, młoda panna piękna i bosa, tort dla każdego jak dzieło sztuki, ze wszystkich stron zachwytu pomruki.

Będzie jednak, choćbyś nie wiem jak chciała – koleżanko mała – sala w pomarańcz cała, toporne obrusy aż do podłogi i zero z twej pięknej ideologii. Tak sto lat było i będzie sto lat, taka tradycja, hejże hola, gorzko, gorzko, swojsko i przaśnie. Taka Polska właśnie.

985f42161d19404e88e27809a33136df_830x830

924

Ten numer za mną chodzi wszędzie. Tak się mówi, prawda? Chodzi za mną. Chodzi za mną rosół. Chodzi za mną kotlet mielony z ziemniakami. Chodzi za mną pies. I ten numer za mną chodzi, 924. Tak się mówi, choć się to mówi w różnych kontekstach i znaczeniach. 924 to końcówka numeru telefonu do mojego rodzinnego domu. Widzę go wszędzie i ciągle. Na rejestracjach aut, jako kombinację cen w sklepach. Widzę go na zegarku, widzę w rozkładzie autobusów. I za każdym razem jak go widzę, myślę, muszę zadzwonić do domu. Myślę, czy u starych gra. Do siory piszę, gra u starych wszystko? Jak mam katar i zobaczę, że jest 9:24 to myślę o domu i o tym, że mama leciała z syropem całe dzieciństwo moje, całą młodość, a dzisiaj Tomek każe mi inhalacje robić z oregano czy eukaliptusa i mniej mnie przy tym od mamy głaszcze. Jak jest 21.24 to myślę, ciekawe co robią teraz. A jak jest 8:24 to myślę, u nich teraz 9.

Na emigracji dużo się tęskni i martwi się dużo. Tęsknocie wyznacza się termin, że na przykład następne pół roku nie będziemy się widzieć i będziemy tę tęsknotę, żeby nie zwariować, dawkować, będziemy ją jak kroplówkę, powolutku, przelewać do żył, żeby była, żeby żyła, ale żeby od niej nie umrzeć. Zmartwień tak łatwo się nie zagłusza. A jak siora dzwoni bez wcześniejszego uprzedzenia to mi te zmartwienia wszystkie podchodzą do gardła, bo przecież nie przepłynę mórz, nie pokonam gór. I za każdym razem jak widzę 924 to martwię się i tęsknię. A widzę coraz częściej, bo i zaczęłam szukać. A i teraz mi się termin tej tęsknoty kończy, mogę już tęsknotę uwolnić, bo po 11 miesiącach jadę jutro do domu i niby coś robię w kuchni, a zapominam, co robię, niby napiszę na kartce, muszę wziąć to i to, nie zapomnieć muszę o tym, a już bym chciała te wody i góry pokonać, te lasy i noce, jak w znanej piosence disco polo o miłości, żeby ciebie spotkać w małym kątku świata, żeby z tobą zostać na calutkie lata.

A jutro o tej porze będę już jechać autobusem z lotniska, godzinę trzydzieści do miasta, a stamtąd będę tramwajem jechać dalej i dalej, i będę Tomka ściskać, to było, a tego nie było, i zimno nam będzie pewnie jak nie wiem, będę mówić, Tomek, ja muszę czapkę cieplejszą i do księgarni bym chciała, i będę popiskiwać w tramwaju, a wszyscy będą rozumieli, co mówię i nie będę mogła mówić, co mi ślina na język przecież, a jak pójdę do Żabki po wodę to powiem pani coś w stylu, bardzo serdecznie dziękuję, tak, poproszę siateczkę, świetnie, nie ma problemu, że to pięć groszy, 2.30zł wyszło, dobrze, już daję pieniążki, i powiem, patrz, jaka lekka ta złotówka, Tomek, a pani będzie myślała, że ja wariatka jakaś, a ja jej jeszcze powiem na do widzenia, do widzenia, miłego dnia, wesołych świąt, bo będę chciała być miła i dobra, bo tęskniłam za Żabką i panią z Żabki, za Staropolanką i zdrobnieniami typu siateczka czy pieniążki. I mi się gęba nie zamknie pół dnia, za czym to nie tęskniłam, jak to tej tęsknoty nie uśpiłam. A później spotkamy się ze znajomymi i trochę się przytulimy, ale będzie od razu tak jakbyśmy widzieli się w zeszłym tygodniu, tylko że oni zasugerują dokąd pójść, dokąd się teraz chodzi, i będziemy siedzieć w jakimś ekstra miejscu, wszyscy w swetrach i grubych skarpetach, ja krzyknę, że chcę piwo, bo cały czas będę raczej krzyczeć niż mówić, bo tak tęskniłam długo i bardzo, i się ta tęsknota teraz ulatnia, wypływa falami, zamienia  w ekscytację i buzuje, buzuje, a Tomek mi powie, miałaś nie pić piwa, a ja przewrócę oczami, że z Tomka to jest naprawdę cham, nawet na wakacjach, i on po tej minie pozna, że palnął głupstwo i mi to piwo przyniesie, a ja je będę pić z wyrzutem sumienia, z dodatkową goryczą zupełnie gratis, a wszyscy będą gadać, jeden przez drugiego, i będą gadać o wszystkim i niczym, i się będą denerwować, że tak gadamy o wszystkim i niczym, w czasach kiedy nad wszystkim stoi znak zapytania, czy ty aby nie marnujesz właśnie czasu, a ja powiem na głos, że przecież wszystko marność, i najwięcej durnowactw powiem, a wszyscy się będą śmiać, że ja taka zabawna, tylko Tomek powie, dobra, Gośka, a na koniec wieczoru wszystko zwalę na alkohol, emocje i wakacje. A później spotkam się z siorą i ona będzie ryczeć jak mnie zobaczy, a ja jej powiem, a co ty, durna, ryczysz, i pojedziemy do niej, i będziemy siedzieć ze szwagrem przy stole, i będę się czuła tak swojsko i domowo, a z matką pogadam w tym czasie 924 razy już i ją spotkam dzień później. I będzie tak, że przyjadę do rodzinnego domu, że matka się popłacze, a ojciec nie, a w kuchni Giewont będzie z krokietów, w lodówce milion będzie kiełbas, cała będzie w lodówce Polska z ogórkami kiszonymi i kefirem. Ja będę chodzić od pokoju do pokoju, patrzeć będę co się zmieniło przez ten prawie rok, będę to wskazywać palcem, a oni tłumaczyć mi będą te zmiany, opowiadać. I będę szczęśliwa, i spokojna. Będę oglądać telewizję, będzie w domu rumor i wrzask, i wszyscy będą się z tego cieszyć, że tyle nas, że wszyscy razem, że ten wrzask i rumor.

A w moim domu północnoirlandzkim zostanie pies. Czarno-biały puchacz o smutnych oczach, który już teraz siedzi zgaszony, bo doskonale wie, co znaczy walizka w przedpokoju. I ja będę za tym diabłem tęsknić jak szalona, więc jak szalona miętoszę mu futro jakby na zapas, zamykam oczy i koduję w głowie puchatość jego i ciepło, i mu mówię, Bon, to tylko 14 dni, a dla niego 14 dni to abstrakcja przecież, a w książkach piszą, że 14 dni to dla psa jak trzy miechy, boziu, ale myślę sobie, jak wylądujemy w Belfaście z powrotem za tych dni 14, będę Tomkowi w ucho piszczeć, jedź! I tyle będzie radości jak wrócimy.

wp_20160210_015

duma i uprzedzenie

Jeśli mi Tomek powie, zaczynałem, biegając 18 minut, teraz biegam 45, biegam szybciej i mniej się męczę, ok, bolą mnie trochę nogi, ale to jest dobry ból, to jest ból zasłużony, co mi przypomina jaki jestem dobry. Więc jeśli mi tak powie, to ja mu powiem, wow, Tomek, zajebiście fajnie, jestem z ciebie dumna i lekko zazdrosna. Tylko, że Tomek nie biega. To ja biegam. Najpierw 18 biegałam, dziś pierwszy raz 45. I byłam dumna, tak. Jakieś pięć minut. Bo zaraz pomyślałam sobie, co z tego, że biegniesz 45 minut, jak masz dziesięć kilo do zrzucenia. Jeśli Tomek jest w pracy długo, a ja mam wolne, a na przykład mamy jakąś małą rocznicę czegoś to ja zrobię obiad, że wszystkie kolory, zdrowie i witaminy, do tego dobre wino, świeczka tu i tam, pomyte podłogi. Jeśli mam zjeść kolację sama, zjem nad zlewem chleb z serem. Jeśli mam kupić siostrze prezent czy przyjaciółce, to nie myślę ani przez chwilę, że może przepłacam za dżinsy albo że ten sweter taniej byłoby na allegro. Dla siebie ostatnie dżinsy kupiłam na studiach (a jestem po studiach już siedem lat), ostatni sweter w lumpeksie (ma na rękawie plamę z dżemu). A jak ktoś mówi, kąpiel w bąblach żem se strzelił, to myślę w mig, i fajnie, i zasługujesz na takie luksusy. Ale sama sobie nie zrobię. Nie ma czasu na relaks, powiem sobie. Jak ktoś idzie do kosmetyczki czy na masaż, myślę sobie, wszystko dla ludzi. Ale nie dla mnie. Jak mi mówi koleżanka zrobiłam certyfikat z matematyki i liczb, to myślę o niej, jest świetna, gdybym tylko była jak ona. A nie pamiętam, że robię certyfikat z angielskiego właśnie, że właśnie zapisałam się na wolontariat, że chodzę na lekcje śpiewu. Gdyby ta koleżanka powiedziała mi, chodzę na lekcje śpiewu, pomyślałabym sobie, Boże, jaka jesteś wspaniała. Ale nie myślę tego o sobie. Ona chodzi do tego na jogę, na zumbę, na rurkę, biega do tego godzinami, półmaraton strzeliła, jest taka zorganizowana, taka zdecydowana jest, w tylu była miejscach, jest odważna i zna języki. I całkiem zapominam, że też trochę pojeździłam, że pięć lat temu umiałam po angielsku tylko kiss, love, fuck i no. Zapominam, że też chodziłam na zumbę, na pilates chodziłam, spinning i basen. Że jestem świetnie zorganizowana i że maraton mogę pacnąć, jeśli utrzymam to bieganie moje. Ta koleżanka pisze mi raz, jestem nudna, nic nie umiem, nic nie wiem. A ja mówię jej, jesteś wspaniała, jesteś ładna i mądra, ciekawa i zabawna, i jak z tobą siedzę to ani przez minutę się nie nudzę. Ale nie powiem tego o sobie. O sobie powiem, jestem najbrzydsza ze wszystkich dziewczyn w pomieszczeniu, najgorzej ubrana, nie mam w ogóle stylu  i mam najgorsze włosy. Nie umiem zrobić sobie makijażu, z paznokciami zawsze powyjeżdżam, mam największe stopy. Ta koleżanka mi się zaśmieje w twarz, że tak o sobie myślę, ona w ogóle tego we mnie nie widzi. A jak siedzę z kimś na kawie, kogo nie widziałam długo albo dopiero poznałam od razu tej osobie zazdroszczę, jeśli mi powie, robię to i to, udzielam się tu i tam, planuję jeszcze tamto i siamto. I myślę o tej osobie, na bank nie ma kompleksów, jakie może mieć kompleksy, wszystko jej się udaje, wygląda na taką, której nie sprawiłoby problemu upieczenie czteropiętrowego tortu. Nie to co ja. Jeśli ktoś przyjdzie do mnie z problemem, wypłacze mi go w rękaw, ja mu z miejsca powiem, jak żyć. Ja mu pokażę jego życia dobre strony, pokażę, co wypadałoby zmienić i nad czym popracować. I dam mu receptę na sukces. I w ogóle nie pomyślę, że jego problem jest nie do przejścia, że jak on może przez to nie spać, przecież to rachu ciachu, tu zmienić, tam zmienić, i po kłopocie. Ale jak ja mam kłopot to leżę na łóżku pośród mokrego prania i nagrywam koleżance na whatsapie, jest mi dzisiaj tak niewymownie źle, że nie wiesz, że nawet ci nie umiem opowiedzieć, jak jest mi źle. O ludzie święci. A mi jest źle głównie dlatego, że nie mam dobrej pracy i że te dziesięć kilo. I to nie jest do przejścia niestety. Chociaż, gdyby ten problem miała koleżanka to bym jej powiedziała, biegaj, jak biegasz, kochana, szukaj pracy, nie masz wyjścia, ślij cv, znajdziesz, znajdziesz, bo nie przestaniesz szukać, choćby to trwało i trwało. Jesteś ładna, dobra i utalentowana. Poradzisz sobie. Co innego ja.

1006013_496510053763586_606725200_n

„Kołonotatnik z Bohaterem” Małgorzata Halber

 

chemia

Zawsze chciałam mieć chłopaka. Całe liceum przepłakałam, że nie mam. Płakałam w ukryciu, na głos mówiąc, że wcale chłopaka nie chcę, że wszystkich, którzy chcą ze mną chodzić, celowo odtrącam, bo wiem czego chcę od życia i to na pewno nie jest chłopak, na pewno nie teraz. A tak serio to nikt nie chciał ze mną chodzić, ani w internecie, ani w realu. W internecie jakiś chłopak zapytał się mnie jakie są twoje wymiary i ja wtedy skłamałam, że 95 na 65 na 95, a nigdy tak nie wyglądałam, nigdy, nigdy, a ten chłopak zrobił wtedy na gadu-gadu takie przeciągłe mmmm i mnie poprosił o zdjęcie, a ja mu powiedziałam, że mam teraz niestety tylko zdjęcie twarzy i nie mam też możliwości zrobić sobie zdjęcia całej sylwetki, bo po prostu nie mam takiej możliwości i on mówi, to wyślij tą twarz, ja ją wysłałam i on powiedział, spoko, taka nimfetka, a ja chuja wiedziałam, co to znaczy, i powiedziałam, dzięki, a serce pękało mi i pękało, bo wiedziałam, że ten chłopak nigdy nie pokocha mojego wnętrza, szczególnie jak się dowie ile naprawdę ważę. Z tymi miłościami było tak, że ja kochałam na śmierć i życie, i to kochałam już po pierwszej rozmowie, po pierwszych kilku słowach, wiedziałam, że to ten. I mi to serce całą młodość palpitowało. Pamiętam jak siedziałam u siostry w pokoju i płakałam łzami grubymi jak grochy, mówiąc, że nigdy nie będę miała chłopaka, że po prostu to czuję, że gdzieś np. jak sobie wyobrażam swoją przyszłość to nie widzę tego chłopaka, to widzę, że siedzę sama w szarym pokoju z szarą buzią i szarymi włosami. I moja siostra mówiła, ty głupia, zobaczysz, że znajdziesz, a ja myślałam tylko jaka głupia jest ona skoro w to wierzy. A ta potrzeba posiadania chłopaka siedziała we mnie zawsze i zawsze mnie paraliżowała. Robiłam różne rzeczy, ale gdzieś majaczyło mi, że skoro nie masz chłopaka to znaczy, że nikt cię nie kocha, że nie jesteś warta miłości, że może jesteś fajna i interesująca, i masz poczucie humoru, ale nikt cię nie kocha, to co masz to za mało, coś z tobą nie tak, Gosia. Bo tu nie chodziło, żebym z tym chłopakiem za rękę gdzieś szła, tu chodziło, żebym ja uwierzyła, że mnie się kochać da. A nie wierzyłam całą młodość. Chmurną, durną. Aż kiedyś – co widziałam w filmie – taka dziewczyna bała się zakochać, bo miała jakieś ciężkie miłosne przeżycia i rzuciła na siebie zaklęcie, że następny chłopak, którego pokocha, będzie miał jedno oko niebieskie, jedno zielone, będzie miał jeszcze inne rzeczy – już nie pamiętam – co się w ogóle nie zdarzają, i to zaklęcie ma ją uchronić od miłości na wieki. I ja pamiętam jak leżę na kanapie i gadam podobnie, że ok, chciałabym, żeby mój chłopak miał na imię, powiedzmy Bartek i żeby był chemikiem albo fizykiem, żeby robił coś, czego ja nie umiem robić i czego w ogóle nie rozumiem. I jeszcze jakieś rzeczy wymyślałam, i długo pielęgnowałam w sobie to marzenie o chłopaku, co podobno nie istnieje, a później całkiem o nim zapomniałam. A później się z Bartkiem poznaliśmy (Tomek to od nazwiska) i on mi powiedział, że jest po biotechnologii, że ta chemia coś, że buchające w słoikach pary, i ja pomyślałam sobie, najsłodszy Jezu, to on. Ale długo nie mówiłam tego na głos. Nawet przed sobą. A jak się koleżanki pytały to raczej odpowiadałam, nie wiem, spoko chłopak, ale nie wiążę z tym wielkich planów, zobaczymy. A wcześniej zawsze było tak, że jak się pytały to ja mówiłam z miejsca, to on, czuję to. A później serce na pół. Gdyby mi ktoś obiecał np., że na bank, na bank spotkasz chłopaka, będziesz przed trzydziestką wtedy, do trzydziestki masz czas, rób rzeczy, pisz książki, śpiewaj na scenie, jakaś wróżka sprawdzona gdyby mi to powiedziała, to moje życie byłoby łatwiejsze, teraz bym miała parę nagród literackich na kominie, a tak mam na kominie zapachowe świece i kartki pocztowe. Gdyby mi wróżka powiedziała toto, to czytałabym przed spaniem książki, jedną po drugiej, wszystko bym miała przeczytane, a tak przepłakałam większość czasu na książki, przedrżałam pod kołdrą z przerażenia, zmarnowałam czas z koleżankami, trując im dupę, że jestem taka strasznie sama lub słuchając o tej ich samotności, co teraz one ślą mi zdjęcia dzieci swoich albo zaręczynowych pierścionków. A jeszcze mi Tomek ostatnio mówi, jak się przeprowadzimy do Szwajcarii to nie będziesz musiała pracować, tylko będziesz sobie pisać i kołysać dzieci, a ja mówię mu, nie może tak być, że nie pracuję, bo jak wyjdzie kiedyś, że się rozstaniemy to ja zostanę na lodzie bez pieniądza, a on mówi do mnie, jak się kiedyś rozstaniemy to tylko, jak ty mnie zostawisz, bo ja cię nigdy nie zostawię, Gośka. A mi serce skacze z radości wtedy. Ja to trochę po to gadam. Z tym niby zrywaniem. Tak czy owak, pakujemy się w brykę zaraz i szast prast jedziemy do Belfastu po obrączki. Zajączki.

14976065_10157643215485623_1208089331_o

women’s aid

Będę robić wolontariat w Women’s Aid niedługo. Kilka dni temu zrobiłam wstępny, 16-godzinny trening w tejże organizacji, co się – w skrócie – zajmuje pomaganiem kobietom, które są lub były ofiarami przemocy. Razem ze mną osiem było innych pań, które ten trening. I nam powiedziano na wejściu, tu jest numer na infolinię, gdybyście chciały z kimś porozmawiać po tym, co dziś usłyszycie i zobaczycie. Ja sobie z miejsca pomyślałam, Jezus.

Jakoś tak naiwnie wierzyłam, że przemoc domowa, o której będzie, będzie raczej z serii, że mąż prycha na żonę, że ta jest gruba i zaniedbana. I wcale nie umniejszam skali tego okropieństwa, choć i wydaje mi się łatwiejszym taką żonę postawić na nogi i dodać jej otuchy. Nic z tego. Było o przypadkach dużo drastyczniejszych. I – czego się nie spodziewałam – były filmy! Filmy były dwa, ale tak brutalne, że tuż po obejrzeniu zupełnie przestałam koncentrować się na ich analizie, a skoncentrowałam się na analizie mojego ciała, które ciało całe drżało i całe się pociło, i które dostało wyraźnych torsji. I myślałam tylko, wyjdę do toalety i zwymiotuję, później się rozpłaczę, a na koniec umyję zimną wodą. Takie były potrzeby mojego ciała, których wysłuchać nie mogłam, bo zaraz panie powiedziały, dobrze, teraz zobaczmy drugi film, i poleciał drugi, i chciałam zamknąć oczy, ale nie zamknęłam, tylko patrzyłam jak pan bije panią i zrobiło mi się niewymownie źle. Historii było tysiąc. Panie mówiły je ciepłym, miłym głosem, jedna na drugą spoglądając, przechylając na bok głowy, wspominając. Tak, pamiętam tą dziewczynę, młoda, śliczna dziewczyna, tak się cieszyła na ten ślub, na dzieci, bardzo długo pracowałyśmy nad jej przypadkiem, bo facet był sprytny i inteligentny, i tak ją czarował ciągle, tak, pamiętam ten dzień, jak zdecydowała się odejść z dziećmi, jaka była spokojna i opanowana, jaka była zdeterminowana wtedy, szkoda, szkoda, że on wrócił wcześniej do domu i się zorientował, co jest grane. Najpierw zabił dzieci, później ją, tak, pamiętam ten przypadek. A myśmy siedziały, dziewięć chętnych do pracy w pomaganiu i odczarowywaniu rzeczywistości, i każdej z nas zastygały od tych historii twarze. W bezruchu. W jednym tylko grymasie niedowierzania. Szesnaście godzin. Tak, pamiętam jak w noc poślubną, on kazał się jej rozebrać, i ona pomyślała, że to taka gra wstępna i że się rozbierze, szczególnie, że wesele mieli jak z bajki, wszystko było, jak chciała, były baldachimy i lampiony, czekoladowa fontanna i misie dla gości, rozbierze się i zatańczy przed swoim najlepszym na świecie mężem, i zaczęła się rozbierać, a on siedział na łóżku, nie mówiąc słowa, i zaczęło ją to trochę peszyć i niepokoić, ale rozbierała się dalej i dalej, a on nawet się nie uśmiechnął, a kiedy stała przed nim naga, on podszedł do niej i pstryknął ją w brzuch, pytając, czy nie jest ci wstyd tak wyglądać przed swoim mężem? A później nagą ją zamknął na balkonie, by przez noc zastanowiła się nad tym. I to była tylko jedna noc, po długich i pięknych miesiącach narzeczeństwa, jedna noc, żeby ją złamać na resztę życia, a reszta życia wyglądała tylko gorzej gorzej. I to się większości wydaje, że patologia, trudne dzieciństwo, biedne dzielnice. A prawda jest, że te kobiety mają swoje firmy, na co dzień chodzą w pięknie skrojonych garsonkach, w modnych butach i fryzurach. Albo mają lat czterdzieści pięć i od piętnastu lat są bite, ale w sumie naprawdę sobie na to bicie zasłużyły, złoszcząc tych spracowanych i zestresowanych mężczyzn. Albo mają lat dwadzieścia dwa i dwójkę mają dzieci, i nikogo więcej, żeby prosić o pomoc, a mąż pije i bije. To się dzieje wszędzie. To się dzieje. Tych historii było tysiąc. Było też o traumie i pamięci, i o tym, co dzieje się z pamięcią podczas doświadczania przeżyć traumatycznych. Było o dziewczynie, którą zmasakrował chłopak, a fragment tej masakry został uwieczniony na miejskich kamerach, w które ktoś akurat patrzył i – szczęśliwie – wezwał policję. Chłopak zwiał, zostawiając tą dziewczynę nieprzytomną. Kiedy w szpitalu doszła już do siebie, poproszono ją, by opowiedziała co się stało. I ona opowiadała o tym słowami, najpierw mnie klepnął, później mnie popchnął. Podczas gdy kamera pokazuje solidną masakrę na pięści, pokazuje krew i utratę przytomności z bólu. A ona mówi, klepnął i popchnął. A mówi tak dlatego, że w sytuacji zagrożenia jej mózg przechodzi w stan ‘zrób wszystko, żeby przeżyć’ i w stan ‘nie jest tak źle, jest dobrze’, który minimalizuje wydarzenie traumatyczne, żeby dało się je znieść. Boże. Mnie się wydawało, że przemoc domowa to jest jak mąż się śmieje z żony, jak nią gardzi, również publicznie. I tak jest, i to jest ohydne. Ale przemoc domowa to przede wszystkim przemoc fizyczna, to wykalkulowane uderzenia tępym przedmiotem, żeby bolało, ale żeby nie było śladów. A nawet jeśli ślady są – przemoc domowa to nie przestępstwo, dowiedziałam się. Jeśli kobieta przychodzi zgłosić pobicie, a pobił ją mąż to to jest ich sprawa. Gdyby ją pobił obcy człowiek na ulicy to ten człowiek dostałby karę. Mąż nie. Chyba że zgwałcił. Gwałt jest przestępstwem. Ale pobicie żony przez męża to jest prywatna sprawa żony i męża. Są organizacje pomocowe, można się tam zgłosić. Ale policja ma związane ręce. Z tego tysiąca historii, które usłyszałam, usłyszałam może ze trzy razy, że mąż czy partner poniósł konsekwencje. Ale wtedy chodziło już o morderstwo. Czy też nieumyślne spowodowanie śmierci. I wierzę, że nieumyślne. Bo mąż czy partner nie chce zabić. Tylko bić.

wp_20161025_001

diety

Myślę sobie, dobra, od dzisiaj zaczynam, pyk, pyk, pyk, na śniadanie owoce z jogurtem zjem, na drugie śniadanie banan, na lunch zjem marchewkę z jabłkiem i jakoś to sobie będzie szło, będę się zajmować innymi rzeczami, będę więcej czytać, więcej pisać będę, wszystkiego będę więcej robić, biegać i ćwiczyć, a jedynie mniej będę jeść. I będę jeść zdrowo. Będę jeść bez mąki i mleka. Bez smażenia będę jeść. Więcej surowych warzyw, owoce to tylko do południa, wiadomo. W ogóle już nigdy, nigdy nie zjem czekolady, ludzie żyją bez czekolady, dobrze wiem, że słodycze i przekąski najmocniej mi szkodą, i mąka w chlebie czy pierogach, więc bez chleba i pierogów będzie, zresztą nie wiem, jak pierogi zrobić nawet, ja Polka, wstyd, ale to dobrze, to fajnie, to mi nie pójdzie w dupę. Będę wody pić więcej, woda, wiadomo, dwa litry minimum, zapycha, nawadnia, oszukuje, super. Będę biegać trzy razy w tygodniu, trzy razy w tygodniu Chodakowską będę robić, będę sobie robić wolne od ćwiczeń soboty, wszystko będzie dobrze, mamy koniec października, pod koniec listopada chcę, żeby było cztery kilo mniej. No, trzy kilo, niech mam. Już sobie zaprowadzam kalendarz, odwracam strony, starając się nie zauważać tych zapisanych od pierwszego stycznia, gdzie dieta za dietą, gdzie kilogramów miało pójść sto pięćdziesiąt, a poszły dwa, przyszły trzy, poszły cztery, przyszło siedem, tym razem będzie inaczej, choćby się zesrało, choćby nie wiem co, padać i wstawać, padać i wstawać, padać i wstawać, i wstać, jak to śpiewał Kaczmarski. Wracam na chwilę do kwietnia, maja i czerwca, gdzie mi tych kilogramów poszło sześć i pół, mam z tego wydarzenia zdjęcia, mam z tego czasu wspomnienia, że czuję się fajnie i dobrze, i myślę sobie, gdybym to kontynuowała to bym już miała, com mieć chciała. Ale nie mam. Myślę sobie, spoko, Gosia, jesteś fajna dziewczyna, dasz sobie radę, po prostu nie jedz tych słodyczy, jak ci się pojawi słodycz w głowie to się napij wody, pyk, cyk, dziesięć pajaców zrób czy co, albo trzy razy pomyśl, czy faktycznie warto toto, albo na przykład wyobraź sobie, że właśnie zjadłaś baton i poczuj się tak chujowo jak się czujesz po zjedzeniu batona na diecie, gdzie żeś się trzymała siedem dni i wszystko trafił szlag. Wszystko będzie dobrze, Gosia, masz do wesela osiem miesięcy, osiem miesięcy to na pewno dziesięć kilo. Tych dziesięć kilo, które obiecujesz sobie zrzucić już przeszło dziesięć lat, teraz na bank, na bank, na sto, choćby nie wiem co. Pyk, cyk, cyk, powolutku, pomału, biegając trzy razy w tygodniu i jedząc daktyle zamiast czekolady. Będzie dobrze, będzie super, pooglądaj sobie, Gosia, metamorfozy Chodakowskiej, jakie dziewczyny czego nie pozrzucały, to i ty nie zrzucisz, proszę cię, to jest ledwie dziesięć kilo, nie pięćdziesiąt, będzie super, będzie git, biegnij, biegnij, cyk, pyk, pyk. W ogóle nie stawaj na wadze nic, rosną ci mięśnie, stare dżinsy idą do kosza, noga się ładnie umięśnia, wszystko się robi ekstra, wszystko będzie super, daktyle, daktyle i tyle. Myśl o tej sukience, jaka ma być gładka na brzuchu, jak ma być lekko mięśniem zarysowane ramię i jakie nogi mają być zgrabne pod tym białym kloszem, myśl jak będzie fajnie być w bieliźnie, gdzie majtki pasują do stanika i nic się z nich nie wymyka, pyk, cyk, cyk, przysiad, pajacyk, przysiad, pajacyk. Tym razem, Gosiu kochana, będziesz się trzymać do upadłego, nic nie zjesz słodkiego i nic mącznego. I za kilka miesięcy, za miesiąc, dwa powiesz sobie do lustra, ta da! I już za miesiąc, dwa, będziesz się czuła jak królowa, nie będzie to koniec drogi, co przed tobą, ale uczynisz tę drogę bardziej kolorową. Tymczasem dwa litry wody pij, kurczaki żryj i ogóry. I głowa do góry. I w ogóle nie myśl, że to może zwariowane i chore tak patrzeć do lustra od dwudziestu lat i przed lustrem płakać. Tak się dzieje wszędzie na świecie. Każda dziewczyna to ma. Mała i duża. Że się patrzy na siebie i sobie mówi, tego nie kocham, tego nie lubię, tego nie szanuję. I całe życie w kalendarzach tortury i diety planuje.

wp_20160325_002

 

nauki przedmałżeńskie

Wstaliśmy o siódmej, wyjechaliśmy o ósmej, zajeżdżając na dziewiątą, by się dowiedzieć, że kurs zaczyna się o dziesiątej, a o dziesiątej sprostowano, że jednak za kwadrans jedenasta się zaczyna. I się ciągnie do  osiemnastej. Było trzech księży, pani była doktor z przychodni i pani psychoterapeutka. Była pani, co ugotowała ziemniaków, kapust i porobiła mielone. Sernik i murzynek był.  Po polsku było w Belfaście.

Pytam się Tomka, coś się dowiedział z tych nauk, coś wyniósł. On mi streszcza, że małżeństwo to droga, droga dwojga do Boga. Że jak się już przed Bogiem obieca na złe i na dobre, to później nie ma zmiłuj. W chorobie i w zdrowiu, w pogotowiu. Wiadomo. Było o dzieciach, że im trzeba tę drogę do Boga wskazać, tą drogą prowadzić. I ja czerwieniałam, przyznam, od naiwności tych zwrotów, bo sobie nie wyobrażam, przepraszam, że my z Tomkiem klęczymy u stóp łóżka, a koło nas klęczy Mikołaj, Krystian, Marcel i Jadzia i wszyscy razem mówimy pacierz, a później ja im robię na czole znak krzyża. A później mi Tomek tłumaczy, że to nie o to chodzi, że to chodzi o to, by te dzieci na dobrych ludzi chować. Żeby im w głowie nie były kradzieże i mordy, żeby im od maleńkości wpoić. I ok, i ma to sens. Ale później myślę sobie o tych wszystkich młodych mamach w kościołach, co idą ze swoimi maluchami, i tylko mówią do nich szeptem, który się odbija echem i dudni, ‘przestań’, ‘co ja powiedziałam?’, ‘ile mam ci mówić’, i trwa to 45 minut, i ani mama, ani syn nie wychodzą uduchowieni, i nie wiem, kto i czego się uczy w te niedziele. I bardzo wielu rzeczy jeszcze nie wiem.

Po księżach przyszła pani doktor, by opowiadać o płodnych dniach i niepłodnych, jajeczkowaniu, temperaturach ciała, o antykoncepcji, karmieniu piersią, depresji poporodowej i współżyciu, i wszystko to było szalenie ciekawe, były quizy i masa błędnych odpowiedzi, i szeroko otwarte oczy i buzie, że serio?, wow!

Ale gwoździem programu była pani psychoterapeutka. W planie był niemal dwugodzinny wykład ‘o różnicach płci i komunikacji w małżeństwie’. W praniu wyszło zgoła inaczej. Zgoła! Pani psychoterapeutka opowiadała bowiem o swoich sztuczkach sypialnianych i o tym, jak to manipuluje mężem, by robił, co ona chce, by robił, lecz by on sam nie wiedział, że to robi dla niej. Taka spryciula. Ale od początku: babka pod czterdziestkę, zadbana, fajna, pomyślałam, jak weszła, tak będę wyglądać za dziesięć lat. Czerwone okulary, koszulka z dużym dekoltem, płaszcz we wszystkich kolorach świata, korale o kamieniach jak pięść. Kilka słów przywitania, kilka słów o sobie, a każde niebywałe, każde, co to nie ja, ale myślę sobie jeszcze wtedy, pewna siebie babka, fajnie. Zanim zaczęła uprzedziła, że ma specyficzne poczucie humoru. A później zaczęła. Słuchajcie, wiecie jakie są różnice w zachowaniach kobiet i mężczyzn. Jeśli kobieta ma problem, zechce go przegadać z jedną koleżanką, z drugą, z mamą, ciocią, a dopiero później z mężem. Jeśli mężczyzna ma problem, pójdzie do garażu i będzie tam walił w coś młotkiem, nie wiem, czy rozwalał, czy budował, ale słowa nie powie. Tacy już jesteśmy, tak to już jest. Ja najczęściej rozwiązuję problemy w sypialni. Czasami lubimy się z mężem pokłócić, bo wiemy jak świetnie się wtedy będziemy godzić, jeśli wiecie co mam na myśli, wiecie? Pani psychoterapeutka sprytnie przeskoczyła z tematu ogólnego w temat szczególny jakim jest ona. Ona, której niczego nie brakuje(tu: zaznaczyła ręką obszar z okolicy jej kolan po czubek głowy), ona, która uwielbia telewizor w sypialni, choć wszyscy sądzą, że to źle, sądzi tak nawet ksiądz, co na którymś kazaniu mówił, że telewizor w sypialni to nic dobrego, ale ten ksiądz chyba nie wie, do czego taki telewizor w sypialni służy. A wy wiecie? Ona, która zarabia 80 funtów na godzinę, pomagając tym, którzy się pogubili, i ona, która się z tych pogubionych śmieje, przytaczając na forum ich problemy. Profesjonalistka o siedmiu fakultetach, która uparcie i głośno mówi wziąść i wyłańczać. Która mówi, musicie się ze mną spotkać jeszcze, każda para na trzydzieści minut, na tym spotkaniu będziecie mogli ze mną zrobić prawie wszystko. Jeśli wiecie, co mam na myśli. Wiecie? Ona, rozerotyzowana do znudzenia kokietka, której kokieteria robi się natrętna i niesmaczna. Taka baba, która – na pewno znacie to uczucie – sprawia, że czujecie się zażenowani i niespokojni, chociaż to nie wy robicie z siebie pajaca. Ona, która sama się gubi w swoich mądrościach i sama sobie zaprzecza, która nie potrafi rozmawiać, bo rozmowa to słuchanie, a ona nie ma czasu słuchać, skoro jest taka wspaniała i seksowna, i mądra, i to jej się słuchać powinno. Wreszcie ona, która przytaczała wyświechtane żarty o teściowej, nazywając ją ironicznie mamusią, kto w ogóle śmieje się jeszcze z takich żartów? Więc żartuje, że nie mogłaby mieszkać z teściową nigdy, bo lubi sobie w nocy pokrzyczeć. Jeśli wiecie, co chce przez to powiedzieć. Wiecie? Czy nie wiecie? Nauki przedmałżeńskie. Ja pierdolę.

wp_20161016_010

wp_20161016_008

 

koleżanki

Mam kilka koleżanek i jak jedna mi pisze, siedzę sobie z książką przed domem, jest słońce, koty latają dookoła, kwiatki sobie rosną, książka super, chcę ją dzisiaj skończyć, a wieczorem posiedzieć trochę nad innymi książkami, bo zaczynam zaraz kurs dla prawdziwych i zdeterminowanych kobiet, które chcą w życiu więcej. Jak jedna mi pisze tak, myślę o niej, ta to ma. Ta to ma raj, myślę. Koty sobie tam u niej latają, siedzi sobie jak królowa bez zera zmartwień i sobie czyta, zaśmiewając się pewnie lub bulwersując, pijąc kawę lub owocowe koktajle. Gdybym tak mogła sobie siedzieć z książką, że mnie nie martwi nic, nie goni, że mam od wszystkiego wolne, od tych złych myśli i smutnych. A jak ona to mówi, ja siedzę pośród papierzysk, na których popisałam sobie, co trzeba zrobić, co osiągnąć, gdzie braki nadrobić, a od tych papierów raz po raz kręcę głową, sto razy wstaję od stołu i sto razy do stołu wracam, bo mnie coś ciągnie i każe, i karze. A później gadam z drugą koleżanką, ona mi mówi, latam właśnie po mieście, chcę kupić sobie torbę skórzaną, jakie tu są piękne torby skórzane i tanie, później idę na kawę z koleżanką, a wieczorem wychodzimy na kolację z przyjaciółmi, będziemy pić drinki i jeść rzeczy, boże jak tu jest ciepło, muszę oprócz torby kupić coś przewiewnego. A kiedy ona to mówi, ja się przedzieram z psem przez mokry krzak, z którego woda pryska mi w twarz, a w tej wodzie jest też robak, mam przemoczone buty, a pies cały z błota. A innym razem z inną gadam, a ona mówi, wieczorem idę z dziewczynami na chlanie, bo mamy babski wieczór i będziemy gadały o kolesiach cały czas i że są durni. Weekend spędzam w Brukseli z kumpelą, będziemy żarły i łaziły po mieście. A kiedy ona to mówi, odsuwam od ust chleb z masłem i serem, bo ta koleżanka od Brukseli jeść potrafi za czterech, ale jej nigdy, nigdy nie idzie w brzuch i boki, ta koleżanka potrafi kupić w maszynie na czipsy czipsy i je jeść, bekając i wzruszając ramionami, podczas gdy ja tyję na sam tylko widok maszyny z czipsami. A później oglądam Gotowe na Wszystko, które widziałam milion razy i zazdroszczę każdej jednej bohaterce (poza Suzan, bo jest głupia), mimo że im trupy wypadają z szaf, myślę jakoś bym z tymi trupami mogła nawet, ale w tych domach pięknych ich, w tych kwiatach ich na ich trawnikach od linijki, w tych pięknych kuchniach, takie obiady jeść o francuskich nazwach, stać z kubkiem kawy i w szlafroku, i wyglądać przy tym jak miss świata, choć udawać, że wcale nie i obgadywać inne osoby. A w międzyczasie pisze mi jedna z tych dziewczyn, jestem taka beznadziejna, całą noc ryczałam jak bóbr, taka jestem beznadziejna. Tobie za to zazdroszczę, Gosia, wszyscy cię lubią, jesteś fajna, masz fajne życie i pewnie nie masz żadnych problemów ani zmartwień, bo jesteś taka fajna i wszyscy cię lubią. A druga mi pisze, pokłóciłam się z chłopakiem, spakowałam walizkę, mam już dość. A trzecia, trzeci dzień układam pasjansa na komputerze, moje życie to dno. I to te same dziewczyny od skórzanych toreb, Brukseli i książek wśród kotów. Bo kto nie ma kłopotów? A później oglądam odcinek serialu do końca, a później wyłączam telewizor, wracam do stołu z papierami, rozglądam się dookoła i myślę, nie mam bibelotów, nie mam słońca, nie mam targu z torbami, maszyny z czipsami i ud jak skały. Ani koleżanek, co by tu żywe przede mną stały. I ze mną się śmiały i ryczały.

 

13654333_10154404228505816_3851137680514806222_n

cierpliwość

Raz

Schylam się, by podnieść coś z ziemi, wstaję, nie podniosłam, schylam się znowu, nie podniosłam, trzeci raz się schylam, ale już mam morderstwo na całej buzi, już jestem wściekła na cały świat, a na przykład mam właśnie wychodzić do kina, już mi się odechciewa wszystkiego, skoro mi na ziemię upadł, dajmy na to tusz, ja się trzy razy musiałam do niego zgiąć.

Dwa

Tomek mówi do mnie, czekaj chwilę, kiedy chcę mu coś pokazać na komputerze, co mnie śmieszy tak, że aż się dławię, cały dzień czekałam, żeby mu pokazać, on mi teraz mówi, czekaj chwilę, ja czekam dziesięć sekund, po dziesięciu sekundach zacznę liczyć do dziesięciu, jeśli ciągle nie znajdzie czasu, koniec, wyłączam wszystko, nie czekam, obrażam się, mówi mi zaraz, no pokaż, ja mówię, na pewno nie.

Trzy

Idziemy do sklepu, ja mam listę rzeczy, staram się te listy układać tak, żeby koło siebie siedziały warzywa, koło siebie chemia, układam te listy, bo panicznie boję się na dłużej zakręcić w sklepie i stracić, broń boże, cztery minuty czy pięć. Wchodzę do sklepu jakbym wchodziła na sportowe zawody albo na zawody z zarządzania czasem i gnam przez półki, na datę patrzę tylko i w koszyk od razu, odwracam się za Tomkiem, on od kwadransa patrzy na mydła. Idę dalej, wzdraga mną jedynie, że on tak zawsze, że będzie jak zwykle, będzie na każdej półce stał. Wracam do niego i mówię, wybierz ser jakiś, ok, ja polecę jeszcze tam i tam. On, ok, kot, patrz, takie mydło, nie?, ekstra super z reklamy, i takie o, nigdy nie słyszałaś o takim, to to samo, wiesz, ja że mhm, wiem, Tomek, raz, raz, pyk, pyk. Daję mu ten do kupienia ser, bo wiem, że będzie tam stał, wąchał, sprawdzał w dłoniach wagę, zamykając oczy, boże. Obleciałam cały sklep, czas mamy wciąż dobry, możemy jeszcze dolecieć na metę i zgarnąć puchar, patrzę za Tomkiem, on się przygląda maszynkom do golenia, od serów go wciąż dzieli kilka alejek. Idę do niego i mówię, stanowczym szeptem, kupiłeś ten ser, czy żeś nawet jeszcze nie był, możemy stąd wyjść już, na co on, patrz, na przykład takie golarki, ta kosztuje milion, ale ma tysiąc funkcji, ta kosztuje pół miliona i ma o pół tych funkcji mniej. Mówię, ja idę po ser, Tomek, i odchodzę, on nie patrząc na mnie, bo wciąż patrząc w opis golarki, bierze mnie za rękę, i mówi, czekaj kot, jesteś zła?, co się stało?, a przecież stał się ten ser i to, że marnujemy czas, nie odzywam się nic, w myślach liczę do dziesięciu, żeby się uspokoić, on mówi, mogę w sumie kupić golarkę przez internet, a nagle wyciąga telefon i robi tym golarkom zdjęcie, jednej, drugiej, z każdej strony, znowu czyta, tym razem z telefonu już, co to tam popisali, ja mu się wyrywam w końcu, bo liczenie do dziesięciu nie przyniosło efektu i zostawiam go z wielkim bluzgiem, idąc w stronę serów. On się opamiętuje w mig, idzie ze mną, choć ma głowę wciąż w stronę golarek. Idziemy do tych serów, on odstawia koszyk, bo potrzebuje dwóch rąk, będzie teraz te sery czytał, ważył, wąchał, rozsądzał, a ja będę liczyć do stu, ciągle o liczeniu zapominając, a myśląc o tym głównie, że zaraz zwariuję, zaraz eksploduję.

Cztery

Idziemy do sklepu z ubraniami, ja muszę tak serio wejść po dwie koszulki i skarpety, Tomek wie od godziny, że idziemy do tego sklepu, ale pod samymi drzwiami oznajmia mi, ja nawet nie wchodzę, zaczekam tu, i ja już wiem, że mam trzy minuty, żeby to wszystko ogarnąć, skoro on będzie czekał przed sklepem, i jak będę lecieć przez półki, to mi w oko wpadnie świetna kurtka czy kiecka, ale pomyślę, dobra, to innym razem przyjdę, a prawda jest, że nie przyjdę, bo mamy do tych sklepów kawał, musi mnie Tomek do nich wieźć i nigdy do środka nie wejść, bo on takich sklepów nie lubi, bo to dziadostwo, on będzie stał przed wejściem, patrząc w zegarek.

Pięć

Jadę do urzędu, co go otwierają o dziewiątej. Jest za dziesięć. Siadam na murku i patrzę w telefon. Piszę którejś dziewczynie już, siedzę pod urzędem, oszaleję zaraz, tyle już siedzę. I tylko wydaję takie przez zęby jęki i dźwięki, jaka jestem niezadowolona, jakie to śmieszne wszystko i doprawdy niepoważne takie urzędy. Wchodzę w końcu, biorę numerek, baby się rozbierają, płaszcze na krzesła dają, a ja stoję z uniesioną brwią, który gest mam nadzieję wszyscy widzą i nie mogę uwierzyć, że mnie nikt łaskawie nie przeprosi.

Sześć

Leżę rano, leżę, jest przed ósmą, jest sobota, pada deszcz i wieje wiatr, nie ma po co wychodzić i dokąd, Tomek śpi, pies się gapi, jest cudownie, mam kawę i książkę, tak powinno być, czytam, a po pierwszej stronie myślę sobie, trzeba pranie, trzeba w szafkach w kuchni porobić, trzeba na ogrodzie te krzaczory, z psem na dwór, ćwiczenia gimnastyczne, miałam ten zeszyt zaprowadzić do mindfulness, miałam odpisać na mejle już nie wiem kiedy, muszę artykuł pisać i pisać miałam powieść, paznokcie muszę, bo to już wstyd, i zakupy trzeba dzisiaj na bank, muszę wstać, może wieczorem poczytam czy kiedy. A później wstaję i jakoś tak wychodzi, że zeszyt nie zaprowadzony, w szafkach rozsypał się makaron i ryż, a powieść się nie powiodła.

Siedem

Idę z tacką, na której herbata i tost, na której – jak to się mówi – śniadanie do łóżka, pies mi się pod nogami cieszy, jest rano, nie widzielim się całą noc, on mi pod tymi nogami urządził modern jazz, choć mówiłam mu, żeby nie, zaraz porozlewam wszystko, idę więc w szpagacie, uważając z tym wrzątkiem na psa, i na gacie.

Osiem

Jesteśmy na plaży, mam do opalania krem, daję go na nogi, hop, hop i już, Tomek mi smaruje plecy, smaruje i smaruje, i wklepuje, ja robię wielkie oczy, czego on nie widzi, już dawno chcę leżeć, ten mi mówi, jeszcze chwilę, misiek, będziesz miała plamy, trzymam buzię w dłoniach, już bym rozdział książki przeczytała, Tomek patrzy z każdego kąta, czy dobrze krem rozprowadził, ja już nie mam siły i się kładę. Rano patrzę na nogi, a na nich czerwień od bieli oddzielona linią jak brzeg morza.

Dziewięć

Ćwiczę ćwiczenia sto razy w tygodniu, latam z psem pięć kilometrów, wchodzę na wagę dwanaście razy w ciągu dnia i tyleż razy w ciągu dnia obracam się do lustra. Wystarczy, że dwa razy machnę nogą albo uniosę nad głową dwie torby z mąką, lecę patrzeć efektów. Nie ma efektów żadnych, więc już mi się leją po buzi łzy, że po co to wszystko, ten pot i zakwas, włosy przyklejone do buzi i ciągle owoce, warzywa, owoce, warzywa. I tak obrażona na świat, przez świat oszukana tak, siadam na kanapie z piwem.

Dziesięć

Czytam książkę o mindfulness. Książkę z ćwiczeniami. I tam, że trzeba usiąść na dziesięć minut, wsłuchać się w siebie, w swój oddech, w swe ciało, trzeba rozpocząć liczenie do dziesięciu, powoli, we własnym rytmie, jeden, dwa, trzy, ja że ok, spoko, spoko, uznajmy, że to już zrobiłam, co dalej, co mnie wyleczy, co mi pomoże, z paniką i gnaniem, z nieokiełznaniem.

wp_20160604_007

do re mi fa so la si do

Siedzimy z Tomkiem, patrzymy w film, on nagle bierze telefon, coś sprawdza, ja mówię, co ty robisz znowu, ty minuty nie wysiedzisz, on mówi, załatwiam ci lekcje śpiewu, muszę się dogadać z kolesiem, ja mówię, co ty mi załatwiasz, a buzia rozszerza mi się w uśmiech, uśmiech w śmiech, a śmiech w pisk, jak to mi załatwiasz lekcje śpiewu, Tomek, czemu, a Tomek mówi, a bo chodzisz taka smutna ostatnio, że z tą pracą, to pomyślałem, że może byś pochodziła, ładnie śpiewasz, a ja se w duchu myślę, toż ja kotletom śpiewam i psu, czasami dam występ do dezodorantu na schodach, ale to ciebie wtedy nie ma, oraz myślę sobie, nie mogłam fajniejszego chłopaka trafić, i mówię mu, ale będziesz płacił za te lekcje, Tomek, nie ma.

Pana od śpiewu znamy. Często gra w pubie tu u nas, a śpiewa tak, że zaczynasz wierzyć w Boga, jeśliś dotychczas nie wierzył, śpiewa tak, że całe twoje życie staje się płaskie i nieważne w obliczu jego talentu. Bezsprzecznie koleś jest najlepszą rzeczą jaka przytrafiła się Irlandii Północnej. Przyjechał tu z Filipin, jest serdeczny i dobry, uśmiechnięty do wszystkich i zawsze. To taki typ człowieka, przy którym kobietom miękną kolana i pękają serca, a mężczyznom nie pozostaje nic innego jak kiwać delikatnie głowami i raz po raz składać usta w podkowę w celu wyrażenia szacunku.

Wczoraj na pierwszą lekcję szłam. Od rana, jak tylko Tomek do pracy poszedł, śpiewałam jak zwariowana. Bolał mnie brzuch i chciałam wszystko odwołać, było mi wstyd jechać i głupio mi było, że mi się tak głos łamie, że nie umiem dociągnąć, że w ogóle sama na żadne śpiewne pomysły nie wpadam, tylko śpiewam jak śpiewają inni, wszystkim innym zazdroszcząc głosu i myśląc sobie, ale by było gdybym tak śpiewała jak ta baba, moje życie byłoby zupełnie inne i działoby się w wielkiej Ameryce, szłabym sobie do sklepu w dżinsach i koszulce, a jakieś dziewczyny z Europy patrzyłyby na moje zdjęcie, zazdroszcząc mi figury i tego, że sobie założyłam pierwsze lepsze spodnie, i z miejsca wyglądam zabójczo, i że lecę gdzieś w pędzie z kubkiem kawy, a później nagrywam płytę, a później przebieram się w bikini i kręcę teledysk.

Jadę rowerem, rower parkuję, jestem 20 minut na wcześnie, zawsze jestem za wcześnie, a skoro mam chwilę siadam na schodach i oskubuję paznokcie z lakieru, a kiedy wszystkie już wyglądają wystarczająco ohydnie, biorę głęboki oddech i wsadzam głowę w drzwi. On mówi, cześć, ty musisz być Maria. Ja mu z miejsca mówię, ten mój chłopak to wariat, on mnie tu zapisał, a ja tak naprawdę nie śpiewam, tyle co jak coś gotuję, jak piorę, on mówi, że jasne, jasne, ja mówię, w ogóle nie mam żadnych sprecyzowanych tendencji, tak naprawdę nie umiem do końca panować nad swoim głosem i go do końca nie znam, bardzo się denerwuję, wolałabym już iść do domu. On się uśmiecha, pyta skąd jestem, że piękny akcent, czaruje, że siadaj, jak ci się tu podoba, w tym kraju, ja z miejsca robię minę, która nie potrzebuje dodatkowych wyjaśnień, on zresztą doskonale wie, o czym mówię. Na start proponuje zabawę z rozśpiewaniem, z lalala, mimimi, u-u-u, o-o-o, ja tę zabawę bardzo lubię, jestem w niej bardzo dobra, nie jestem dobra w następnej zabawie, którą jest do re mi fa so la si do, si do, si do, mi te dźwięki ostatnie przechodzą w manierę, od nowa, od nowa, od nowa. Zaraz ćwiczymy oddech, to ma być oddech bez unoszenia ramion, postanawiam sprytnie nie oddychać wcale i ciągnąć na bezdechu, facet nie jest głupi, od nowa, od nowa, od nowa, mi się ta zabawa szalenie podoba, on mi nagle włącza piosenkę, co chce żebyśmy rozpoczęli nad nią prace, że to piosenka – on z miejsca wie – dla mnie, pełna jest wokalnych zakrętasów, pełna wycia smutnego i cała o miłości, ja kocham miłość, więc bardzo się cieszę, on do mnie mówi, poćwicz sobie na wakacjach i widzimy się zaraz po, a tymczasem zaśpiewamy tu sobie jeszcze mad world, i faktycznie śpiewamy, on mówi, jesteś świetna, łapiesz świetne dźwięki, wyciągasz w miejscach, w których ja nigdy nie wyciągnę, śpiewasz czysto i nie wychodzisz poza rytm, i słyszysz muzykę, a to najważniejsze. Mi zaraz buzia pęknie z radości i od uśmiechu. A nagle on mówi, ktoś ci kradnie rower, ja patrzę w okno – bo w ogóle jest tak, że te lekcje są na najwyższym piętrze budynku i tam zamiast ściany jest okno i ja do tego okna śpiewam, nad dachami miasta, nad dachami ponurej mieściny, jak jakaś olimpijska muza, Melpomene czy kto – no więc, ktoś mi rower kradnie, on mówi, ja patrzę, a to Tomek przyjechał po mnie, rower mi wsadza w Tojotę, macha nam, myślę sobie, ten to jest naprawdę, serce mi wali ze wszystkich sił i lecę do niego, i nie pamiętam kiedy ostatnio tak biegłam po schodach w dół, z taką radością i miłością, ze śpiewem na ustach.

rih

fot. Splash News