POLSKA

Rym cym cym piszę na szybko, bo później będzie drżenie przed spaniem, że nie robię nawet rzeczy, które lubię, tylko te robię, które muszę i nie lubię, życie jest od tego nieszczęśliwe i niepełne, nikt nie chce tak niepełnie żyć. No więc wyjechaliśmy z Irlandii Północnej, łza leciała od oka do brody i z tej przepaści wpadała w dekolt, oczywiście myśli mieliśmy sto, czy to aby na pewno to, a jeszcze dużo osób nam pisało i wzdychało w telefon, że nie wiem, czy to dobra decyzja tak do Polski wrócić, powrót do Polski znaczy trochę, że się przegrało, że się nie udało, tu w Polsce się nie da żyć, jeno ziemniaki jeść i wódkę pić. A myśmy wsiedli w auto i wio. Europę całą z kartonami i psem. Autostradą i promem. Teraz to ja sobie siedzę w bydgoskim pokoju hotelowym, a Tomek w pociągu do Wrocławia, sama sobie siedzę trzy dni, w obcym mieście, którego język znam, kocham i rozumiem, na korytarzu słyszę panie, co pootwierane mają pokoje i ścielą w nich nowe pościele, ja też kiedyś robiłam w hotelu to i wiem, jaki to syf straszny, ile przy tym bluzgów leci, jak plecy bolą, ile się trzeba najebać z tymi łóżkami wielkimi jak plaże, niechby ludzie mieli za co płacić, wielkie wyro, butelka wody i telewizor, wysokie wieże toaletowej papy i czajnik od a do z z plastiku, dwieście złotych doba, szkoda mi takich pań, co ścielą łóżka, tak jak mi siebie szkoda było, że ścielić musiałam. Teraz wróciłam z zachodu i siedzę w pokoju hotelowym, ktoś by mógł pomyśleć, tym to się udało, a to wcale nie tak, ten pokój to przez pomyłkę i niedogadanie. W pokoju sto kartonów, pies pomiędzy cały wywinięty, szukam pracy, w tym hotelu będąc, CV ślę pośród tych kartonów i listy motywacyjne pełne, co to nie ja. W Polsce drogo jak pierun, ani się obejrzę już stu złotych nie mam, do tego zimno, a w tym zimnie chłopaków widziałam już stu z puszkami piwa na ławce, jak oni to piwo w takie zimno mogą pić. Poszłam też do urzędu pracy, żeby choć ubezpieczenie, łaskawie przepraszam panią z rejestracji, chciałam tylko spytać, a ona od razu, na mnie nie patrząc, do kolejki się ustawić, tonem takim, że łzy w oczach. Nie ma rady na takie babska, co takiej babie powiesz, proszę uprzejmiej, to się wydrze z miejsca piersią wielką jak balon, że a co pańcia taka delikatna, trzeba się obchodzić jak z jajkiem, czego nie rozumie? Co jej powiedzieć? Jest pani niemiła i ordynarna, to ona prychnie na pół urzędu i na całe gardło powie, o, znalazła się, patrzcie ją, mnie ośmieszając przed chudymi panami z wąsem i paniami o fryzurach w baran. I te wąsy z baranami ją poprą zamiast mnie, bo tamta baba mogłaby im zaszkodzić swoją nieograniczoną władzą, jest przecież babą z recepcji, mogłaby wiele narobić, to już lepiej jej nie wnerwiać tylko na mnie kiwać. Stoimy w tej kolejce, mijają cztery godziny, wchodzi młody chłopaczek i w te słowa, przepraszam, ja bez kolejeczki, grupę inwalidzką mam. I se wlazł. A cała kolejka w popłoch, zaszeleściły zimowe kurty, a zaraz wystające z nich małe główki poczęły na cały głos, jaki to inwalida, normalnie chodzi, do roboty by się wziął, aż podszedł do chłopaczka jakiś pan, złapał chłopaczka za kołnierz kurty i mówi jak do hultaja, słuchaj no, teraz moja kolej, ludzie tu czekają cały dzień, nie możesz sobie wchodzić bez kolejki, jakiś szacunek, na co chłopaczek, że ale grupę inwalidzką mam i jakiś papier mu daje, a tamten pan puszcza mu kołnierz i mówi, dobra, idź, choć tego papieru nawet nie przeczytał, bo papier zwinięty w pół. I trochę mi było żal tego pana, bo sytuacja go zmusiła, żeby do chłopaczka podszedł na oczach innych czekających, czekający czekali aż pan podejdzie do chłopaczka, bo przecież była kolej tego pana, jego więc obowiązek, żeby sytuację naprawić, to mógł być każdy z nas, każdy z nas mógłby mieć sytuację, że się musi zmierzyć z chamstwem na oczach innych, inni zaś będą mogli opiniować, czy facet dał radę, czy nie, ja bym z chłopaczkiem inaczej zagadał, powie jeden, a drugi powie, ja bym nawet nie gadał, od razu bym w mordę dał. Nie ma lekko w tej Polsce, jak tak patrzę, dwa okienka w urzędzie hulają, baba na recepcji co parę minut z mordą, żeby zrobić przejście, nie stać jak te barany i pana jakiegoś chudziutkiego jedną ręką podnosi niemal i stawia na niewidzialnej linii, wzdłuż której zażyczyła sobie, żebyśmy stali i czekali w kurtkach jak gorące pierzyny, które doprowadzają do skrajnej kurwicy, a które nie wiedzieć czemu większość ściąga dopiero po upływie dwóch godzin, ściąga, mamrocząc bluzgi, i zgniatając te miękkie góry w dłoniach, bez pomyślunku co dalej. Stoimy jak ostatnie pierdoły, w całej Polsce od rana do późnego popołudnia, aż nam kto powie, koniec rejestracji na dzisiaj, proszę przyjść jutro, a na każde ale proszę pani, doda nieznoszącym sprzeciwu, co ja właśnie powiedziałam? Nie ma lekko w tej Polsce, powiem szczerze. To nie jest kraj dla słabych ludzi. Można by powiedzieć. Albo to nie jest kraj dla ludzi. To nie jest kraj. Ani raj. A ja tam się jeszcze cieszę.  Na bądź co bądź, ojczyźniane pielesze. 111

Hasztagi z podróży

Siedem dni. Laba. Malaga. Hiszpania. Podróż poślubna, romantyczne plany. Hummus na lotnisku, całe życie dieta, ciecierzyca, tahini i papryk paleta. Samolot. Latanie. Chmury. Góry. Gadanie, czytanie, książek dokańczanie, literatura, litery, puzzle z alfabetu. Lądowanie, i Tomka za rękę ściskanie. Panikowanie. Malaga. Hiszpania. Ciepło, lato, zazdrości tym wzbudzanie. Centrum miasta, apartament, całowanie. Restauracja, wino, świata ubóstwianie. Gadanie, gadanie, spacerowanie. Targ warzywny z rana, mango, awokado, oliwki i daktyle, szczęścia tyle, a witamin ile. Spacery po mieście, pięć kilometrów, sport, adidasy. Wakacje oraz wczasy. Plaża i leżaki. Wino i wino. Włosy w każdą stronę. Poproszę koronę. Kolana na tle słońca. Morze bez końca. Gołe ramiona, w ogólem półnaga. Hiszpania. Malaga. Sałata, awokado i mango, owoce i warzywa, zdrowie, zdrowe tłuszcze, zdrowa oliwa. Malagijskie wino, impreza, luz, akacje, noga w słońcu, sałata również na kolację. Następne rano, wczasy i wakacje, cały dzień plaża, żadne inne atrakcje. Woda mineralna, stopy w piasku, książki, lecą na głupstwa pieniążki, pieniążki. Grillowane papryki, krokiety z grzybami, a wszędzie pachnie morza owocami. Wege i zdrowie czy botoks i Vega, rozmowy i krzyki, Hiszpania jest mega. Latanie po mieście, kilometry i sport, pływanie na plecach, marchewkowy tort. Włosy nieczesane, wino w kielich wlane. Podróż poślubna, miłość i za rękę, afera z kosmosu, przeprawa przez mękę. Łza za łzą na chodnik, nos calutki w smarkach, szkoda to tagować, życie to przesz bajka. Zaraz znowu zgoda, zaraz znowu love, jemy arbuz w słońcu, smak odbiera mowę. Malaga tiki taki i papuzie ptaki. Targ i awokado, pitaja, kasztany, słońce i żar z nieba, tu Hiszpania pany. Hasztag plaża i ja, hasztag poniedziałek, zdjęcie buzi w dziubek, równiutki przedziałek. Hasztag wtorek, Picasso i ja, kultura i kubizm, i sztuka. Hasztag nauka. W drzwi puka. Przygoda, morska woda, materac dmuchany, słońce razi w oczy, cała reszta się moczy. Wieczory z winem, do tego gadanie i z rozleniwienia oczu zamykanie. Za rękę spacerowanie. Jak z romansów całowanie. Zakochanie. Choć i awantury o bzdury. Na siebie fukanie. Później zapominanie. To być nie może na Instagramie! Słone migdały, awokado, drinki, zazdrośćcie mi wszyscy, chłopcy i dziewczynki. Palmy z kaktusem, my szybko w ich cień, nogą sobie dyndam jak prawdziwy leń. Hiszpania, Malaga, poślubna wyprawa, zdjęcia z różnych miejsc, na zdjęciach głównie strawa. Pocztówki do przyjaciół, breloki, prezenty, sery na drogę, wina, sentymenty. Siedem dni minęło, smutny emotikon, wiek XXI, emocji leksykon. Wakacje skończone, buzie opalone. Rajanerem w dom. Lecimy po niebie 26 rzędów od siebie. Do kraju, gdzie ponoć srogi huragan, gdzie pogoda zła. Na dni kilka lecimy, po pakunki i psa. Za kilka dni, Wisła, kochani, Bydgoszcz, mama, tata, Polska.

#wogólenikogonieznamywtejBydgoszczy #japierdykamjakietodurne #lol #wow #kochamświatnaprawdę #jestemnajfajniejszazewszystkichosób #mogętakwnieskończoność

IMG_20171008_124708663_HDR

emiGRACJA, cz. 2

Najpierw było to piwo, później była fabryka sosów. Pojechaliśmy do fabryki sosów, tam była pani, która miała 300 lat i która szeptem tłumaczyła nam, co mamy robić. A mieliśmy zamieniać miejscami majonez z keczupem w wielkich kartonach. Więc majonez był po lewej, a keczup po prawej, a miało być odwrotnie, i tośmy robili osiem godzin. Później były m&m’sy i na m&m’sach siedziało przy jednej taśmie ze sto osób, jedna otwierała karton, druga wyciągała czekoladowe kulki, trzecia układała je na taśmie, czwarta segregowała paczuszki kolorami, dwie następne z tych kolorów robiły komplety, kolejne dwie otwierały małe tuby, dwie następne w te tuby pakowały paczuszki, jeszcze dwie te tuby zamykały, kolejna naklejała naklejkę, następna ładowała do nowego kartonu (…). Takie się robi rzeczy na zachodzie, lepsze kraje, lepsze pieniądze, kariera i szybki awans. Jak ci ktoś powie, jestem superwajzorem w Holandii na fabryce dżemów, to wiedz, że to jest osoba, która krąży wokół taśm i jak się jej ktoś zapyta, mogę siku, to ona spojrzy na zegarek, rozejrzy się po hali, popatrzy w kartony, ile zrobione, ile zostało, głośno wypuści powietrze przez nos i ostatecznie odpowie, tylko szybko! Na m&m’sach była baba chwilę po 50-tce, z okiem na niebiesko, ustami w róż i policzkami, baba w niewygodnej acz wydekoltowanej granatowej bluzce w białe zawijasy, która opowiadała chudemu i roześmianemu chłopaczkowi z irokezem o swoim ostatnim weekendzie. I mówiła mu, no przyszedł Waldek, a znasz Waldka, wiesz jaki jest Waldi, z wódką przyszedł, z kratą piwa, ja miałam trochę bigosu, tośmy siedli do tego i zaczęli. Zaraz się poschodzili wszyscy z domków do nas, bo u nas największa biba, i się zrobiło. Mówię ci tak się pospijali, ci młodzi szczególnie, pić to nie potrafią wcale. Ale dobrze ruchają. Powiem ci, jak mnie jeden wczoraj wylizał to łuuu – krzyknęła na pół sali, a koleś w irokezie odchylił się na krześle i mocno klasnął w dłonie. To była pani Ewa. Ja tą sytuację zapamiętam do końca życia, tą jej bluzkę, makijaż i fryzurę. I wszystkie szczegóły tej jej super nocy. Pani Ewa mieszkała kilka domków od naszego, wszyscy ją lubili, bo była równą babką. Wielokrotnie słyszałam jak mówiła do kogoś, muszę zadzwonić do mojego starego, bo pewnie się już martwi, że tyle nie dzwonię. Albo, mój młodszy syn musi brać korepetycje z matmy, bo tłuk. Z panią Ewą pracowałam jeszcze raz na fabrykach majonezów. Miałam 12-godzinną zmianę i bardzo źle się czułam od rana. Pani Ewa wiodła prym na taśmie z majonezami, przy której jedynym zadaniem było naklejanie na każdy słoik naklejki z napisem ‘NO 1. in EUROPE’. Pani Ewa bardzo chciała, żebyśmy zapierdalali, co raz po raz oznajmiała wykrzykiwaniem tego słowa. Przy taśmie było dużo nowych, pani Ewa nie była nowa na majonezach. Była również przekonana – o czym na całe gardło powiadomiła kolesia z irokezem – że jest na majonezach najlepsza i najszybsza, i że ciągle przysyłają tych młodych, ona im cały czas musi pokazywać robotę, a i tak firma się na żadnego nie decyduje, bo nikt Ewie nie dorównuje. Ewa się darła wniebogłosy, a ja tymczasem poczułam jak słabnę coraz bardziej, jak za moment stracę przytomność, zdołałam jedynie wstać i osunąć się na ziemię, ale zanim to się stało dostałam od pani Ewy siarczysty opierdol, że jestem wolna, że nie wiem, co to praca, że mam w głowie fiu bździu. Jakichś dwóch panów wzięło mnie pod ręce, odprowadziło na stołówkę, dało czarną kawę i kazało czekać na transport do domu. I tyle. Sama tam sobie siedziałam, w tle słysząc tylko warkot maszyn produkujących i pakujących najlepszy majonez w Europie. A jak przyjechał po mnie kierowca z ośrodka to całą drogę kręcił głową, że z takim podejściem to ja daleko nie zajdę. Że robota w majonezach mi przeszła koło nosa, a to jedna z lepszych tu robót, bo można dostać 16-godzinne zmiany, wtedy pieniądz lepszy, a jak się firmie spodobam to może i jakiś kontrakt za kilka lat. Ale jak się komuś robić nie chce to co poradzisz, nic za darmo, on sam w dwóch firmach robi, jeszcze tym busem jeździ, po 18h na dobę robi, jeden wolny dzień w tygodniu ma, da się? Da. W tych majonezach mnie faktycznie już więcej nie chcieli, za to na próbę wzięła mnie i moją koleżankę firma od sałat. Wszyscy bili brawo i zazdrościli, w sałatach takiej kasy natrzepiesz, że nie masz pojęcia, mówili. W sałatach natrzepiesz sałaty, hehe. Sałaty były w nocy i w chłodni. Stąd ta kasa. Przynosiły jakieś silne chłopaki skrzynki sałat, trzeba je było kroić najszybciej na świecie, one sobie taśmą leciały pod natrysk, dalej do paczek i na Europę. Robalki tam chodziły po tych sałatach to jak któraś baba zobaczyła od razu pisknęła, reszta bab podłapała i żadna nie skroiła, cała główka leciała w torbę. Kilka tygodni później usłyszałam historię o nocce na taśmie z ziemniakami, po której taśmie między jedną a drugą pyrą leciał martwy kret i także poszedł w torbę, bo nikt nie miał odwagi go. Na tych sałatach byłyśmy ze cztery tygodnie, tak nas polubili. I za każdym razem o czwartej nad ranem nachodziły mnie myśli, że chcę do mamy albo choć w ciepłe wyro, że ręce sztywne od zimna mam i tytuł magistra filologii polskiej, że piję gorącą czekoladę w proszku na trzydziestominutowej przerwie, na której też wypiłam już dwie czarne kawy, żeby móc dalej kroić sałaty, piję gorącą czekoladę w proszku pośród smutnych wąsatych panów, których języka nie rozumiem, i których mi żal bardziej niż siebie, piję gorącą czekoladę i jest to najmilsza rzecz na tej nocnej zmianie, która zdaje się nie mieć końca. Wytrzymam, myślałam sobie, jeszcze miesiąc i wracam do domu. To było prawie siedem lat temu. Teraz jestem w Irlandii Północnej, której codziennie robię sto zdjęć, żeby pamiętać, bo teraz wiem na pewno, że został miesiąc i wracamy do domu. Wracamy do domu!

DSC03742

emiGRACJA, odc. 1

Prawie siedem lat temu było tak, że mieszkam sobie we Wrocławiu, mieszkam, nagle otrzymuję telefon od koleżanki, ona mi mówi, Gośka, dzwonili z tego biura, czy chcemy jechać do Holandii na te kurczaki, cośmy trzy miesiące temu się zgłaszały, dawaj jedziemy, wyjazd pojutrze, ja mówię, jak kurwa pojutrze, ona mówi, no kurwa pojutrze, i myśmy pojechały. Była druga w nocy jak ten bus po mnie przyjechał do Wrocławia, cały był nabity ludźmi, w busie było cicho od ludzkiego spania, siadłam w fotelu i ścisnęłam tę koleżankę za ramię, bo ona siedziała fotel przede mną i nie bardzo mogłyśmy gadać, choć tyle było w nas emocji. Najmocniej to się bałam. A najbardziej tych kurczaków. Jechaliśmy tysiąc godzin w niewygodzie, w zimnie i chłodzie, a zaraz w gorącu i pełnym słońcu, aż w końcu dotarliśmy do Niemiec, tam się okazało, że w Holandii jest przeludnienie, nie ma zakwaterowań, musimy zostać tu i koniec. Zawieźli nas na takie osiedle jednorodzinnych domów, tam dali mnie z koleżanką i jeszcze dwie dziewczyny do domu, w którym było już dwóch chłopaków, te chłopaki z przymrużonymi oczyma oprowadzali nas po pokojach, niewiele mówiąc. Było ciepło, więc wyszliśmy na zewnątrz, podjechał jakiś chłopak czerwonym samochodem i spytał, czy chcemy wagon polskich papierosów, bo ma tanio, myśmy nie chciały, on się zapytał, nowe tu jesteście, hehe, kiedy żeście przyjechały, no to zajebiście, a gdzie macie robić, w kurczakach, no to, kurwa, powodzenia, hehe, nie no, nie będę nic gadał, same zobaczycie, co nie, Łuki? A Łuki to był ten chłopak ze zmrużonym okiem, który nie powiedział nic tylko stał z ponurą miną i głową do góry. Zadzwoniłam do mamy i powiedziałam, że wszystko dobrze, że mamy duży dom, jest ciepło, zaraz poznamy okolicę. Okolicę obchodziło się w kwadrans, okolicą było osiedle domków jednorodzinnych, przed wszystkimi domkami siedzieli Polacy, Słowacy i Czesi, i albo rozpalali grille, albo pili piwo i jedli chipsy, z małych magnetofonów leciały hity sezonu, za kilka godzin różne dziewczyny do tych hitów różne robiły miny i różne ruchy biodrami. Powiedziano nam, że weekend mamy wolny, że pracę zaczniemy od poniedziałku, mamy chwilę, żeby się rozpakować i zadomowić. Dowiedziałyśmy się o systemie pracy, że wcale nie musimy na te kurczaki iść, że będą nas rzucać od firmy do firmy, może być, że w poniedziałek tu, we wtorek tam, że będziemy się z dnia na dzień dowiadywać, że firm jest milion, lepsze i gorsze, na kurczaki to najbardziej przejebane jechać, kurczaki to gnój i smród, są fajne też firmy, najlepiej płacą w chłodniach i na nockach, ale to trzeba dobrze trafić, żeby cię wzięli. Jak parę razy pochodzisz i cię firma polubi to dzwoni do biura i mówi, żeby cię przysyłali, czasami nawet ci dają kontrakt, wtedy to jak pączek w maśle. Żeby się dowiedzieć, kto gdzie pracuje, trzeba było chodzić na wiatę, gdzie wisiały listy z nazwiskami, nazwą firmy i godziną wyjazdu doń. Bo większość tych firm była w Holandii. Naszą pierwszą firmą był Heineken. Wyjazd o północy, praca od drugiej do dziesiątej rano. Wszyscy nam zazdrościli i gratulowali, że super start, nie dość, że piwko, hehe, to jeszcze nocka, większa kaska, a już w ogóle będzie zajebiście jak nam się uda wytrwać do piątku, w piątki wszystkie firmy w Holandii rozdają swoim pracownikom prezenty, więc jak ktoś pracuje przy piwie to dostaje zgrzewkę piwa. Ktoś, kto pracuje w majonezach, te majonezy ma, ktoś od ciastek ciastka, od kurczaków kurczaki, a jak ktoś robi przy plastikowych donicach to ma w każdy piątek od firmy plastikową donicę. Później się wszyscy na ośrodku tym wymieniają. Wszyscy jedzą te same na ośrodku kury, majonez i ciastka. I w tych samych donicach nikt na ośrodku nie zapuszcza żadnych korzeni. Moja pierwsza praca na emigracji, prawie siedem lat temu, to była praca w Heinekenie, od drugiej w nocy, w noc moich 27 urodzin, stałam tam na zgrzewce od piwa i na piwa patrzyłam, czy wszystkie etykiety równo, obok stała moja koleżanka, sprawdzając, czy wszystkie kapsle dobrze, a dalej ktoś jeszcze, czy aby do pełna nalane. Przez prawie osiem godzin znalazłam trzy nierówne etykiety i biło mi od tego serce. Później zasnęłam, opierając łokcie na chudej belce, zasnęłam na stojąco, i mnie nie wzięła ta firma do piątku aż i nie dostałam za darmo tych piw, których wszyscy moi nowi koledzy nie mogli się doczekać. Musieli polskim bekać.

DSC03742

czy wszystko jest do bani?

Uwielbiam takie poranki, że w ogrodzie świeci słońce, pręży się czerwony w zieleniach kwiat, czarny pies leży, ja w trzynastu różnych kolorach siedzę, lubię taki czas, choć taki czas marnuję, a wcześniej sobie obiecuję, że nie tym razem. Zatrzymałam się na tym etapie, w którym wychodzi się na ogród z kubkiem napoju i książką, by odpoczywać przy napoju i książce, zatrzymałam się w tym miejscu. W tym miejscu, gdzie stoję w progu domu, z kubka paruje gorąc, a książka pod pachą, ja stoję i ani kroku dalej, zatrzymałam się w tym miejscu lata temu, stoję, patrząc w ogród i marząc, jak byłoby świetnie odpocząć z książką i gorącym piciem, byłoby świetnie zrobić dziś coś innego niż wczoraj, ale nie będzie świetnie, bo zawsze robię to samo, co wczoraj, bo mam kilka scenariuszy na dzień i zero skoków w bok, słońce świeci, lecz nie dla mnie, morze możliwości, które może kiedyś, choć słowa kiedyś, może i morze to są słowa ratunkowe, słowa pontony, których się chwytam, by nie utonąć w powracających falach tego samego. Zatrzymałam się w tym miejscu, w którym słońce świeci dla innych, dla mnie gaśnie, w którym ja na słońce nie zasługuję, wszyscy inni tak, wszystkie moje koleżanki z fejsbuka zasłużyły na słoneczko, na fotografowanie swoich zgrabnych ud z psychologicznym poradnikiem między nimi, podziwiam moje koleżanki z fejsbuka, że mają czas pstrykać sobie jeszcze do tego fotę, podczas gdy ja nie mam czasu wyjść nawet na ogród, bo cały czas kopię siebie po dupie, że źle, za mało, za dużo, nie tak, cały czas siebie samą ganię i sobie robię krzywdę, bo wychodzi, że jestem swoim największym wrogiem, choć powinnam być bogiem, moje koleżanki z fejsbuka relaksują się i relaksem dzielą na fejsbuku, ja nie wiem, jak się relaksować nawet, jak tylko siadam na moment, na tym ogrodzie dajmy, z książką i napojem, jak tylko siadam myśli lecą do mnie jak pszczoły do miodu, natarczywe myśli, od których trzeba wstać i najlepiej biec przed siebie, godzinami, uciekać od tych myśli, że tu ci brakuje, tego nie masz, to źle, to najgorzej, nie wiem, od kiedy to mam, że sobie nie odpuszczam, że jak zjem chleb to mam wyrzuty sumienia, mam 33 lata i wyrzuty sumienia po zjedzeniu kromki chleba, mam 33 lata i zaburzoną relację z jedzeniem, zaburzoną relację z lustrem, brzuchem i biustem, wszyscy moi znajomi obiecują sobie, że od dzisiaj pięć słówek z niemieckiego, za miesiąc będę umiał 150, obiecują sobie od dzisiaj co wieczór sto brzuszków, robią te brzuszki tydzień czy dwa, później przestają, później mija czas i oni mówią, ale bym teraz miał, gdybym te brzuszki robił, ale bym mówić umiał, gdybym słów nałapał, i wszyscy mają doła, wszyscy moi znajomi mają doła z powodu obietnic złożonych sobie i niedotrzymanych, czy tak było zawsze?, czy zawsze sami dla siebie byliśmy największym zawodem?, czy czuły to nasze matki, ojcowie i babki? Ja sobie obiecuję sto rzeczy dziennie, a wieczorem jak gasimy światło mi serce wali, że ładnie dzisiaj, Gosia, odjebałaś, chleba pojadłaś, chociaż przecież chleba się już w tych czasach nie je, nic nie rozwinęłaś skrzydeł do tego, a koleżanki i koledzy na pewno zaszli dziś ho ho, naoglądałaś się serialu i chuj, i po balu, i zasypiam zawiedziona sobą i na siebie zła, a pierwsza myśl rano, to że wczoraj nic mi się nie udało i jestem w plecy, dzisiaj muszę więc nadrobić, pierwsza myśl rano to presja i pośpiech, to stres i ścisk we wzdętym brzuchu, że trzeba, że muszę, że choćby nie wiem co, a już dawno nie pamiętam po co. A każdy poradnik mi mówi, cały internet mi mówi, nie patrz w tył, nie porównuj się, każdy jest inny, ty jesteś super, jesteś ładna i fajna, każdy jest ładny i fajny na swój sposób, musi to tylko znaleźć, znajdź dla siebie czas, bądź dla siebie dobra, cały internet, gdzie nie spojrzysz, uczy cię oddychać, uczy cię relaksować, kąpać się w bąblach, uspokajać i cieszyć. Nie umiemy się cieszyć, wychodzi, musimy się z internetu nauczyć. Mamy męża i psa, dom, rodzinę, ogród i słońce, mamy zaplanowane i fajne wakacje,  możliwości, talent, przestrzeń, przyjaciół, dostęp i postęp, i ni chuja nie umiemy się cieszyć. Bo ktoś inny ma do tego płaski brzuch. Ktoś inny był w Australii, a my tylko w Hiszpanii. I wszystko jest przez to do bani.

wp_20161113_002

Małgorzata Halber „Kołonotatnik z bohaterem”

czas gna

Czas gna. Jutro będzie miesiąc już jak wyszłam za mąż, ciągle jest mi od tego wyjścia smutno, że wszystko tak szybko, że było, było i nie ma, to właśnie czas tak gna, że tyle go jest przed nami, tyle się go układa, tyle się sobie obiecuje, że jak już nadejdzie ten dzień, co się na niego czeka to się ten dzień będzie minuta po minucie chłonęło, a później tego dnia nie ma, było minęło i nie wiesz zupełnie, co zrobić, i smutno patrzysz wstecz. W ogóle dużo się patrzy wstecz. Wprzód się patrzy mniej, w przód strach. Co było było, dlatego jest łatwiej, co było jest oswojone, nie da się tego zmienić, trzeba się pogodzić. Choć są przecież momenty, kiedy bardzo by się chciało czas cofnąć. O jedną sekundę. O jeden wybór, jedno słowo. Najsilniej to czułam jak kiedyś upadłam na rowerze, wybijając sobie górną jedynkę. Najsilniej. Bo jechałam za szybko, bo się popisywałam. To była moja trzecia z Tomkiem randka, było mi potwornie wstyd. Wstyd i czas to najgorsze rzeczy, jakie są. Czasami chce się czas cofnąć, czasami chce się do czasów wrócić. Do tych na przykład jak Tomek przyjeżdża pierwszy raz na Islandię i jak siedzimy w maleńkim domku z czerwonym dachem, w domku jest tylko łóżko i stół, jest lipiec i nie ma nocy, siedzimy na ganku, pijąc wino i rozmawiając o niczym. Czasami Tomek jak wychodzi na dwór to mówi od razu, pachnie jak wtedy na Islandii. Bo zapach to jest kumpel czasu, zapach odsyła cię migiem, gdzieś był dziesięć lat temu, zapach ci od razu do głowy wtłacza całe obrazy, coś wtedy robił, coś jadł i pił. Tak samo muzyka, siedzisz sobie, siedzisz, malujesz paznokcie i myślisz, co na kolację, a nagle w radio bum, jakaś nuta, która cię niesie przez wody i góry do miejsc, w których byli jacyś ludzie, w których jeździłaś rowerem, a wiatr ci wiał we włosy. Wiatr jest kumplem zapachu. Nigdzie takiego wiatru nie ma jak na Islandii. Takiego wiatru, że ci wali po szybach ciepłego mieszkania, w którym przesiedziałam setki godzin z Marzeną, jedna na jednej, druga na drugiej kanapie, gadając bez znużenia w kółko o tym samym. Za te rozmowy bym dała wszystko, za ten czas, którego tyle było, który był na co dzień, a później Tomek powiedział, Irlandia Północna i nie ma już, minęło, jak miesiąc temu wesele moje, jak mija wszystko, co fajne i niefajne, całe nam mijają lata, teraz mam trzydzieści trzy, a kiedyś mi się wydawało, że trzydzieści to już koniec życia, to tylko nuda, praca w biurze, mąż i dziecko, ciuchy dla dziecka, plecak do szkoły, kredki i piórnik, to czasami grill z rodziną, dwa piwa w puszce, kiedyś tak mi się wydawało, dzisiaj myślę, że prawdziwy koniec jest po czterdziestce, za siedem lat zmienię zdanie, czas pozwala ci zmieniać zdanie, daje dystans. Złe dystansu strony są takie, że dzieli. Daleko mi do Islandii, do Włoch, Luksemburga i Polski. A tam są dziewczyny moje. Które pięć tygodni temu zrobiły mi wieczór panieński w Gdańsku, choć żadna z nas nie jest z Gdańska. Wieczór panieński w obcym, pięknym mieście, że tylko nasza piątka, gadanie jedna przez drugą, pisk, drinki i śmiech. I pęka mi serce teraz od miłości, ale też żalu, że czas nie może się zatrzymać nigdy, że już po balu. Dziewczyny przyjechały na wesele moje, a każda była najpiękniejsza. Jakoś nie umiem uwierzyć, że tego nie ma już, że nie gadamy, a przecież tyle jest do powiedzenia, tyle jest do powiedzenia, a czas gna przecież, i raczej nie przestanie. Nie wiem skąd to nieskładne i smutne pisanie.

19125541_10213875463509217_2091230507_o

fot. jakiś pan

pohajtane

Pyknie ci to, zobaczysz jak ci pyknie. Tak mi gadali. Każdy gadał. W ogóle nawet nie zauważysz tych rzeczy, o które teraz płaczesz, że nie są po twojej myśli, bo tyle będzie rzeczy do patrzenia, że zapomnisz. A ja sobie myślę, dobra, dobra, skoro to jest – tak też gadali – najważniejszy w życiu dzień i najpiękniejszy, to przecież nie może być, że czegoś nie dostrzegę, coś mi umknie. Powinno być, że wszystko widzę, wszystkiego w pełni doświadczam, wszystko czuję. Tak było na starcie. Jak stałam oparta o ścianę kuchni i jadłam żółty ser z na głowie wiankiem, w pełnym makijażu i kole od sukienki. Tak stałam, dygocąc, że za pięć minut fotograf, że jestem głodna, że zaraz kościół i tam na bank się wywalę, tak stałam na przedzawale. A zaraz zakładałam rajtki i ni stąd ni zowąd buchnęłam wielkim płaczem, którego nie uzasadnię, a siostra wachlowała mnie tym po rajtkach kartonem. A za chwilę płakałam znów pod salonem, a później stroiłam do aparatu miny, a Tomek spóźnił się mniej niż pół godziny, ale w tym krótkim czasie już miałam myśli, że on na trasie, że autostradą zwiał od tej miłości, kiedyś wyśle mi mejla pełnego szczerości, kochałem lecz także się bałem, więc zwiałem. Więc on się spóźnił, co później wyszło, garnitur przemieniał, klęczymy razem, błogosławienia, ja znowu wyję – to niepojęte – cały ten początek dokładnie pamiętam. Że padał deszcz, że mi pod domem dziewczyny moje, że wszyscy mieli piękne stroje, że do ołtarza i spod ołtarza, to się raz jeden w życiu zdarza. Później była sala i życzenia, i to była jedyna tylko sytuacja, żeśmy z każdym zagadali, to jest kosmos – osiemdziesiąt ludzi na sali. Przy kotlecie i rosole patrzyłam po stole, patrzyłam na ludzi i kwiaty, bo tyle było kwiatów, na te wszystkie rzeczy patrzyłam, co mi wszyscy mówili, ty tego nawet nie zobaczysz, wszystko było cacy. W ogóle wszystkich z osobna mogłabym chwalić, że tyle z siebie dali, ale tylko Tomka ściskałam za rękę, mu mówiąc, to wszystko dla nas i z naszego powodu, tyle zachodu. Najmocniej mi smutno z tym weselem, że wszystko tak szybko, że jak pstryknięcie palcem. Jak byłam na innych weselach to mi czas leciał inaczej, to jadłam i piłam, mówiłam, mówiłam, tu teraz wszystko szybko i krótko, dwie łyżki zupy, parkiet i goście, głód i odciski, dużo miłości, ludzie, których nie widziałam sto lat, a którym zdołałam jedynie wypiszczeć to w uszy, gorzko, gorzko, wszystkich bardzo suszy, więc toast za toastem, ciasto za ciastem, tort, gulasz i flaki, dziewczyny, chłopaki, wszystko jak karuzela, świat się kręci, dech zapiera, tu ludzie, tam ludzie, tu macha ktoś, bym przyszła, więc idę, tu jednak mnie ktoś na parkiet, więc tańczę, z parkietu mnie ktoś na dwa słowa, a inny ktoś do zdjęcia, a przecież jestem już dziewczyną nie do wzięcia, miała matka syna i niech żyje wolność, ślubuję ci miłość i wierność, dozgonność, barszcz i krokiety, dialogowe bzdety, niech im gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie, babskie ploty, męskie baśnie, miłosna sesja przy torach i w parasolach, film miłosny i radosny, gości łzy i komplementy, pocałunki i prezenty, hej sokoły i volare, gdzie ma godność, gdzie morale, czy tę suknię to uszyto, sue, sue, despasito, będzie zabawa, będzie się działo, znowu nocy będzie mało, jakiś wujek, jakaś ciotka, tam słonecznik, tu stokrotka, trza być w butach na weselu, na parkiecie nas tak wielu, mój jest ten kawałek podłogi, w górę ręce, w górę nogi, ja już w rajtkach jak wariatka, dzisiaj żona, jutro matka, galaretym nie pojadła, tyś już pani, już nie panna, oczepiny strasznie krótkie, podaj wódki, nalej wódkę, gorzko, gorzko po raz setny, czy ten wieczór nie jest świetny, smutno mi, że to pyknęło, było, było i minęło, cały rok przygotowania, jedna noc celebrowania.

Wszyscy mi mówili, pyknie. Nikt nie mówił o zmęczeniu. I o tym, że będę smutna. Nikt nie mówił o zakwasach. I że jak znów będę w lasach to będę dzień mieć jak dziś mam, że się cały czas zamyślam, nad tym, że zmieniam nazwisko, a z nazwiskiem zmieniam wszystko.

19225091_1796230217059210_812046778357523167_n

przygotowania do ślubu część ostatnia

Mi się wydawało, że przedwesele to jest, że ja się kąpie w mleku, a wszyscy wokół mnie robią rzeczy i tylko pytają, a powiedz, a jak się czujesz, że będziesz żoną, bo są strasznie ciekawi, i albo mi zazdroszczą, i temu chcą wiedzieć, by się rozmarzyć, albo chcą sobie przypomnieć te emocje, co je też mieli, jak w tym mleku siedzieli. A wychodzi, że ja słyszę z każdej strony, Małgosia, jeszcze to trzeba, dziecko, o tymście nie pomyśleli, jeszcze to i to, tamto, owamto, a ja czuję zmęczenie i irytację, i w ogóle nie zanosi się na szczególne traktowanie czy bycie królową. Jest pierwsza w nocy, mi się chce płakać ze zmęczenia, a robota jest do zrobienia, jutro jest ostatni dzień, myślałam, że to będzie, że ja sobie podumam w bujanym fotelu, jedna noga pod brodą, druga puszczona, ja zaraz żona, że ja sobie siedzę, patrzę w niebo i opalam buzię, paznokcie mam całe pod sukienkę, cerę piękną i lśniące włosy, wszyscy mi zazdroszczą, że będę w centrum uwagi, i że jaka ja ładna, a wychodzi, że mam odcisk z buta na każdym palcu, pięty nieporobione, nogi nieogolone, a brzuch smętnie wisi, pełen sałatek jarzynowych i bigosu, to jest żart losu. W tym wszystkim jest trochę strachu, że się wywalę w kościele, że długo nie wstanę w niedzielę, że mi wszystko śmignie hops hops, z mojego bycia singlem klops.

Buziaczki

 

FB_20150515_15_19_49_Saved_Picture

przygotowania do ślubu cz.5

Za trzy tygodnie rano najpewniej będę jechać na salę weselną, żeby wszystko pozbierać, butelki po wódce, słoiki po świeczkach, jakąś po kimś pierdę, co ktoś na pewno po pijaku porzuci, a później wyśle smsa, z tego wszystkiego zostawiłem buty. I na myśl o tym teraz, że po cudownej zabawie zostaną lekko wzdęte ciała balonów, imponująco wygięte sylwetki świec, na parkiecie górki konfetti z bryzgiem niesymetrycznych plam po majonezowej sałatce i czekoladowym cieście, a wszystko pod kruszonką z organicznego piasku i błota, smutno mi. Smutno mi na ten krajobraz po zabawie. I że wszyscy wyjadą z tego zakątka Polski w większe światy i znowu nie zobaczę ich pół roku czy rok, i taka będę nienasycona tym spotkaniem intensywnym a krótkim, pełnym pocałunków w policzki i komplementów, pełnym wykrzykników i zatykania sobie ręką buzi. Taka będę nienasycona, żeby siedzieć i gadać o tym co było, żeby mi moje wesele opowiedział ktoś, kto je widział z innej perspektywy, bo moja perspektywa będzie taka pewnie, że te policzki uszminkowane ustami cioć i udrapane brodami wujów, te komplementy jak konfetti sypnięte z góry do dołu, kolorowe i lekkie, zdjęcia, na których raz jeden w życiu wyglądam dobrze, gratulacje i dotykanie uchem ramion w geście, no po prostu nie mam słów. Za trzy tygodnie pani od sali zapyta, no i jak się młodzi bawili, a ja w jednej pomyślę chwili – krótko! – rachu ciachu to strzeliło, cały rok był gadania, jaki wiodący kolor, jakie dodatki, czy jakieś upominki dla gości, ile w ogóle gości, ile będzie dzieci, gdzie posadzić dzieci, czy dodatkowe noclegi trzeba, kto gdzie usiądzie, ci nie mogą usiąść razem, bo się pozabijają, ten jak będzie siedział naprzeciwko to tamtemu będzie niezręcznie pić, jakie picia, cola, soki, ile wódki, wódki, żeby nie zabrakło, że zostanie to się nie martw, hehe, jak zostanie to się wypije, to jest najmniejszy problem, byle nie zabrakło, na weselu ludzie lubią wypić, jakie jedzenie, tu kucharki dobrze gotują, krokiety, galarety, wszystko będzie, tylko teraz nie wiem, czy bigos dawać, co panie myślą, to będzie czerwiec, gorąco, bigos ciężki, kapusta, kiełbasa, z drugiej strony jak by nie dać to będą gadali, z ciast to najlepiej sernik idzie, fajny, lekki, jakieś można jeszcze ciasto z galaretką dać, ludzie słodkiego nie jedzą dużo w gorącu, bardziej dzieci, dzieci na słodkie to zawsze, i na colę, bardziej bym postawiła na wiejski stół, tu w Kłodzku dobre wędliny ma facet, można zapytać, chleba skroić, ogórków kwaszonych dać, smalcu, i zagrycha jak znalazł, jaka sukienka, na pierwszy dzień, na drugi, jakie buty, pierwsze, drugie, jakie włosy, co z włosami, z paznokciami co, z biżuterią, dodatkami, co z kwiatami, ile kwiatów, jakie kwiaty, co na sali, co przed salą, jakim autem, ile aut(…). Cały rok tak. Pełen zwariowanych snów. O tym, że nie dopina mi się sukienka na plecach, o tym, że nikt nie mówi mi, że ładnie wyglądam, o tym, że nie ma jedzenia i wszyscy są bardzo źli i nikt nie chce nawet spojrzeć w stronę pary młodej. Albo że wywala się tort. Taki sen. Nie przy wszystkich gościach nawet, tylko się wywala jak go koleś stawia na stelażu. Stawia go, stawia, tort się wywala, koleś nie robi nic, żeby go ratować, bo taki jest zdziwiony tym, że tort może się wywalić, ja się łapię za buzię i się budzę. Albo rozmowy dziewczynom nagrywane na whatsapie, w których staram się zdusić pisk radości, a na które one mi odpowiadają – wariatki – za bardzo się tym przejmujesz, nie przejmuj się tak, myląc moją ekscytację ze zwariowaniem. A ja się cieszę tylko. Na ten cały ślub. Że będę przysięgać na całego, na życie całe, że Tomek tak samo, że będę siedzieć przy stole i patrzeć na wszystkich jak pochyleni w klipsach i koralach, z różem na policzkach, jedzą sobie rosół z makaronem, a makaron im opryskuje eleganckie stroje, a później tańczą do muzyki, do której normalnie nie tańczą, i na chwilę wracają do stołów, na kolejny toast, zanim na ten parkiet śliski, a z parkietu zaraz znowu do miski. Cieszę się. Cały czas się cieszyłam. Choć i trochę pod nosem kurwiłam, jak mi facet powiedział na przykład, taki tort, że biszkopt i bita śmietana, no, proszę panią to będzie 960 złoty. No, proszę pana, to mi się przyda do anegdoty. Cieszę się, bo zawsze szłam na wesele do kogoś, a tym razem wesele będzie moje, z mojej będzie okazji, na pewno moje ciotki mówią do telefonu komuś, do Gosi na wesele idziemy wtedy, a moje koleżanki innym koleżankom piszą, no Gośka się hajta, masakra jak ten czas leci. Cieszę się, bo po ślubie są zwykle dzieci.

985f42161d19404e88e27809a33136df_830x830

 

kurz

Trochę wariuję już, trochę dlatego, że któryś z kolei dzień choruję, i to choruję książkowo tak, że leżę z książką, z serialem, otoczona wiankiem higienicznych chustek, które z higieną nie mają nic wspólnego już, leżę otoczona wiankiem herbat z cytryną, imbirowych naparów, wrzątkiem z cytrusami. Piję jak szalona, piję cały czas, wierząc głupio, że tylko ten wrzątek mi pomoże, tylko on rozpuści ten syf w gardle, które moje gardło jest otwartą i palącą raną, moje gardło każe mi rzęzić do telefonu i popiskiwać, każe mi szeptać do psa, żeby nie wchodził do wody, podczas gdy pies jest osiemnaście metrów przede mną, każe mi mówić Tomkowi sto razy, ścisz muzykę, proszę, bo boli mnie głowa, podczas gdy Tomek nie słyszy, bo ma muzykę za głośno, nie mam żadnej kontroli nad moim głosem i gardłem, chciałabym wsadzić sobie w nie rękę i wyciągnąć tę kiść bakterii, co tam przyjechały na obóz, rozbiły namioty i skaczą z wielkiej wysokości do wodospadu gorących herbat z cytryną, do macierzanek, lipy i korzenia lukrecji, które piję jak szalona, wierząc głupio, że tylko to mi pomoże, nic mi nie pomaga, trochę wariuję już. Trochę wariuję już, bo się od tej choroby napatrzyłam w internet za wszystkie czasy, napatrzyłam na straszne gówno, co się teraz w internecie dzieje, na durnych ludzi, co jedzą kolorowe jedzenie na instagramach i robią senne miny po tym jak ubrali się w zamszowe kozaki i sukienki z frędzlami, i robią zdjęcia z otwartymi ustami i przymkniętymi oczami, i retuszują sobie wypryski na buziach, które mają być przecież gładkie tak jak gładkie są ich lunchowe zupy i potreningowe szejki, wszyscy chcą być seksowni i pociągający, dlatego dziewczyny na instagramach prześcigają się w chudych brzuchach i sterczących sutkach, a najgorsze, że te dziewczyny mają tysiące wejść na te swoje strony, wydają książki jak żyć i być, a mi się chce wyć. I nie dlatego, że wiem lepiej i jestem mądrzejsza, ale temu, że takie mamy czasy. Że życie to jest płaszcz za kolano, gołe nogi i koszulka z odważnym napisem. Że życie to jest mocna szminka na ustach i róż na policzkach. Życie to jest zwiedzanie Tokio w kolczykach z Batmanem. Życie jest wtedy jak masz pokolorowane pazury u stóp, a stopy w piasku, a obok stóp zielony drink z pomarańczową rurą, a dalej książka, którą wydałaś i w której przesłanie głęboko wierzysz, że życie to uroda, a uroda to trening i zielony drink, to pół awokado posypane grubym pieprzem, co zaraz po zjedzeniu daje takiego kopa, że możesz przebiec trzy maratony, a później zafarbować sobie włosy na zielony pastel, bo to przecież naturalne i pod kolor zdrowia, życie to tylko zdjęcia, na których wychodzimy świetnie, a jeśliśmy nie wyszli to można pstryknąć jeszcze raz, życie to pstrykanie zdjęć do skutku, jestem chora i siedzę w głębokim smutku, że kiedy włączam komputer to z prawej i lewej krzyczą mi do ucha, jakim trudem się dochodzi do płaskiego brzucha, zewsząd widzę sportowe stroje i buty, wszyscy teraz latają w sportowych strojach i butach, na kawę, na tłustą strawę, już się sto razy złapałam, jak w  sklepach stałam, że wszyscy teraz ćwiczą, że te wszystkie panie, które mijam, wpadły tu w tych leginsach z rażącym pasem i w rażących butach prosto z treningu, że pewnie kupują truskawki i awokado, bo wyczytały w internecie o nowej sałatce, truskawki i awokado, gruboziarnisty pieprz, oliwa i jabłkowy ocet, i to jest odkrycie na sto procent, w tym tygodniu wyszło, że awokado świetnie robi na skórę, a truskawka świetnie zwalcza raka, choć jak się przesadzi to może być sraka. Już się dałam złapać nie raz, że te panie tak tylko sobie te getry noszą sportowe, te zegarki liczące kroki i kalorie, kiedyś tak nie było. Kiedyś się zjadło kotleta z ziemniakami, a później rabarbarowe ciasto bez dodatkowego wystroju, bez żadnych mazów na talerzu z tymiankowego dżemu, czemu tak już nie jest, czemu? Czemu chce mi się płakać po zjedzeniu banana albo trzeciego w ciągu dnia jabłka, czy mój mózg to bezglutenowa papka? Bo to przecież nie tak, że ja nie ulegam, że ja nie biegam, i że nie mam butów w rażący róż, to raczej tak, że mi się trochę nie chce już, że to są jakieś wyścigi na podobanie, na świata podbijanie, na wydęcie ust, na ponętny biust i najtwardsze uda, mi się to nie uda. Któryś z kolei dzień choruję, w polarze i czapce, przy ciepłej herbatce, nie biegam nic, tylko kicham, przeglądam ten cały syf i dużo prycham. I mi się nie chce już. Ważniejsze sprawy pokrył kurz.

IMG_20170513_175728

Fota iście instagramowa, którego instagramu nie mam, a którą zrobił Tomek, stając na wyro, co widać. Pies siedział nie pod przymusem. Pies dużo siedzi, kocha siedzieć.