emiGRACJA, odc. 1

Prawie siedem lat temu było tak, że mieszkam sobie we Wrocławiu, mieszkam, nagle otrzymuję telefon od koleżanki, ona mi mówi, Gośka, dzwonili z tego biura, czy chcemy jechać do Holandii na te kurczaki, cośmy trzy miesiące temu się zgłaszały, dawaj jedziemy, wyjazd pojutrze, ja mówię, jak kurwa pojutrze, ona mówi, no kurwa pojutrze, i myśmy pojechały. Była druga w nocy jak ten bus po mnie przyjechał do Wrocławia, cały był nabity ludźmi, w busie było cicho od ludzkiego spania, siadłam w fotelu i ścisnęłam tę koleżankę za ramię, bo ona siedziała fotel przede mną i nie bardzo mogłyśmy gadać, choć tyle było w nas emocji. Najmocniej to się bałam. A najbardziej tych kurczaków. Jechaliśmy tysiąc godzin w niewygodzie, w zimnie i chłodzie, a zaraz w gorącu i pełnym słońcu, aż w końcu dotarliśmy do Niemiec, tam się okazało, że w Holandii jest przeludnienie, nie ma zakwaterowań, musimy zostać tu i koniec. Zawieźli nas na takie osiedle jednorodzinnych domów, tam dali mnie z koleżanką i jeszcze dwie dziewczyny do domu, w którym było już dwóch chłopaków, te chłopaki z przymrużonymi oczyma oprowadzali nas po pokojach, niewiele mówiąc. Było ciepło, więc wyszliśmy na zewnątrz, podjechał jakiś chłopak czerwonym samochodem i spytał, czy chcemy wagon polskich papierosów, bo ma tanio, myśmy nie chciały, on się zapytał, nowe tu jesteście, hehe, kiedy żeście przyjechały, no to zajebiście, a gdzie macie robić, w kurczakach, no to, kurwa, powodzenia, hehe, nie no, nie będę nic gadał, same zobaczycie, co nie, Łuki? A Łuki to był ten chłopak ze zmrużonym okiem, który nie powiedział nic tylko stał z ponurą miną i głową do góry. Zadzwoniłam do mamy i powiedziałam, że wszystko dobrze, że mamy duży dom, jest ciepło, zaraz poznamy okolicę. Okolicę obchodziło się w kwadrans, okolicą było osiedle domków jednorodzinnych, przed wszystkimi domkami siedzieli Polacy, Słowacy i Czesi, i albo rozpalali grille, albo pili piwo i jedli chipsy, z małych magnetofonów leciały hity sezonu, za kilka godzin różne dziewczyny do tych hitów różne robiły miny i różne ruchy biodrami. Powiedziano nam, że weekend mamy wolny, że pracę zaczniemy od poniedziałku, mamy chwilę, żeby się rozpakować i zadomowić. Dowiedziałyśmy się o systemie pracy, że wcale nie musimy na te kurczaki iść, że będą nas rzucać od firmy do firmy, może być, że w poniedziałek tu, we wtorek tam, że będziemy się z dnia na dzień dowiadywać, że firm jest milion, lepsze i gorsze, na kurczaki to najbardziej przejebane jechać, kurczaki to gnój i smród, są fajne też firmy, najlepiej płacą w chłodniach i na nockach, ale to trzeba dobrze trafić, żeby cię wzięli. Jak parę razy pochodzisz i cię firma polubi to dzwoni do biura i mówi, żeby cię przysyłali, czasami nawet ci dają kontrakt, wtedy to jak pączek w maśle. Żeby się dowiedzieć, kto gdzie pracuje, trzeba było chodzić na wiatę, gdzie wisiały listy z nazwiskami, nazwą firmy i godziną wyjazdu doń. Bo większość tych firm była w Holandii. Naszą pierwszą firmą był Heineken. Wyjazd o północy, praca od drugiej do dziesiątej rano. Wszyscy nam zazdrościli i gratulowali, że super start, nie dość, że piwko, hehe, to jeszcze nocka, większa kaska, a już w ogóle będzie zajebiście jak nam się uda wytrwać do piątku, w piątki wszystkie firmy w Holandii rozdają swoim pracownikom prezenty, więc jak ktoś pracuje przy piwie to dostaje zgrzewkę piwa. Ktoś, kto pracuje w majonezach, te majonezy ma, ktoś od ciastek ciastka, od kurczaków kurczaki, a jak ktoś robi przy plastikowych donicach to ma w każdy piątek od firmy plastikową donicę. Później się wszyscy na ośrodku tym wymieniają. Wszyscy jedzą te same na ośrodku kury, majonez i ciastka. I w tych samych donicach nikt na ośrodku nie zapuszcza żadnych korzeni. Moja pierwsza praca na emigracji, prawie siedem lat temu, to była praca w Heinekenie, od drugiej w nocy, w noc moich 27 urodzin, stałam tam na zgrzewce od piwa i na piwa patrzyłam, czy wszystkie etykiety równo, obok stała moja koleżanka, sprawdzając, czy wszystkie kapsle dobrze, a dalej ktoś jeszcze, czy aby do pełna nalane. Przez prawie osiem godzin znalazłam trzy nierówne etykiety i biło mi od tego serce. Później zasnęłam, opierając łokcie na chudej belce, zasnęłam na stojąco, i mnie nie wzięła ta firma do piątku aż i nie dostałam za darmo tych piw, których wszyscy moi nowi koledzy nie mogli się doczekać. Musieli polskim bekać.

DSC03742

czy wszystko jest do bani?

Uwielbiam takie poranki, że w ogrodzie świeci słońce, pręży się czerwony w zieleniach kwiat, czarny pies leży, ja w trzynastu różnych kolorach siedzę, lubię taki czas, choć taki czas marnuję, a wcześniej sobie obiecuję, że nie tym razem. Zatrzymałam się na tym etapie, w którym wychodzi się na ogród z kubkiem napoju i książką, by odpoczywać przy napoju i książce, zatrzymałam się w tym miejscu. W tym miejscu, gdzie stoję w progu domu, z kubka paruje gorąc, a książka pod pachą, ja stoję i ani kroku dalej, zatrzymałam się w tym miejscu lata temu, stoję, patrząc w ogród i marząc, jak byłoby świetnie odpocząć z książką i gorącym piciem, byłoby świetnie zrobić dziś coś innego niż wczoraj, ale nie będzie świetnie, bo zawsze robię to samo, co wczoraj, bo mam kilka scenariuszy na dzień i zero skoków w bok, słońce świeci, lecz nie dla mnie, morze możliwości, które może kiedyś, choć słowa kiedyś, może i morze to są słowa ratunkowe, słowa pontony, których się chwytam, by nie utonąć w powracających falach tego samego. Zatrzymałam się w tym miejscu, w którym słońce świeci dla innych, dla mnie gaśnie, w którym ja na słońce nie zasługuję, wszyscy inni tak, wszystkie moje koleżanki z fejsbuka zasłużyły na słoneczko, na fotografowanie swoich zgrabnych ud z psychologicznym poradnikiem między nimi, podziwiam moje koleżanki z fejsbuka, że mają czas pstrykać sobie jeszcze do tego fotę, podczas gdy ja nie mam czasu wyjść nawet na ogród, bo cały czas kopię siebie po dupie, że źle, za mało, za dużo, nie tak, cały czas siebie samą ganię i sobie robię krzywdę, bo wychodzi, że jestem swoim największym wrogiem, choć powinnam być bogiem, moje koleżanki z fejsbuka relaksują się i relaksem dzielą na fejsbuku, ja nie wiem, jak się relaksować nawet, jak tylko siadam na moment, na tym ogrodzie dajmy, z książką i napojem, jak tylko siadam myśli lecą do mnie jak pszczoły do miodu, natarczywe myśli, od których trzeba wstać i najlepiej biec przed siebie, godzinami, uciekać od tych myśli, że tu ci brakuje, tego nie masz, to źle, to najgorzej, nie wiem, od kiedy to mam, że sobie nie odpuszczam, że jak zjem chleb to mam wyrzuty sumienia, mam 33 lata i wyrzuty sumienia po zjedzeniu kromki chleba, mam 33 lata i zaburzoną relację z jedzeniem, zaburzoną relację z lustrem, brzuchem i biustem, wszyscy moi znajomi obiecują sobie, że od dzisiaj pięć słówek z niemieckiego, za miesiąc będę umiał 150, obiecują sobie od dzisiaj co wieczór sto brzuszków, robią te brzuszki tydzień czy dwa, później przestają, później mija czas i oni mówią, ale bym teraz miał, gdybym te brzuszki robił, ale bym mówić umiał, gdybym słów nałapał, i wszyscy mają doła, wszyscy moi znajomi mają doła z powodu obietnic złożonych sobie i niedotrzymanych, czy tak było zawsze?, czy zawsze sami dla siebie byliśmy największym zawodem?, czy czuły to nasze matki, ojcowie i babki? Ja sobie obiecuję sto rzeczy dziennie, a wieczorem jak gasimy światło mi serce wali, że ładnie dzisiaj, Gosia, odjebałaś, chleba pojadłaś, chociaż przecież chleba się już w tych czasach nie je, nic nie rozwinęłaś skrzydeł do tego, a koleżanki i koledzy na pewno zaszli dziś ho ho, naoglądałaś się serialu i chuj, i po balu, i zasypiam zawiedziona sobą i na siebie zła, a pierwsza myśl rano, to że wczoraj nic mi się nie udało i jestem w plecy, dzisiaj muszę więc nadrobić, pierwsza myśl rano to presja i pośpiech, to stres i ścisk we wzdętym brzuchu, że trzeba, że muszę, że choćby nie wiem co, a już dawno nie pamiętam po co. A każdy poradnik mi mówi, cały internet mi mówi, nie patrz w tył, nie porównuj się, każdy jest inny, ty jesteś super, jesteś ładna i fajna, każdy jest ładny i fajny na swój sposób, musi to tylko znaleźć, znajdź dla siebie czas, bądź dla siebie dobra, cały internet, gdzie nie spojrzysz, uczy cię oddychać, uczy cię relaksować, kąpać się w bąblach, uspokajać i cieszyć. Nie umiemy się cieszyć, wychodzi, musimy się z internetu nauczyć. Mamy męża i psa, dom, rodzinę, ogród i słońce, mamy zaplanowane i fajne wakacje,  możliwości, talent, przestrzeń, przyjaciół, dostęp i postęp, i ni chuja nie umiemy się cieszyć. Bo ktoś inny ma do tego płaski brzuch. Ktoś inny był w Australii, a my tylko w Hiszpanii. I wszystko jest przez to do bani.

wp_20161113_002

Małgorzata Halber „Kołonotatnik z bohaterem”

czas gna

Czas gna. Jutro będzie miesiąc już jak wyszłam za mąż, ciągle jest mi od tego wyjścia smutno, że wszystko tak szybko, że było, było i nie ma, to właśnie czas tak gna, że tyle go jest przed nami, tyle się go układa, tyle się sobie obiecuje, że jak już nadejdzie ten dzień, co się na niego czeka to się ten dzień będzie minuta po minucie chłonęło, a później tego dnia nie ma, było minęło i nie wiesz zupełnie, co zrobić, i smutno patrzysz wstecz. W ogóle dużo się patrzy wstecz. Wprzód się patrzy mniej, w przód strach. Co było było, dlatego jest łatwiej, co było jest oswojone, nie da się tego zmienić, trzeba się pogodzić. Choć są przecież momenty, kiedy bardzo by się chciało czas cofnąć. O jedną sekundę. O jeden wybór, jedno słowo. Najsilniej to czułam jak kiedyś upadłam na rowerze, wybijając sobie górną jedynkę. Najsilniej. Bo jechałam za szybko, bo się popisywałam. To była moja trzecia z Tomkiem randka, było mi potwornie wstyd. Wstyd i czas to najgorsze rzeczy, jakie są. Czasami chce się czas cofnąć, czasami chce się do czasów wrócić. Do tych na przykład jak Tomek przyjeżdża pierwszy raz na Islandię i jak siedzimy w maleńkim domku z czerwonym dachem, w domku jest tylko łóżko i stół, jest lipiec i nie ma nocy, siedzimy na ganku, pijąc wino i rozmawiając o niczym. Czasami Tomek jak wychodzi na dwór to mówi od razu, pachnie jak wtedy na Islandii. Bo zapach to jest kumpel czasu, zapach odsyła cię migiem, gdzieś był dziesięć lat temu, zapach ci od razu do głowy wtłacza całe obrazy, coś wtedy robił, coś jadł i pił. Tak samo muzyka, siedzisz sobie, siedzisz, malujesz paznokcie i myślisz, co na kolację, a nagle w radio bum, jakaś nuta, która cię niesie przez wody i góry do miejsc, w których byli jacyś ludzie, w których jeździłaś rowerem, a wiatr ci wiał we włosy. Wiatr jest kumplem zapachu. Nigdzie takiego wiatru nie ma jak na Islandii. Takiego wiatru, że ci wali po szybach ciepłego mieszkania, w którym przesiedziałam setki godzin z Marzeną, jedna na jednej, druga na drugiej kanapie, gadając bez znużenia w kółko o tym samym. Za te rozmowy bym dała wszystko, za ten czas, którego tyle było, który był na co dzień, a później Tomek powiedział, Irlandia Północna i nie ma już, minęło, jak miesiąc temu wesele moje, jak mija wszystko, co fajne i niefajne, całe nam mijają lata, teraz mam trzydzieści trzy, a kiedyś mi się wydawało, że trzydzieści to już koniec życia, to tylko nuda, praca w biurze, mąż i dziecko, ciuchy dla dziecka, plecak do szkoły, kredki i piórnik, to czasami grill z rodziną, dwa piwa w puszce, kiedyś tak mi się wydawało, dzisiaj myślę, że prawdziwy koniec jest po czterdziestce, za siedem lat zmienię zdanie, czas pozwala ci zmieniać zdanie, daje dystans. Złe dystansu strony są takie, że dzieli. Daleko mi do Islandii, do Włoch, Luksemburga i Polski. A tam są dziewczyny moje. Które pięć tygodni temu zrobiły mi wieczór panieński w Gdańsku, choć żadna z nas nie jest z Gdańska. Wieczór panieński w obcym, pięknym mieście, że tylko nasza piątka, gadanie jedna przez drugą, pisk, drinki i śmiech. I pęka mi serce teraz od miłości, ale też żalu, że czas nie może się zatrzymać nigdy, że już po balu. Dziewczyny przyjechały na wesele moje, a każda była najpiękniejsza. Jakoś nie umiem uwierzyć, że tego nie ma już, że nie gadamy, a przecież tyle jest do powiedzenia, tyle jest do powiedzenia, a czas gna przecież, i raczej nie przestanie. Nie wiem skąd to nieskładne i smutne pisanie.

19125541_10213875463509217_2091230507_o

fot. jakiś pan

pohajtane

Pyknie ci to, zobaczysz jak ci pyknie. Tak mi gadali. Każdy gadał. W ogóle nawet nie zauważysz tych rzeczy, o które teraz płaczesz, że nie są po twojej myśli, bo tyle będzie rzeczy do patrzenia, że zapomnisz. A ja sobie myślę, dobra, dobra, skoro to jest – tak też gadali – najważniejszy w życiu dzień i najpiękniejszy, to przecież nie może być, że czegoś nie dostrzegę, coś mi umknie. Powinno być, że wszystko widzę, wszystkiego w pełni doświadczam, wszystko czuję. Tak było na starcie. Jak stałam oparta o ścianę kuchni i jadłam żółty ser z na głowie wiankiem, w pełnym makijażu i kole od sukienki. Tak stałam, dygocąc, że za pięć minut fotograf, że jestem głodna, że zaraz kościół i tam na bank się wywalę, tak stałam na przedzawale. A zaraz zakładałam rajtki i ni stąd ni zowąd buchnęłam wielkim płaczem, którego nie uzasadnię, a siostra wachlowała mnie tym po rajtkach kartonem. A za chwilę płakałam znów pod salonem, a później stroiłam do aparatu miny, a Tomek spóźnił się mniej niż pół godziny, ale w tym krótkim czasie już miałam myśli, że on na trasie, że autostradą zwiał od tej miłości, kiedyś wyśle mi mejla pełnego szczerości, kochałem lecz także się bałem, więc zwiałem. Więc on się spóźnił, co później wyszło, garnitur przemieniał, klęczymy razem, błogosławienia, ja znowu wyję – to niepojęte – cały ten początek dokładnie pamiętam. Że padał deszcz, że mi pod domem dziewczyny moje, że wszyscy mieli piękne stroje, że do ołtarza i spod ołtarza, to się raz jeden w życiu zdarza. Później była sala i życzenia, i to była jedyna tylko sytuacja, żeśmy z każdym zagadali, to jest kosmos – osiemdziesiąt ludzi na sali. Przy kotlecie i rosole patrzyłam po stole, patrzyłam na ludzi i kwiaty, bo tyle było kwiatów, na te wszystkie rzeczy patrzyłam, co mi wszyscy mówili, ty tego nawet nie zobaczysz, wszystko było cacy. W ogóle wszystkich z osobna mogłabym chwalić, że tyle z siebie dali, ale tylko Tomka ściskałam za rękę, mu mówiąc, to wszystko dla nas i z naszego powodu, tyle zachodu. Najmocniej mi smutno z tym weselem, że wszystko tak szybko, że jak pstryknięcie palcem. Jak byłam na innych weselach to mi czas leciał inaczej, to jadłam i piłam, mówiłam, mówiłam, tu teraz wszystko szybko i krótko, dwie łyżki zupy, parkiet i goście, głód i odciski, dużo miłości, ludzie, których nie widziałam sto lat, a którym zdołałam jedynie wypiszczeć to w uszy, gorzko, gorzko, wszystkich bardzo suszy, więc toast za toastem, ciasto za ciastem, tort, gulasz i flaki, dziewczyny, chłopaki, wszystko jak karuzela, świat się kręci, dech zapiera, tu ludzie, tam ludzie, tu macha ktoś, bym przyszła, więc idę, tu jednak mnie ktoś na parkiet, więc tańczę, z parkietu mnie ktoś na dwa słowa, a inny ktoś do zdjęcia, a przecież jestem już dziewczyną nie do wzięcia, miała matka syna i niech żyje wolność, ślubuję ci miłość i wierność, dozgonność, barszcz i krokiety, dialogowe bzdety, niech im gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie, babskie ploty, męskie baśnie, miłosna sesja przy torach i w parasolach, film miłosny i radosny, gości łzy i komplementy, pocałunki i prezenty, hej sokoły i volare, gdzie ma godność, gdzie morale, czy tę suknię to uszyto, sue, sue, despasito, będzie zabawa, będzie się działo, znowu nocy będzie mało, jakiś wujek, jakaś ciotka, tam słonecznik, tu stokrotka, trza być w butach na weselu, na parkiecie nas tak wielu, mój jest ten kawałek podłogi, w górę ręce, w górę nogi, ja już w rajtkach jak wariatka, dzisiaj żona, jutro matka, galaretym nie pojadła, tyś już pani, już nie panna, oczepiny strasznie krótkie, podaj wódki, nalej wódkę, gorzko, gorzko po raz setny, czy ten wieczór nie jest świetny, smutno mi, że to pyknęło, było, było i minęło, cały rok przygotowania, jedna noc celebrowania.

Wszyscy mi mówili, pyknie. Nikt nie mówił o zmęczeniu. I o tym, że będę smutna. Nikt nie mówił o zakwasach. I że jak znów będę w lasach to będę dzień mieć jak dziś mam, że się cały czas zamyślam, nad tym, że zmieniam nazwisko, a z nazwiskiem zmieniam wszystko.

19225091_1796230217059210_812046778357523167_n

przygotowania do ślubu część ostatnia

Mi się wydawało, że przedwesele to jest, że ja się kąpie w mleku, a wszyscy wokół mnie robią rzeczy i tylko pytają, a powiedz, a jak się czujesz, że będziesz żoną, bo są strasznie ciekawi, i albo mi zazdroszczą, i temu chcą wiedzieć, by się rozmarzyć, albo chcą sobie przypomnieć te emocje, co je też mieli, jak w tym mleku siedzieli. A wychodzi, że ja słyszę z każdej strony, Małgosia, jeszcze to trzeba, dziecko, o tymście nie pomyśleli, jeszcze to i to, tamto, owamto, a ja czuję zmęczenie i irytację, i w ogóle nie zanosi się na szczególne traktowanie czy bycie królową. Jest pierwsza w nocy, mi się chce płakać ze zmęczenia, a robota jest do zrobienia, jutro jest ostatni dzień, myślałam, że to będzie, że ja sobie podumam w bujanym fotelu, jedna noga pod brodą, druga puszczona, ja zaraz żona, że ja sobie siedzę, patrzę w niebo i opalam buzię, paznokcie mam całe pod sukienkę, cerę piękną i lśniące włosy, wszyscy mi zazdroszczą, że będę w centrum uwagi, i że jaka ja ładna, a wychodzi, że mam odcisk z buta na każdym palcu, pięty nieporobione, nogi nieogolone, a brzuch smętnie wisi, pełen sałatek jarzynowych i bigosu, to jest żart losu. W tym wszystkim jest trochę strachu, że się wywalę w kościele, że długo nie wstanę w niedzielę, że mi wszystko śmignie hops hops, z mojego bycia singlem klops.

Buziaczki

 

FB_20150515_15_19_49_Saved_Picture

przygotowania do ślubu cz.5

Za trzy tygodnie rano najpewniej będę jechać na salę weselną, żeby wszystko pozbierać, butelki po wódce, słoiki po świeczkach, jakąś po kimś pierdę, co ktoś na pewno po pijaku porzuci, a później wyśle smsa, z tego wszystkiego zostawiłem buty. I na myśl o tym teraz, że po cudownej zabawie zostaną lekko wzdęte ciała balonów, imponująco wygięte sylwetki świec, na parkiecie górki konfetti z bryzgiem niesymetrycznych plam po majonezowej sałatce i czekoladowym cieście, a wszystko pod kruszonką z organicznego piasku i błota, smutno mi. Smutno mi na ten krajobraz po zabawie. I że wszyscy wyjadą z tego zakątka Polski w większe światy i znowu nie zobaczę ich pół roku czy rok, i taka będę nienasycona tym spotkaniem intensywnym a krótkim, pełnym pocałunków w policzki i komplementów, pełnym wykrzykników i zatykania sobie ręką buzi. Taka będę nienasycona, żeby siedzieć i gadać o tym co było, żeby mi moje wesele opowiedział ktoś, kto je widział z innej perspektywy, bo moja perspektywa będzie taka pewnie, że te policzki uszminkowane ustami cioć i udrapane brodami wujów, te komplementy jak konfetti sypnięte z góry do dołu, kolorowe i lekkie, zdjęcia, na których raz jeden w życiu wyglądam dobrze, gratulacje i dotykanie uchem ramion w geście, no po prostu nie mam słów. Za trzy tygodnie pani od sali zapyta, no i jak się młodzi bawili, a ja w jednej pomyślę chwili – krótko! – rachu ciachu to strzeliło, cały rok był gadania, jaki wiodący kolor, jakie dodatki, czy jakieś upominki dla gości, ile w ogóle gości, ile będzie dzieci, gdzie posadzić dzieci, czy dodatkowe noclegi trzeba, kto gdzie usiądzie, ci nie mogą usiąść razem, bo się pozabijają, ten jak będzie siedział naprzeciwko to tamtemu będzie niezręcznie pić, jakie picia, cola, soki, ile wódki, wódki, żeby nie zabrakło, że zostanie to się nie martw, hehe, jak zostanie to się wypije, to jest najmniejszy problem, byle nie zabrakło, na weselu ludzie lubią wypić, jakie jedzenie, tu kucharki dobrze gotują, krokiety, galarety, wszystko będzie, tylko teraz nie wiem, czy bigos dawać, co panie myślą, to będzie czerwiec, gorąco, bigos ciężki, kapusta, kiełbasa, z drugiej strony jak by nie dać to będą gadali, z ciast to najlepiej sernik idzie, fajny, lekki, jakieś można jeszcze ciasto z galaretką dać, ludzie słodkiego nie jedzą dużo w gorącu, bardziej dzieci, dzieci na słodkie to zawsze, i na colę, bardziej bym postawiła na wiejski stół, tu w Kłodzku dobre wędliny ma facet, można zapytać, chleba skroić, ogórków kwaszonych dać, smalcu, i zagrycha jak znalazł, jaka sukienka, na pierwszy dzień, na drugi, jakie buty, pierwsze, drugie, jakie włosy, co z włosami, z paznokciami co, z biżuterią, dodatkami, co z kwiatami, ile kwiatów, jakie kwiaty, co na sali, co przed salą, jakim autem, ile aut(…). Cały rok tak. Pełen zwariowanych snów. O tym, że nie dopina mi się sukienka na plecach, o tym, że nikt nie mówi mi, że ładnie wyglądam, o tym, że nie ma jedzenia i wszyscy są bardzo źli i nikt nie chce nawet spojrzeć w stronę pary młodej. Albo że wywala się tort. Taki sen. Nie przy wszystkich gościach nawet, tylko się wywala jak go koleś stawia na stelażu. Stawia go, stawia, tort się wywala, koleś nie robi nic, żeby go ratować, bo taki jest zdziwiony tym, że tort może się wywalić, ja się łapię za buzię i się budzę. Albo rozmowy dziewczynom nagrywane na whatsapie, w których staram się zdusić pisk radości, a na które one mi odpowiadają – wariatki – za bardzo się tym przejmujesz, nie przejmuj się tak, myląc moją ekscytację ze zwariowaniem. A ja się cieszę tylko. Na ten cały ślub. Że będę przysięgać na całego, na życie całe, że Tomek tak samo, że będę siedzieć przy stole i patrzeć na wszystkich jak pochyleni w klipsach i koralach, z różem na policzkach, jedzą sobie rosół z makaronem, a makaron im opryskuje eleganckie stroje, a później tańczą do muzyki, do której normalnie nie tańczą, i na chwilę wracają do stołów, na kolejny toast, zanim na ten parkiet śliski, a z parkietu zaraz znowu do miski. Cieszę się. Cały czas się cieszyłam. Choć i trochę pod nosem kurwiłam, jak mi facet powiedział na przykład, taki tort, że biszkopt i bita śmietana, no, proszę panią to będzie 960 złoty. No, proszę pana, to mi się przyda do anegdoty. Cieszę się, bo zawsze szłam na wesele do kogoś, a tym razem wesele będzie moje, z mojej będzie okazji, na pewno moje ciotki mówią do telefonu komuś, do Gosi na wesele idziemy wtedy, a moje koleżanki innym koleżankom piszą, no Gośka się hajta, masakra jak ten czas leci. Cieszę się, bo po ślubie są zwykle dzieci.

985f42161d19404e88e27809a33136df_830x830

 

kurz

Trochę wariuję już, trochę dlatego, że któryś z kolei dzień choruję, i to choruję książkowo tak, że leżę z książką, z serialem, otoczona wiankiem higienicznych chustek, które z higieną nie mają nic wspólnego już, leżę otoczona wiankiem herbat z cytryną, imbirowych naparów, wrzątkiem z cytrusami. Piję jak szalona, piję cały czas, wierząc głupio, że tylko ten wrzątek mi pomoże, tylko on rozpuści ten syf w gardle, które moje gardło jest otwartą i palącą raną, moje gardło każe mi rzęzić do telefonu i popiskiwać, każe mi szeptać do psa, żeby nie wchodził do wody, podczas gdy pies jest osiemnaście metrów przede mną, każe mi mówić Tomkowi sto razy, ścisz muzykę, proszę, bo boli mnie głowa, podczas gdy Tomek nie słyszy, bo ma muzykę za głośno, nie mam żadnej kontroli nad moim głosem i gardłem, chciałabym wsadzić sobie w nie rękę i wyciągnąć tę kiść bakterii, co tam przyjechały na obóz, rozbiły namioty i skaczą z wielkiej wysokości do wodospadu gorących herbat z cytryną, do macierzanek, lipy i korzenia lukrecji, które piję jak szalona, wierząc głupio, że tylko to mi pomoże, nic mi nie pomaga, trochę wariuję już. Trochę wariuję już, bo się od tej choroby napatrzyłam w internet za wszystkie czasy, napatrzyłam na straszne gówno, co się teraz w internecie dzieje, na durnych ludzi, co jedzą kolorowe jedzenie na instagramach i robią senne miny po tym jak ubrali się w zamszowe kozaki i sukienki z frędzlami, i robią zdjęcia z otwartymi ustami i przymkniętymi oczami, i retuszują sobie wypryski na buziach, które mają być przecież gładkie tak jak gładkie są ich lunchowe zupy i potreningowe szejki, wszyscy chcą być seksowni i pociągający, dlatego dziewczyny na instagramach prześcigają się w chudych brzuchach i sterczących sutkach, a najgorsze, że te dziewczyny mają tysiące wejść na te swoje strony, wydają książki jak żyć i być, a mi się chce wyć. I nie dlatego, że wiem lepiej i jestem mądrzejsza, ale temu, że takie mamy czasy. Że życie to jest płaszcz za kolano, gołe nogi i koszulka z odważnym napisem. Że życie to jest mocna szminka na ustach i róż na policzkach. Życie to jest zwiedzanie Tokio w kolczykach z Batmanem. Życie jest wtedy jak masz pokolorowane pazury u stóp, a stopy w piasku, a obok stóp zielony drink z pomarańczową rurą, a dalej książka, którą wydałaś i w której przesłanie głęboko wierzysz, że życie to uroda, a uroda to trening i zielony drink, to pół awokado posypane grubym pieprzem, co zaraz po zjedzeniu daje takiego kopa, że możesz przebiec trzy maratony, a później zafarbować sobie włosy na zielony pastel, bo to przecież naturalne i pod kolor zdrowia, życie to tylko zdjęcia, na których wychodzimy świetnie, a jeśliśmy nie wyszli to można pstryknąć jeszcze raz, życie to pstrykanie zdjęć do skutku, jestem chora i siedzę w głębokim smutku, że kiedy włączam komputer to z prawej i lewej krzyczą mi do ucha, jakim trudem się dochodzi do płaskiego brzucha, zewsząd widzę sportowe stroje i buty, wszyscy teraz latają w sportowych strojach i butach, na kawę, na tłustą strawę, już się sto razy złapałam, jak w  sklepach stałam, że wszyscy teraz ćwiczą, że te wszystkie panie, które mijam, wpadły tu w tych leginsach z rażącym pasem i w rażących butach prosto z treningu, że pewnie kupują truskawki i awokado, bo wyczytały w internecie o nowej sałatce, truskawki i awokado, gruboziarnisty pieprz, oliwa i jabłkowy ocet, i to jest odkrycie na sto procent, w tym tygodniu wyszło, że awokado świetnie robi na skórę, a truskawka świetnie zwalcza raka, choć jak się przesadzi to może być sraka. Już się dałam złapać nie raz, że te panie tak tylko sobie te getry noszą sportowe, te zegarki liczące kroki i kalorie, kiedyś tak nie było. Kiedyś się zjadło kotleta z ziemniakami, a później rabarbarowe ciasto bez dodatkowego wystroju, bez żadnych mazów na talerzu z tymiankowego dżemu, czemu tak już nie jest, czemu? Czemu chce mi się płakać po zjedzeniu banana albo trzeciego w ciągu dnia jabłka, czy mój mózg to bezglutenowa papka? Bo to przecież nie tak, że ja nie ulegam, że ja nie biegam, i że nie mam butów w rażący róż, to raczej tak, że mi się trochę nie chce już, że to są jakieś wyścigi na podobanie, na świata podbijanie, na wydęcie ust, na ponętny biust i najtwardsze uda, mi się to nie uda. Któryś z kolei dzień choruję, w polarze i czapce, przy ciepłej herbatce, nie biegam nic, tylko kicham, przeglądam ten cały syf i dużo prycham. I mi się nie chce już. Ważniejsze sprawy pokrył kurz.

IMG_20170513_175728

Fota iście instagramowa, którego instagramu nie mam, a którą zrobił Tomek, stając na wyro, co widać. Pies siedział nie pod przymusem. Pies dużo siedzi, kocha siedzieć. 

Bonus

U nas w domu to jest tak, że podkładamy głos psu. To niedorzeczne, że on nie mówi. Mówimy więc za niego, myślę, że robi to większość mam i tat. Tylko u nas w domu to to jest na całego. Nad naszym psem wisi bezustannie chmura, w którą wkładamy różne słowa, nasze życie to komiks i Psie Sucharki. Mówię raz do Tomka, wyobraź sobie, że mu nie podkładamy głosu. Wyobraź sobie, że pytasz go o coś, a on nie odpowiada. Mówię mu, spytaj go o coś. I Tomek pyta Bonusa, Bonus, co byś chciał robić, a Bonus nic, Bonus, co z tobą, nie chcesz z nami gadać, a Bonus milczy, machając ogonem. I Tomek mówi do mnie, Gośka, weź przestań, niech on mówi. Takie było niezręczne dla nas milczenie jego. Zdarza się na przykład, że idę z nim na spacer, Bonus jest kilometr przede mną, ja do niego mówię, choć to mówię sobie pod nos, Bonus, co żeś tak poleciał, a on odpowiada mi – choć po prawdzie widzę tylko jego dupsko z ogonem – lecę, Gosia, za tymi zapachami, pachnie tu jakby kto wylał fiolkę psich perfum, nie wytrzymam. I sama się śmieję z tej naszej rozmowy, i mówię mu – a przecież sobie mówię! – ty jesteś taki durny, Bon. Albo na przykład jem sobie śniadanie, jem sobie owsiankę z jabłkiem i cynamonem, a Bonu stoi z uszami puszczonymi i patrzy żebraczym okiem na łyżkę, co maluje niewidzialne tęcze między buzią moją a talerzem. Patrzy, aż mu w końcu podsuwam tą miskę pod nos i mówię, durny, to jest jabłko, nie kochasz jabłek. Na co on odpowiada, kocham, Gosiu. I ja się śmieję już i krztuszę tą dietetyczną papą, że ten pies mnie tak chce w jajko zrobić. Takich sytuacji jest sto. W ciągu dnia zdarza mi się raz, że jestem sama, bez chłopaków. I to jest wtedy, kiedy chłopaki idą na męski spacer wieczorny, na wieczorną toaletę, ja mam kwadrans dla siebie. I jakoś tak jest wtedy, że mi się wydaje, że się zatrzymuje czas, że jest absolutna cisza, a po kwadransie ci wchodzą z hukiem, Bon od razu leci do mnie, żeby się pochwalić, gdzie był, co robił, czy się bawił piłką i o czym gadał z Tomkiem. I po tym milczącym kwadransie następuje takie gadatliwe bum, a chwilę później zwykle idziemy spać. Znaczy ja sobie czytam, Tomek coś sobie dziubie, a Bonu kładzie się przy łóżku i mówi pożegnalnym tonem, kładę się, Gosiu, do jutra. A ja się z tego śmieję i sama do siebie robię miny, że jesteśmy tacy z Tomkiem zwariowani. A rano on wstaje i od rana krzyczy, dawajcie, wstawajcie, piękny dzień, chodźmy na dwór, idziemy na dwór, Tomek bierz piłkę i dawaj na dwór, hop, hop, hop, i daje nam piłkę mokrą w kołdrę i wciska nam swój mokry nos. Tyle jest rano radości. Są też mądrości. Na przykład ostatnią niedzielą Tomek wstał i w te słowa, Gośka, chciałbym, żebyśmy pozbyli się rzeczy, mam tyle koszul, których nie noszę, na kominku stoi tyle barachła, naoglądał się – słowem – Tomek dokumentu o minimalizmie i od razu go przekonali, żeby powywalać, co się ma, bo teraz modnie nie mieć nic, i patrzy się Tomek w tą szafę, i na mnie patrzy, żebym swoją może szafę też wywaliła, żebym sobie zostawiła jedne spodnie i jedną koszulkę, a Bonu patrzy po nas i mówi, pewnie, że tak, ja nie mam nic, tyle co piłkę i obrożę, po co to więcej mieć, i tak faktycznie jest, ten pies nie ma nic swojego, nie ma, że pójdzie do sklepu i kupi sobie kilo mięsa i zje pod sklepem, ten pies nie ma pieniędzy. Ani pracy. Nie ma kumpli, nie ma nieprzyjaciół, ma tylko nas i swoją do nas miłość, ma zaufanie i wieczną chęć spacerowania, ma krótkie drzemki przetykane podnoszeniem uszu, kiedy ja ruszę ręką czy nogą, ma tęsknotę, kiedy nas nie ma, i wszystkie zęby ma na wierzchu, kiedy coś zmaluje. I to jest pies szalenie szczęśliwy. Mówisz mu, Bonu, chcesz iść na dwór, a on skacze jak zwariowany dookoła siebie, albo mu mówisz, Bąki, podsuszyć cię suszarką, a on wtedy mówi, bardzo bym poprosił, Gosiu, kocham to. A jak Tomek wyjeżdża gdzieś na trochę, my wtedy siedzimy z Bondem w jednym łóżku, oglądamy razem telewizor, jemy razem szynkę na pół, idziemy razem biegać, jeździmy na wycieczki, po prostu wszystko, wszystko można robić z psem, o wszystkim z nim rozmawiać można, wszystko mu można powiedzieć, on będzie przy tym spokojnie siedzieć i tylko mrugać oczami, a nad wami wzbiorą chmury, w które sama wpiszesz bzdury.

IMG-20170417-WA0001_comics

 

uro

Ja ten dzień pamiętam tak, że Tomek wychodzi do pracy już koło siódmej rano, bo mu kilka dni wcześniej mówię, w piątek musisz iść do pracy o siódmej rano, wtedy szybciej wrócisz, ja mam  dla ciebie niespodziankę urodzinową. Tą niespodzianką na trzydzieste jego urodziny była zabawa ze znajomymi, których nie widział szmat czasu, a którzy wszyscy mieszkali w różnych częściach Europy. Zaprosiłam ich do nas już pół roku wcześniej. Pisałam do jego znajomych wiadomości, cześć, Tomek ma urodziny, wiesz co jest, trzydzieste, czy by nie było miło, gdybyś tu przyleciał do nas rajnerem na tort, na cały weekend, będzie to weekend na wsi, pełen zieleni i jezior, będzie wycieczka do Belfastu po trudnych dzielnicach i na pizzę, będzie naprawdę fajnie, plus przecież Tomek też całkiem fajny, znacie się trochę, trocheście się nie widzieli, tego. I oni głównie milczeli, ci znajomi jego. Albo pisali, fajny pomysł, dam ci znać. I nie dawali. I ja pisałam znowu, cześć, kurde, bo się martwię, bo jak nie przyjedziecie to mu muszę kupić perfumy i płytę kompaktową, no ej. A oni dalej pisali, jasne, rozumiem, zobaczę. Aż w końcu napisali, będziemy. Jeden po drugim napisali. I miałam ekipę. I miałam plan. I miałam serce na ramieniu, żeby to dograć, żeby ich położyć spać i nakarmić, żeby zorganizować czas, żeby Tomek się nie domyślił nic, nic. Nie przypuszczałam wtedy jak mało domyślny może być Tomek. Jeden z gości mógł przyjechać w środę już, bo loty miał tylko w środy i powiedzieliśmy Tomkowi, że fajna promocja, tani bilet z Reykjaviku, wpadnie do nas Michał. I Tomek nie skumał, że akurat jego urodziny, że jakaś – co mu mówiłam po sto razy – będzie niespodzianka przecież, czy ten Michał w tej niespodziance aby nie przeszkodzi. Ale też mówiłam Tomkowi, słuchaj, Michałowi pasowało przyjechać teraz, ale ja mu na wejściu powiedziałam już o twoim święcie i on zgodził się nam święty spokój dać, zorganizuje sobie sam czas jakoś, duży chłopak jest. Aż w końcu jest ta siódma rano, Tomek idzie do pracy, zamykam za nim drzwi i zaczynam piec chleb. Jeden, drugi, trzeci. I robię pasty z różnych warzyw, i biegnę do sklepu, i szoruję dom, i Monika przyjeżdża mi ze śpiworami, materacami, poduszkami i kołdrami, a kilka tygodni wcześniej mama wysłała mi paczkę z garnkami, talerzami, kieliszkami, Tomek się dziwił, po co nam to, kiedy będziemy tego używać, to zastawa na dziesięć osób, a w międzyczasie telefon nowy wpada mi do kibla i nie działa, ja płaczę w głos, Michał próbuje reperować, nie ma jednak na reperę szans, piszę wszystkim gościom, co na lotniskach, kontaktujmy się na fejsie, mi telefon do kibla wpadł, nie dzwońcie. I cały dzień się bałam, że się te samoloty w pizdu porozbijają, te ich loty były, że jeden lądował o 13, drugi o 22, cały dzień miałam głowę pełną katastrof, pełną zakalcowych chlebów, pełną past o nijakim smaku, patrzenia na zegarek pełną i jeszcze musiałam dociągnąć ściemę, że jakąś mam niespodziankę jak Tomek tylko wróci do domu. Więc się ubrałam w czerwoną sukienkę i usta czerwone, we włosy jakoś puszczone, wszyscy jego znajomi, co przyjechać nie mogli kartki wysłali urodzinowe, co doszły w piątkowe rano, a kosztowały mnie kolejne zawały, całe przyszły sterty kartek, przyszły drobiazgi od wszystkich, Michał dmuchał w ogrodzie balony, Bonus był malutki i niezadowolony, jeden pokój cały w urodziny przystrojony, ciasto miałam kupne tylko, bo już bym zemdlała, gdybym jeszcze ciasto musiała. I nagle wrócił Tomek, ja go witam winem czerwonym, czerwoną sukienką i ustami, Michał żegna się z nami, zostajemy sami, on wchodzi w ten pokój z balonami, jego oczy wypełniają się łzami. Później jemy zimnawy obiad i ciasto, ja się cały czas boję o te samoloty, w ukryciu sprawdzam więc internet, czy ktoś coś nie popisał, Tomek w tym czasie też wchodzi na fejsbuka, a tam jedna para, co będzie u nas za chwilę pisze sobie zupełnie bez pomyślunku, super jedzonko jemy sobie w Belfaście, i wrzuca jakieś zdjęcie, mi krew odpływa z mózgu, jak Tomek wymawia ich imiona, i jak patrzy się w ten komputer zasmucony, dodając, nie widzieliśmy się tak długo, mogli powiedzieć, że przyjeżdżają do Belfastu, to dla nas rzut beretem. A ja myślę sobie, uf. Nie skumał. Taki to jest chłopak mądry po doktoracie. A później siedzimy na kanapie i ja mówię, Tomek zaraz będzie niespodzianka, będziemy musieli wyjść i Tomek wie doskonale, że pójdziemy do restauracji na kolację i że może jakieś kino jeszcze po drodze czy co. Ale zanim wyjdziemy, Tomek, to chodź, proszę cię z psem. Padało wtedy trochę, pamiętam. Pamiętam, że mieliśmy iść z psem i po drodze wpaść na Michała mieliśmy, który prowadzić miał do nas tę parę, co jadła dobre jedzonko w Belfaście, i tak faktycznie było, że oni szli w naszą stronę, że otworzyli szampana i zaczęli śpiewać sto lat, a Tomek stał oszołomiony i nie wiedział, co robić. A za chwilę wróciliśmy do domu, mi bardzo ulżyło, że choć ta dwójka przeżyła ewentualną katastrofę lotniczą, wyciągnęłam przystawki i chleb, i usiedliśmy, ja patrzyłam na Tomka, on się bardzo cieszył, było dużo wina, koniaku i szampana. I jakoś się atmosfera rozluźniła, ściemniło się jakoś, i nagle ni stąd ni zowąd otworzyły się drzwi i ktoś zaczął śpiewać kolejne sto lat, a Tomek stał i nic nie rozumiał, i widział ludzi, których widywał już tylko na zdjęciach, a nagle oni materializowali się w naszym maleńkim salonie, a Monika, która ich przywiozła, przywiozła również ogromną lasagne i gdyby nie ona to ja bym musiała po nocy chleb piec dodatkowy, tak mnie z tym jedzonkiem i materacami uratowała, sekundę tylko posiedziała, Bonus się z tego wszystkiego zsiurał na dywan, bo już nie mógł wytrzymać, taki był mały i zestresowany, wszyscy się śmiali, śmiechu było dużo, dużo koniaków, whisky i szampanów. Tomek patrzył na mnie raz po raz, przekrzywiając głowę, że zupełnie nie sądził, że taka jestem fajna, a ja jestem fajna, szczególnie, kiedy chodzi o miłość, mi się ten wpis głupio pisze, bo w całości mówi o tym, jaka jestem fajna, nie dodając, że przy tym dość skromna i zakłopotana, Tomek mnie drugi rok prosi, napisz o moich urodzinach, drugi rok cię proszę. Normalnie bym nie napisała. Ale dobra, siedzimy, jemy, gadamy, jeden drugiego przekrzykuje, przepiszcza, ja patrzę na nich wszystkich, większości nie znam, nagle się otwierają drzwi, ze mnie opada absolutnie już całe ciśnienie, bo oto jest ostatnia na dziś para, żyją, przeżyli, są, jest pierwsza w nocy, piątek, 24 kwietnia, Tomek ma zabawę życia, ja się upijam winem i zasypiam spokojna. A rano się budzę, że trzeba śniadanie, trzeba kanapki, pomidory trzeba, tyle ludzi w domu, w każdym pokoju ktoś, trzeba z wczoraj posprzątać, na dzisiaj porobić, dziś będzie śniadanie i spacer, a później grill i następny gość, a wieczorem zabawa  w klubie, który zarezerwowałam, wieczorem będzie tort z trzydziestką na czubku(znowu Monika!), będzie zabawa do białego rana. Taki jest plan. Patrzę jednak po ludziach i widzę, że będzie ciężko. Że jest ciężko. Niektórzy nie chcą pić nawet herbaty, a przecież herbata – wiadomo – to napój, który pomaga na wszystkie dolegliwości. Po śniadaniu jest jednak spacer, jest oglądanie zwierzątek w małym, wiejskim zoo, jest dużo słońca i spokoju, wszyscy nam komplementują jeziora i ciszę, a my chcemy tylko, czego nie mamy. Z tego zoo do domciu, na ogród, chwila moment ostatni będzie gość, trochę panikuję, bo ląduje w Dublinie i musi dojechać, musi dojechać autem, z kierownicą po prawej, dróżkami jak wąskie i kręte wstążki. Dojechał. Wszedł do ogrodu jak gdyby nigdy nic, i powiedział, siema. I już w ogóle mogłam pójść spać wtedy i wyspać cały ten stres, co mi się kumulował tygodniami. A później był grill ze stekami, później ta zabawa  w pubie z muzyką na żywo, a później spacer czterdziestominutowy, którego nie przewidział nikt, bo kto by przypuszczał, że na takiej wsi taka będzie kolejka do taksówek. A następnego dnia było śniadanie na ogrodzie, a później deser, czekoladowy i gorący, który zrobiła Karolina, a który płynął po talerzu gęstą strugą, że chciało się być z talerzem sam na sam, a się nie było. Później był Belfast i wycieczka z panem taksówkarzem, który nas wiózł wielką taksówką i opowiadał o protestantach i katolikach, o strasznych historiach i politykach, ale to jest w ogóle opowieść na kiedy indziej, ta opowieść jest o tym, że urodziny się powinno spędzać z przyjaciółmi, którzy wszyscy się porozjeżdżali po wszystkich krańcach świata, ale jak trzeba to się zbiorą i wybiorą za głębokie wody, na odległe lądy, za siedem gór i rzek, i nie dlatego, że ja jestem jakoś super zajebista. Tylko oni. I trochę Tomek.

IMG-20150503-WA0005

przygotowania do ślubu cz.4

Koleżanki mi mówią niektóre, ale ty się jarasz tym weselem, co?, a ja takie mówienie z miejsca biorę, że to źle, że się jaram, że jestem trochę głupia i dziecinna, bo jest wokoło tyle tematów do poruszania, a ja tylko, że weselne piosenki, weselne soki i desery. I że może lepiej bym tak pogadała o tym, że mi coś tam się nie udało, że któraś dziewczyna, co ją nie wiem, czy kojarzysz, ale kiedyś koło niej przechodziłaś, to ona se teraz fajnie schudła. A ja tylko wesele i wesele, niby. A mi jak tak ktoś coś wytknie, ja się z miejsca obrażam, z miejsca obiecuję sobie, że nigdy więcej tej osobie nie powiem na temat wesela nic, ale nic!, słowa, ona będzie mówić, co w ogóle z tym weselem, a ja będę mówić, a słuchaj, a jaka u was pogoda. Mam takie zacięcie mściwe już, zawsze sobie poprzysięgam zemstę, niech mi ktoś tylko raz zwróci uwagę, całe mam pamiętniki zapisane, nigdy więcej nie mów tego i tego, temu i temu. Inna sprawa, że z tego nic nigdy nie wychodzi, ja tych pamiętników wcale nie czytam. Tak czy siak, o tym weselu niby dużo. Niby za dużo tych emocji. Tej radości. Kto to widział tak przeżywać imprezę jednorazową pełną galarety drobiowej i w czerwcowy gorąc. I mi się głupio robiło jak mnie tak na ziemię te koleżanki sprowadzały. Aż sobie pomyślałam, chuja. Mam pełne prawo się cieszyć tym. Się tym weselem weselić. Bo po pierwsze, mało teraz się ludzie cieszą i emocjonują, a przecież to takie niezwykłe uczucie, kiedy sobie na przykład patrzysz w rozkład jazdy autobusów, kiedy sobie na przykład stoisz pod wiatą, a pogoda jest, że wieje i leje, i nagle taki dreszcz ci idzie po całym ciele gorący jak piorun, taki ci staje przed oczami przebłysk, że będziesz w tej sukience brokatowej życzeń od wszystkich słuchać, a Tomek będzie cię trzymał za rękę dumny i pewny. Wesele to jest taki dzień, że wszyscy moi ulubieni znajomi będą. Że wszyscy będą razem, co się niektórzy znają tylko z opowiadań. Że będzie cała rodzina moja i Tomka, bliższa i dalsza, i będą nam gratulować. Jak mam się nie emocjonować? Czemu mam udawać, że tak, bierzemy ślub, ale to nic takiego, to sprawa formalna, pomówmy, co w sztuce. Czemu niby to jest siara i wstyd, że ja się cieszę z zamążpójścia? Bo przecież nie z tego się cieszę, że polecą piosenki, my Cyganie, co pędzimy razem z wiatrem, nie to, że nie mogę się doczekać, żono moja, serce moje, a na parkiecie panie o pustym spojrzeniu utkwionym wysoko ponad ramię partnera. I nie chodzi też o panie w kwiecistych fartuchach i cielistych skarpetach, co będą nad naszymi głowami z paterami jaj w majonezie. Ale też nie mogę pozwolić na to, żeby biesiadnicy żyli tylko obrazem mojej i tomkowej miłości. Toż musi być biesiada z jajami, z majonezem i biesiadną nutą. Wesele to nie jest piątkowa domówka, na którą przyjdą trzy pary znajomych, i ja muszę z tego tytułu wyszorować kibel i porządnie za kiblem, bo mi na pewno łypną okiem. I muszę zrobić siedem sałatek, trzy desery, a alkohole zmrażać już muszę od niedzieli. A każdą szklankę obtoczyć w cukrze i pół plastra pomarańczki dać, a jak mi powiedzą komplement, machnąć ręką. Wesele się planuje i planuje, i ja nie jestem pierwszą osobą, która się o tym dowiaduje. W weselu to jest fajne właśnie, że się planuje i czeka. Że się sobie w myślach przyrzeka. Że się, jak jest smutno, w to planowanie ucieka. Wesele to jest wesoły czas, w którym się celebruje to, że dwie osoby obiecują sobie cuda, zapominając na chwilę, że życie to na co dzień straszna nuda. Plus to jest naprawdę fajne w czasach, kiedy się na okrągło zrywa, bo komuś brakowało czegoś ciut, ciut. Że mały fiat. Mały fiut.

tort