Ho la land

Gdyby rozdać Polakom rowery, pobudować im rowerowych ścieżek i kazać im poruszać się tak na co dzień to myślę, że hop hop wiele zmieniłoby się na lepsze. Pochudliby kapkę, pooddychali świeższym i pogimnastykowali się dla zdrowia. Ale w Polsce rower to się kojarzy raczej źle. Szczególnie jeśli ma się kojarzyć z osobą w wieku 50+. To to się od razu nasuwa starszy pan z siatkami na składaku. Bieda i niepowodzenie. Powodzenie i status to jak się ma samochód. Bieda i niepowodzenie to też autobus czy tramwaj. Auto to znak, że się jakoś wiedzie. Jak mieszkaliśmy w  Bydgoszczy to Tomek dzień w dzień wracał do domu wkurwiony i zły, bo korki. Jak jechałam z nim i mu opowiadałam jakieś śmieszne rzeczy z mojego wewnętrznego życia to on ich wcale nie słuchał tylko się darł, sfrustrowany, patrz jak jedzie, idiota, patrz, co zrobił, widziałaś, co zrobił, ja niewiele widziałam, bo mnie to szalenie nudziło oraz bo nie rozumiem do końca przepisów drogowych zwłaszcza, że w Polsce jest znak przy znaku i trudno się na nich koncentrować, kiedy wokół szaleńcy, kiedy policja wokół, co musi nawlepiać mandatów przestępcom przechodzącym na czerwonym, wokół chmury z wydechowych rur, na ulicach pełno dziur, samochodów stojących ciur. Tomek był wiecznie w tym autku zły. Buzię miał wiecznie napiętą, jak z Bydgoszczy do Wrocławia żeśmy to on bite cztery godziny z buzią napiętą, nieuśmiechniętą, raz po raz krzyczącą, no debil, idiota. A jak wracał z pracy do domu to w progu od razu, 40 minut jechałem, 12 kilometrów. Tak było dzień w dzień przez okrągły rok, parę razy rowerem pojechał właśnie, ale też wracał zły, że krawężniki, że auta chuje, ludzie chuje, smog i że tej Polski nic nie uratuje. A ja sobie myślę, że taki rower mógłby. Taki rower, takich ścieżek całe wstęgi. Pan tęgi byłby mniej tęgi, mniej też byłby może sfrustrowany, a bardziej skoncentrowany. Że przejechał koło lasu, że troszkę parkiem, troszkę przy jeziorze. Polska całkiem ładna, to być nie może! A właśnie byłoby, gdyby te rowery. W Holandii każdy ma rowerów ze cztery. Pan jedzie rowerem, dziecko ma z przodu, dziecko ma z tyłu, rozmawiają na całe gardła. Pani jedzie rowerem, w jednej ręce torebka, w drugiej telefoniczna rozmowa, zajęte ręce, zajęta głowa. Jeżdżą tu wszyscy automatycznie, bo od maleńkości, rower we krwi, rower w kości. Pan jedzie całkowicie siwy i w płaszczu do ziemi, dziecko maleńkie i baba z psami. Ktoś rozwozi rowerem paczki, rowerem kto inny wiezie jedzonko, zupełnie nieważne deszcz, wiatr czy słonko. A tak serio, serio to to jest póki co najfajniejsze miejsce na ziemi dla nas. Jesteśmy tu dwa tygodnie, a Tomek ani razu nie marudził. Zupełnie nie wiem, jak z nim teraz gadać. Chodzimy więc dużo w milczeniu, dużo się rozglądamy i naprawdę bardzo dużo uśmiechamy. Bonu lata po parku z innymi psami, wszystkie psy brudne są od błota, którego jest w parku bardzo wiele. Ludzie sobie stoją i rozmawiają, i nie straszne im, jak się jeden pies podgryzie z drugim, gdyż jest to zachowanie typowo psie, pies psu się, widać, nie spodobał, po psiemu się pokłóciły, coś sobie, widać, wyjaśniły, nie ma powodu ich w krzykach rozdzielać. I jest to dla mnie rzecz niewiarygodna, bo mi się te polskie psy od razu, ci polscy psów właściciele, te ich ‘pies na smycz!’ rozkazy krzyczane z balkonów, z okien samochodów, ci wiecznie sfrustrowani ludzie, którzy jak im zamajaczy na horyzoncie cień psa obcego od razu w ramiona biorą swojego, jakby im ktoś miał zabrać czy zabić. Albo w krzakach stoją po pas i czekają, aż przejdziesz ze swoim zabijaką. I faktycznie polskie psy to zabijaki rozszczekane, tak chowane, w durnym zachowaniu utwierdzane, głaskane, cacane. Tutaj nawet psy są wyluzowane. Tarzają się w błocie, pluskają się w wodzie, nikt ich nie ciągnie na smyczy przy nodze. Latają te psy za rowerami, za swoimi panami i paniami. Wszyscy uśmiechnięci, każdy ci cześć, jak leci, w Polsce to od razu, że idiota się jakiś po osiedlu kręci. Osiedle, dzięki bogu, zamknięte, chronione, przed obcym, nieznanym, na kod, kłódkę, dzwonek. Tysiąc kilometrów różnicy i różnic tysiąc. Taki rower dystans zmniejszy.  Mogę przysiąc.

IMG_0013

plany


Myślałam sobie i wszystkim wokół mówiłam, że ja to będę taką mamą, co sobie siedzi z kawą i pisze, a której dziecko siedzi obok i bawi się swoimi paluszkami czy misiem, raz po raz patrzymy na siebie cali w uśmiechach i szczęściu, raz po raz padamy sobie w ramiona, a później znowu on w miśki, ja w pracę. Tak nie jest. I nie to, że cały czas siedzę w pieluchach i płaczu, że po nocach chodzę z nim kuchnia-pokój-kibel-salon i lulam, podśpiewując. Że jestem podenerwowana, że syczę do Tomka, świat mi się cały odmienił, piję zimną kawę, jem kanapkę nad zlewem, nie jest tak. Spodziewałam się, że tak będzie, o tym czytałam i słuchałam, że nie ma czasu na nic, że małżeństwa się sypią, pranie piętrzy, a sny się nie śnią. Spodziewałam się tych wszystkich kolek, problemów z karmieniem, zmęczenia i chleba z pasztetem. Nic z tego się nie sprawdziło. Pierwsze tygodnie spędziłam w gotowości. Każdy władkowy płacz czytałam jako preludium do prawdziwego macierzyństwa, jako płacz graniczny, który oddzieli nas od słodkiego niemowlęctwa i wprowadzi w niemowlęctwo prawdziwe, pełne udręk i poświęcenia. Nic takiego. Każdy płacz kończył się po chwili, najdłużej to ze dwadzieścia minut, co ja już byłam pewna, że kolki. A on nie miał kolek. Niczego nie miał, co by miało powodować przymus jedzenia chleba z pasztetem nad zlewem i we łzach. A jednak od sierpnia piszę wpis na bloga i jakoś nie mogę, mam trzynaście pierwszych akapitów, żaden nie kończy się kropką. Może dlatego, że ciągle jestem w gotowości. Może, że ciągle jednak siedzimy razem, bo o ile Właduś jest grzeczny i cudny, o tyle wymagający. W sierpniu o porodzie pisałam, o którym porodzie myślę w każdy wtorek, licząc, ile odeń minęło. Spodziewałam się, że mi minie to, a mi nie. Bo i też słyszałam, że ten porodowy ból to się raz raz zapomina, a ja jakoś pamiętam. Choć może nie sam ból, ale tę bliskość do zwariowania i to, że nigdy nie byłam bardziej jak wtedy bezradna i przerażona. Od sierpnia próbuję i nie umiem napisać. We wrześniu Tomek dostał pracę w Holandii i cały wrzesień zastanawialiśmy się, jechać, nie jechać, a dziś piszę toto z holenderskiego apartamentu z oknem na dachy i fabrykę cygar. Niemal półroczny Władek śpi w wielkim łóżku z pierwszym w nosie katarem, ja z pierwszym jego choroby koszmarem piszę sobie, ciepłą pijąc kawę. Jest jak miało być i jest też kompletnie inaczej, niż być miało. Bo miałam na Polskę tyle planów. Taką karierę miałam na Polskę przygotowaną, karierę przetykaną intelektualną rozrywką, miałam układać miseczki w naszej na własność kuchni, miało być jak myślałam, że będzie, ale nie będzie, jak myślałam. Bo znowu wyjechaliśmy i znowu wszystko od początku, i to jest odważne, i głupie, odwaga i głupota to dwa bliźniaki. Nauczyłam się nie spodziewać nadto i nie wyczekiwać niczego. Dobrego czy złego. Albo nie nauczyłam – uczę. I tego się uczę od miesięcy, żeby nie planować, bo wszystko zmienia się pyk, pyk. Myślę, wezmę chłopców na spacer do miasta, zrobię zakupy, napiekę ciasta. A wychodzi, że ten ryczy na pierwszym zakręcie, ryk tylko narasta, dupa z miasta, dupa z ciasta. Albo przychodzą znajomi, ja bym zrobiła wymyślnych korków i wielki tort, a wychodzi, że pizza na telefon. Tyle mnie nauczyło dziecko. I to są takie lekcje, które wymagają ciągłych powtórek i korepetycji. Bo ja planuję niemal bez przerwy. Że zaraz uczeszę włosy, umyję kuchenkę i zjem drugie śniadanie. Szybko wychodzi, że tak się nie stanie. A przecież trudno nie planować. I trudno się tym nie przejmować. Niespełnione plany powodują frustrację i o sobie złe myślenie. Niespełnione zamiary udowadniają, że ci się nie udaje, że nie masz kontroli, taki brak kontroli boli. Dzisiaj znowu jestem na obczyźnie i znowu nie wiem, co będzie. Mam już kilka planów, mam plan awaryjny, ale z tyłu głowy słyszę cichuteńki śmiech. Bo jak spojrzę wstecz na te wszystkie plany, co miałam, na moje biznesy, interesy, na moją karierę, piękne sukienki i nogi do nieba, jak sobie przypomnę dorosłość, o której myślałam, kiedy byłam dzieckiem, to w tej dorosłości miałam być wysoka i miałam mieć ładnie przystrzyżone włosy, miałam mieć jasną kuchnię, mały samochodzik, miałam być czegoś właścicielką, mieć wiele na własność, a moje dzieci miały mi od początku do końca sięgać trochę za kolano. W tym roku będę miała 35 lat i żadnej z tych rzeczy, co je sobie wymyśliłam. I nie wiem, ile jest w tym telewizji, a ile mnie, ile się zainspirowałam obrazami z filmów, w których życie kończy się na pięknym pocałunku i nigdy nie wiadomo, co dzieje się później. Gdzie życie to wieczory w gronie przyjaciół na romantycznie oświetlonym patio z wielkimi szklanymi misami pełnymi kolorowych warzyw, świeżo pieczonego chleba i oliwy, z głębokimi kieliszkami wina, które nie upija, a jedynie wyciąga z gardeł wielokrotnie złożone zdania pełne mądrości i perlisty śmiech. Już sto tysięcy razy przekonałam się, że po pięknym pocałunku trzeba kiedyś w końcu rozwiesić pranie, a wino może upić tak, że się gada same bzdury. Te plany, które miałam, pełne ułożonych rzeczy, łatwości pielenia ogródka, leżenia na trawie i rodzinnego śmiania się z opryskujących nas zraszaczy to jest wszystko pic na wodę. Tego mnie nauczyło dziecko. Dziecko, które jest realne, cielesne i piękne. Które chce na ręce, chce do lustra, do w książce lwa, chce by mu robić na brzuchu radosnego pierdziocha. Nie jest jak na filmach. Nic nie kończy się piękną sentencją, nie ma ścieżki dźwiękowej, choć to by było fajne mieć soundtrack do swojego życia. Nie jest gorzej jak być miało. Po prostu założyłam coś, co się nie stało. A Władek mnie dzień w dzień uczy, żeby nie zakładać, nie planować, bo od tego tylko niepotrzebne się biorą frustracje. Naucza mnie Władek, że bardziej realne od wyobrażeń o naszej wspólnej przyszłość są jego tu i teraz lepkie małe rączki, które wyciąga przed siebie. Które świat cały chcą zagarnąć.

49544857_1451675488298978_2667038398618796032_n

Po ród, cz. 2

W całym porodzie najmocniej się bałam, że trafię na niemiłe baby, które będą mówiły mi, ale proszę pani, proszę nie dramatyzować, poród jest poród, ma boleć. Bałam się, że będę traktowana po polsku, instrumentalnie, że nikomu nie będzie się chciało ani opłacało, że baby między sobą będą opowiadały o sałatkach jarzynowych, marynacie do grillowania mięs czy innej babie, co – durna – ubrała się nie tak jak przystało. Tak się nie stało. Na porodówce wszyscy przywitali mnie miło i ciepło, ludzi tam było mnóstwo, trzy panie w trakcie porodu i ja, co idę na rzeź. Jakieś dziewczyny witały się z panią, która mnie na tą porodówkę prowadziła i mówiły jej, że dziś mają egzamin praktyczny, egzamin z przyjmowania porodu, te dziewczyny były serdeczne i dobre, w ogóle z góry wszystkim chciałam dziękować za serdeczność i dobro, bo bardzo potrzebowałam tych emocji od trzydziestu pięciu godzin. Tego, żeby mnie ktoś pogłaskał po plecach i powiedział, świetnie ci idzie, dasz radę. Potrzebowałam współczucia i braw. Otuchy i zagrzewania do walki. Żartów i uśmiechu. I przekrzywiania głowy na bok w geście zrozumienia i empatii. Łóżko porodowe było bardzo wygodne, ekipa bardzo miła, a ja ciągle jeszcze liczyłam, że kwadrans, góra dwa i dzidzię mam, i idę spać. Tomek przyszedł, podekscytowany jak nie wiem, za rękę mnie już trzymał, już z każdym gadał, co i jak, ja się z miejsca spytałam o jakiś rozweselający gaz, jakieś narkotyki eleganckie, żebym sobie trochę chociaż. Dostałam ten gaz, ale nie wiem, czy był efekt, bo rozweseliło mnie najmocniej to, że jestem już na tym etapie porodu, że jeden kwadrans, może dwa. Mhm. Po trzech godzinach darcia się z bólu, ściskania tomkowej ręki i błagania o koniec tego koszmaru dowiedziałam się, że rozwarcie jest wciąż na etapie 5 centymetrów, czyli że od trzech godzin nie zmieniło się nic. Mogłam tylko płakać z bezsilności. Bo byłam bez sił już wtedy. A jeszcze cały maraton przede mną. Bo tak mi dziewczyny mówiły, że poród to jak przebiegnięcie maratonu ze złamaną nogą. Potworny, potworny wysiłek fizyczny. I one mówiły o tej drugiej fazie porodu, kiedy rozwarcie jest pełne i zaczyna się przeć. Ja po 38 godzinach byłam w połowie fazy pierwszej. I nie wiedziałam, co robić. Tomek zasugerował kolejny prysznic, i poszliśmy faktycznie, ja tam płakałam bardzo, bardzo i ledwo stałam już na nogach, i naprawdę denerwowałam się tym maratonem, co przede mną i czy ja dam radę, skoro nie spałam tyle godzin i skoro kolejne godziny przede mną. Bo już się przestałam łudzić, że to kwadrans. Że kwartał bardziej. A jak wróciłam do łóżka to mi zaproponowano jakieś coś na przyspieszenie tego wszystkiego, co się zgodziłam z miejsca, zwłaszcza, że miało mi to trochę też ulżyć w bólu. Tiofentanyl, o. Polecam jak mało co. Pozwoliło mi to przespać się między skurczami, a mówiąc przespać mam na myśli stracić przytomność niemal. Odzyskiwałam ją na czas skurczu, bo bolał tak, że łapałam Tomka za rękę i płacząc, mówiłam mu, że nie dam rady już, nie dam. A później z największą powagą i najgłębszym przerażeniem wykrzykiwałam, że za chwilę rozerwie mnie z bólu. I nie przesadzam nic, byłam pewna, że rozerwie mnie z bólu. Na pół. I Tomek mi mówił, że tak się nie stanie, i wszyscy inni mówili mi, że tak się nie stanie, takie mogę mieć tylko odczucie, ale nie ma siły, żeby mnie faktycznie rozerwało. To tylko takie uczucie. Tylko. Boże. I że mam oddychać, to mi pomoże. Na ścianie był taki plakat dziecka, co leżało na jakiejś puchatej podusi i miało jakiś na czole kwiat, ja się patrzyłam w ten plakat, w to dziecko, bo zawsze wszyscy mówią, znajdź sobie punkt, skoncentruj się na nim i walcz. Ja się koncentrowałam na tym, że na co tym dzieciom te kwiaty na pół czoła, i że pewnie mnie tak z bólu strasznie rwie, bo to jest kara za to, że tak drwię. Każdy kolejny skurcz był jeszcze większą męką niż skurcz poprzedni, między skurczami mdlałam i do końca nie wiem, co się działo i kiedy. Wiem, że podano mi kolejne leki, że godziłam się na wszystko już, choć nie jestem pewna, czy ktokolwiek pytał mnie o zdanie. Że w pewnym momencie było przy moim łóżku bardzo dużo ludzi i że ktoś powiedział, że zaraz zacznie mi mocniej bić serce i żebym się nie martwiła. I że muszą mi podać tlen, i że mam się nie martwić nic. Nie wiem, w którym momencie zaczął się faktyczny poród, ale wiem, że znowu miałam taki przebłysk nadziei, że to kwadrans, góra dwa, że to formalność już, że przecież nie może być tak, że tyle wycierpiałam, żeby zaraz cierpieć męki kulminacyjne. A jednak! Kazano mi się położyć na boku i na czas skurczu przyciągać jedną nogę do siebie. A później bardzo szybko oddychać, żeby na szczycie skurczu przeć ze wszystkich sił. Na samo wspomnienie tego piekła robi mi się niedobrze i odruchowo sama siebie obejmuję w pasie. Nie wiem, ile było tych skurczów, bo w międzyczasie mdlałam chyba, to najboleśniejsza i najbardziej dla mnie zamglona część całego porodu. Pamiętam tylko sytuację, w której zapadła cisza. Taka na dwie-trzy sekundy. I że ci ludzie wszyscy, na których patrzyłam z dołu wymienili się spojrzeniami z doktorem głównym, a ten po chwili oznajmił, nieznoszącym sprzeciwu: skończymy to cięciem. I tylko Tomek zapytał jak to, przecież tyle godzin, ostatnia faza, trzy-cztery pchnięcia, kwadrans góra, na co doktor podniesionym głosem spytał go, czy chce mieć zdrowe dziecko? I wszystko potoczyło się w moment. Nagle ktoś przeniósł mnie na inne łóżko, a nad głową migały mi korytarzowe światła i zaraz kolejne łóżko, ktoś coś mi robił z ręką, ktoś inny jakąś maskę mi na buzię wsadzał, ktoś powiedział, musimy zdążyć przed skurczem, a ja myślałam tylko, co za niesamowita organizacja pracy, jak na kuchniach, w których tyle pracowałam, jak mróweczki w pocie czoła. Cicho i szybko. I każdy wiedział, co robić. Patrzyłam na nich z podziwem. I straszliwie się bałam o małego. Skoro to cięcie. Ten wcześniej tlen, szybsze bicie serca. I nic kompletnie nie wiedziałam, co się dzieje, a ta maska na buzi powodowała narastający syndrom klaustrofobiczny. I pamiętam, że powiedziałam, że mam skurcz następny i że chciało mi się płakać, że nie ma Tomka, ale byłam zbyt zmęczona, żeby płakać. To była moja ostatnia myśl. A później otworzyłam oczy i myślałam, że ten napad był w hiszpańskiej mennicy, co ją obrabiałam z kupy pieniędzy i miałam to nieszczęście, że trafiła mnie w brzuch kula stróżów prawa i że właśnie kończy się dla mnie zabawa. Dopiero jak mi Władka dali na pierś ja się popłakałam szalenie. A później zadzwoniłam do mamy, choć niewiele pamiętam z tej rozmowy. W ogóle niewiele pamiętam z tej nocy, poza tym, że było mi bardzo gorąco, bardzo bolało mnie gardło, byłam głodna i spragniona, że miałam nie podnosić głowy i że za parawanem słyszałam płacz jakiejś dziewczyny. To był oddział pooperacyjny, za oknem była wielgachna burza, moja dzidzia spała u pielęgniarek, a ja tęskniłam do niej i myślałam, że mają rację te dziewczyny, co mówiły, że to jest tęsknota potworna jak ci z brzucha wyciągną malucha. Malucha, który ciężko – jak ja – zniósł przychodzenie na świat, cały się owinął pępowiną i tętno mu leciało na łeb, na szyję, i stąd to cięcie. 43 godziny czekania na cud. Czy to nie przegięcie?

IMG_20180803_080310829

Po ród, cz. 1

Jak otworzyłam oczy to w pierwszej chwili nie wiedziałam gdzie jestem, ale powoli, powoli doszło do mnie, że brałam udział w napadzie na mennicę hiszpańską i – widać – zostałam postrzelona w brzuch, a ludzie, co się nade mną pochylają najpewniej byli moimi kompanami w rabunku, a teraz żegnają mnie czule, gdyż nie ma szans, że przeżyję ten brzuch. A za chwilę jadę gdzieś, widzę lampy nad głową, a zaraz się zatrzymuję i jakiś chłopak po mojej prawej siedzi na pomarańczowym fotelo-worku i trzyma zawiniątko, i mówi mi, mamy syna, Gośka. A ja myślę sobie, kim jest ten chłopak i jak to się stało, że mam syna i ranę w brzuchu. A za chwilę kładzie mi ktoś tego syna na piersi, syn się na mnie patrzy, do mnie w końcu dociera, że to nie napad był, co w nim brałam udział, a poród. Napad jest pewnie dużo łatwiejszy.

Zaczęło się niewinnie przy niedzieli, zaczęło się nocą, nie panikowałam nic, poszłam spać, wszystkie dziewczyny, co mi opowiadały o porodzie szły spać jak się okazywało, że się ten poród zaczyna. To ja też. Rano mówię Tomkowi, chyba się poród mój zaczął, on zostaje w domu, siedzimy na piłce, oglądamy różne teledyski w telewizji, ja trochę śpię, trochę mnie pobolewa, ale wszystko jest znośne, jestem bohaterką, pyknę ten poród rachu ciachu, te dziewczyny kłamią, że boli, przesadzają. Po kilku godzinach jedziemy do szpitala, bo się powoli robi coraz mocniej i mniej fajnie, żegnam się z psem, nagrywam w aucie filmik pełen śmichów chichów, mam świetny humor, chwila moment poznam Właduszka kwiatuszka z własnego brzuszka. Ale się śmiesznie okazuje w szpitalu, że to porodu preludium jest, nieśmiały wstęp dopiero, że przede mną godziny całe. Proszę pani, weźmiemy na oddział, ale pani urodzi najwcześniej dziś w nocy. Było poniedziałkowe popołudnie. Urodziłam we wtorkowy wieczór. Najsmutniejsze, że Tomek nie mógł zostać ze mną, że musiałam sama, a zaczynało się już fest fest dziać i fest fest boleć. On pojechał, ja zostałam i leżałam z buzią w telewizorze. Koleżanki z pokoju oglądały program o jakichś dziewczynach, które nie są damami, bo przeklinają i nie mają w sobie ogłady, a chcą być damami i ładnie chcą trzymać w dłoni widelec czy kieliszek. Koleżanki były bardzo spokojne, spokojnie sobie czekały na rozwiązania, miały już po kilka centymetrów rozwarcia i tak sobie patrzyły w ten telewizor. W nocy zaczęło mnie boleć już tak, że wyłam. Najpierw mi było trochę głupio, że budzę te dwie, co śpią, później było mi głupio, że budzę wszystkie baby z pokojów sąsiednich, później przestało mi być głupio, choć najpewniej obudziłam pół szpitala. Pielęgniarka na dyżurze nie była dla mnie miła, zwłaszcza, że od 12 godzin nic się w moim wypadku nie zmieniło i ciągle miałam na liczniku tylko 1 centymetr. Pani pielęgniarka sugerowała, żebym przestała histeryzować i może dla odmiany wzięła się w garść. W nocy przyjechał Tomek. Choć nie powinien. Przyjechał i przywiózł mi herbatę w termosie i dotarło do mnie jak nigdy przedtem, że go kocham nad życie. Pielęgniarka kazała mu wyjść i wrócić rano, to wbrew procedurom, a Tomek powiedział, że nie umiem być w domu jak moja żona rodzi i mi już w ogóle serce miękło i kolana. Babie nie zmiękło nic, procedura jest procedura, do widzenia, do jutra. Nie spałam całą noc. Całą noc się darłam, całą noc płakałam, wkładałam sobie do ust kołdrę, sama siebie trzymałam za rękę, snułam się po brzoskwiniowych korytarzach szpitala, ja jedna tylko, słuchając pochrapywań i deszczu. Nigdy wcześniej nie czułam się tak samotna jak tej nocy w szpitalu, kiedy z bólu ściskałam przyścienne barierki i kiedy cała drżałam z niemocy. Bo to jest potworna niemoc, bo nie możesz zrobić nic jak tylko oddychać i czekać, tego się nie zatrzyma, mimo że masz wrażenie, że niewiele cię dzieli od zwariowania i bardzo niewiele od śmierci. Nie wiem jak wytrzymałam do rana, ale nie przespałam minuty, bo w porodzie krzyżowym nie da się ani siedzieć, ani leżeć. Poród krzyżowy to taki, w którym dziecko naciska na nerwy przechodzące przez kanał kręgowy. Przynajmniej taka jest teoria. I taki był mój przypadek. Poród krzyżowy to taki, w którym jesteś pewna, że ból rozerwie cię na pół. I nieważne jak bardzo irracjonalnie to brzmi. To jest ból nieukojony, co go nie rozmasujesz czułą dłonią, nie ukołyszesz.  W porodzie pomaga prysznic i to jest fakt. Spędziłam pod tym prysznicem godziny, rycząc niemo jak maleńki bóbr. Wchodziłam pod prysznic, a stamtąd na fotel ginekologiczny, żeby się dowiedzieć o braku postępu, później znowu pod prysznic, tak mijały godziny, a ja się czułam jak w więzieniu. W więzieniu własnego ciała, które nie daje się kontrolować, nie daje uspokoić, a z każdą kolejną godziną zwiększa dawkę bólu, choć mi się wydaje, że jestem na skraju wytrzymania. Nad ranem przyszedł Tomek i przyniósł mi kawę, a ja mu się rozryczałam w ramionach. Rozryczałam się w telefon mamie, a mama mi. Płacz nic nie daje, ale płaczu z bólu nie da się powstrzymać, jak się nie da powstrzymać bólu. Gdyby był jakiś wyłącznik, jakaś krótka przerwa, żeby móc myśli zebrać, żeby móc uświadomić sobie na trzeźwo, ok, to tak boli i tak będzie bolało, a może być, że będzie bolało bardziej, Gośka, jesteś super dziewczyną, dasz sobie radę, ile dziewczyn przed tobą dało radę, cyk pyk, kilka godzin i jest cud narodzin. A później poszłam na fotel i okazało się, że jest postęp, że się dzieje i to był cud pierwszy. Ale i cud dawkowany, bo postęp na kolejne godziny znowu się zatrzymał, nie zatrzymał się jednak rozpędzony ból, który wędrował po całym moim ciele, robiąc sobie króciutkie przystanki tu i ówdzie, i regularnie wracając na pętlę kości krzyżowej. Aż spotkałam panią doktor, która obiecała mi, że to chwila moment, zasugerowała, żebym na kolejną godzinę poszła pod prysznic, a później wróciła na fotel i wtedy już na pewno, na pewno. Więc poszłam pod prysznic, trzęsąc się jak osika z bólu i niemocy, z tego, że tak strasznie chcę mieć to już za sobą i z tego, że najgorsze przede mną. Wszystkie koleżanki mi powiedziały, jak się będziesz bała, będzie bardziej bolało. Ja się bałam, że większego bólu nie zniosę, bo ten co mi od trzydziestu godzin towarzyszył sprawiał, że wariowałam. Dosłownie. Byłam przekonana, że postradam zmysły i nigdy już nie będę kim jestem. Wyszłam spod prysznica i na tym fotelu pani powiedziała mi, jedziemy na porodówkę, proszę wziąć swoje rzeczy, proszę zadzwonić po męża, za chwilę będzie pani miała dziecko. I ja myślałam, kwadrans, góra dwa, formalność już taka, myślałam, że kurde, czy mi Tomek zdąży, może ja to jakoś przeciągnę na te minuty ostatnie, żeby on z pracy mógł, żeby ten cud. Dzwonię, mówię, Tomek, pędem, to już! Nie wiedziałam wtedy, że potrwa to jeszcze osiem godzin i że wielokrotnie w trakcie tych ośmiu godzin będę chciała, żeby ktoś strzelił mi w łeb. Serio. I że będę miała chwile takiego zwątpienia, że bez wahania mogłabym się poddać, gdyby poddanie wchodziło w grę. Ale nie. W grę wchodziło omdlenie, majaczenie, ryczenie, mnóstwo narkotyków i pocenie się, pocenie. Bo takie jest to całe rodzenie.

IMG_20180715_083515255_HDR

ostatni i pierwszy

Mam taką tendencję, że bardzo przeżywam rzeczy, które robię po raz ostatni albo które po raz ostatni się dzieją. Np. ostatni raz idę parkiem w Irlandii Północnej, co nim szłam bezmyślnie trzy lata dzień w dzień. Ostatnią niedzielę biegnę w tym kraju wiatrów i deszczy, i tyle w tym dreszczy, a przecież ile wcześniej niedziel przebiegłam, klnąc w duchu. Taką mam tendencję, że te ostatnie razy pamiętam najmocniej. To uczucie silne, kiedy myślę, tego drzewa już nie zobaczę, tej ławki, tej baby w sklepie. Później jadę daleko, daleko i wspominam, a wspomnienia upiększam, wspominając przesadzam, że najlepiej było, gdzie mnie już nie ma, najgorzej jest zawsze tu i teraz. Mija kilka tygodni, patrzę na zdjęcia wstecz i myślę, jednak tam i wtedy było fajnie, tu i teraz jest niefajnie. I niczego się z tego nie uczę. Mam taką tendencję, że marudzę i narzekam, i w ogóle nie umiem się cieszyć, że coś się dzieje, coś jest, wolę żeby się działo co innego, żeby upłynął czas. Byłoby fajniej coś mieć, niż osiągać. A jak już coś mam to zwykle myślę, serio tego chciałam? Np. teraz sądzę, że byłoby super, gdyby mój synuszek już siedział i bawił się klockiem czy koparką. A póki co synuszek ciągle rozsadza mi brzuszek i ani myśli wyleźć. Już bym chciała, żeby siedział, bo to by znaczyło, że najtrudniejsze za nami, że ogarnęłam wszystkie te tematy, co je teraz studiuję z przerażoną miną na youtubie, jak przewinąć, jak podnieść, jak nakarmić. Czas nas uczy, czas nas leczy, już bym chciała umieć wszystko i być uleczona. Tymczasem wszystko to przede mną. To ostatni bezdzietny dzień czerwca i powinnam go – swoim sentymentalnym zwyczajem – zapamiętać i uczynić wyjątkowym, a trochę nie mam pomysłu, bo ostatnie tygodnie przesypiam lub przesiaduję w wannie. To są moje ulubione rozrywki na teraz, na ten ostatni ciąży czas, co wcale nie jest magiczny, chyba że magią jest budzenie się w nocy po kilkakroć i budzenie przy tym Tomka, syna i psa, bo w tym budzeniu nic z gracji nie ma, ni elegancji, to jest budzenie pełne postękiwań i trudu, bo po to się budzę, żeby z jednego boku na drugi bok, bo ten pierwszy cały podrętwiał, tak z boku na bok jednej nocy ze sześć razy muszę, ze sześć razy muszę do toalety także, magia, a jakże. Magiczne jest to też, że każdy palec z dwudziestu mam jakby mi ktoś go napompował. Że jak wstaję rano, a na całym mym ciele odciśnięte pościele, pies już cały chodzi, że zaraz lecimy w osiedlowe piaski i krzaki, a dla mnie to jak Everest zdobyć, tak z nim dwa razy dziennie na dworze pobyć, gdzie jeszcze słońce bezlitosne dowali, myślę, że moje ciało zaraz się zapali, moje ciało złożone z brzuchopiłki i nóg bali zaraz się ugnie pod swym ciężarem i na miliard kawałków rozwali. Magia, moi mali. Że jak gdzieś do kogoś dzwonię to każdy z miejsca, rodzisz czy jeszcze chodzisz? A ja nie rodzę i ledwo chodzę. Jak mam iść do sklepu po coś to dla mnie kolejny w ciągu dnia szczyt góry, w sklepowej kolejce wszyscy wzrok w chmury, mnie nie ma, mi się nie ustępuje, dzień dobry w Polsce, Polska to chuje. Do tego zgaga i apetyt, w sercu dramaty, w głowie bzdety, hormony, neurony, zewsząd przestrogi i zabobony. Faktycznie, magia. Magii złe strony. Mam taką tendencję, że bardzo przeżywam rzeczy, które robię po raz ostatni albo które po raz ostatni się dzieją. Dziś jest ostatni bezdzietny dzień czerwca. Pewnie zrobimy z Tomkiem coś fajnego i małego, żeby mieć z tego zdjęcie, ze zdjęcia przejęcie, wzruszenie i myślenie, że kiedyś to było, nie to co teraz. Choć to pojmiemy dopiero później. A z drugiej strony myślę sobie, że chwila moment zacznę wyliczać wszystko, co pierwsze. Pierwszy ząb, pierwsza kolka, pierwsze słowo, pierwsze wiersze. Ostatnie chwile ja jako nie matka, a za chwil kilka zobaczę Władka. Syna pierwszego. Nie ostatniego.

IMG_20180630_152727035_HDR

BATonik

Siedzę sobie w internecie, patrzę po sklepach dla dzieci i mam, bo już tak właśnie mam, że chcę młodemu kupować, niech ma i on, patrzę w ten sklep i pierwsza mi się w oko rzuca zakładka ‘pociążowy pas wyszczuplający’. I już smutnieje mi serce i dusza, że tak sobie nie odpuszczamy, że tak się nie odpuszcza nam, że takie jest ciśnienie zewsząd, i nie wiem, czy to jest ciśnienie męskie czy żeńskie, bo chłopak ci powie, nie jesteś gruba, a później ogląda film z ładną dziewczyną i cały się cieszy, chociaż film wcale nie śmieszy, koleżanka ci powie, nie jesteś gruba, ale sama biegnie sześćdziesiąt kilometrów, biegnie po szczupłość i jędrność, biegnie po samoakceptację, po akceptację innych i podziw, biegnie, bo ją gna wstyd i poczucie winy, gonią ją te wszystkie myśli, że zjadłaś batonik, który właśnie wypuszcza w twych biodrach korzenie i śmieje z ciebie, śmieje, że żeś go kupiła w sklepie, do którego poszłaś po zdrowie i chudość, i w którym wzięłaś marchwie i buraki, a na koniec z rozszalałym okiem te czekoladowe misiaki, które już jadłaś w drodze do domu, które od cukru drapały w gardło, a od których piętro niżej pękało serce i pęczniały, co – zdawało ci się nawet poczuć – komórki tłuszczowe na ramionach i w brzuchu, ty durny łasuchu, wszyscy na świecie tak sobie świetnie radzą, a ty masz problem z czekoladą i cukrem, romans z bezą i lukrem. Jestem zmęczona. Rozmawiam z koleżankami, a każda, każda kompleksy ma, każda, że gruba, a wcale nie, bo każda piękna, i każda powtarza jak ja, że w dupie to ma, że raz na czas można zjeść lody, a później zostaje sama i biją ją jej własne myśli, czy aby na pewno ty akurat te lody, bo jest jednak tak, że w grupie lżej i raźniej, samemu trudniej i gorzej, samemu to się ma wątpliwości i traci zaufanie, z tej samotności się rodzi kłamanie i oszukiwanie, podjadanie i przy obliczaniu kalorii liczb podmienianie. Jestem zmęczona. Tym, że większość z nas ma zaburzone relacje z jedzeniem. Z mężem mam jaśniejsze relacje jak z paczką ciastek, jak z torbą cukru, z na słodkiej bułce kapką lukru. W moim sercu i mózgu, w moim oku i uchu dzieje się mniej niż w moim brzuchu. A wszystko to od tych wyszczuplających pasów pociążowych, od tych internetowych eksklamacji, by jeść tylko batony raw, jeśli już musisz jeść słodkie, jeśli się tak powstrzymać nie możesz, oto dla ciebie właśnie sztab naukowców i pomysłodawców obmyślił baton w sam raz, nie ma w nim złego cukru, jest cukier dobry, cukier niesłodki, kup sobie taki baton czy inną kulkę mocy i przekonaj się, że wciąż tęsknisz za czekoladą, że to tutaj to oszustwo, co cię wykarmi przez chwilę, kup baton raw i czuj się jeszcze gorzej, że ci nie smakuje i że pewnie coś z tobą nie tak. Wszystko to od dobrych rad: za dwa tygodnie lato, jak ujędrnić dupę? Tabletki na odchudzanie, prawdziwa rewolucja, tracisz kilogram w dzień! Jak w dwa tygodnie wrócić do formy po w chuj trudnej ciąży? Chcesz jechać do ciepłych krajów? Najpierw schudnij! Wszystkie nasze kobiece dramaty biorą się ze wstydu, poczucia winy i zazdrości. Wstyd wynika z niedoskonałości, wina z jedzenia, zazdrość z patrzenia. Jestem zmęczona tym, że codziennie widzę długowłose piękności o takiej linii nóg, że można w nich odnaleźć kontemplacyjny horyzont. I że te nogi najpewniej nie istnieją. To są nogi wirtualne, nogi, które wyprodukowała firma rajstop, tworząc przy tym uciskowe, antycellulitowe i przeciwrozstępowe, ciasne jak nasze o sobie myśli kondomy od stóp do nadbrzusza, co ochronią cię przed kpiną innych dziewczyn w autobusie i na przystanku, co nie pozwolą ci oddychać, ale po co ci oddech w świecie takiego pośpiechu i gnania po sukces. Mam dosyć tego, że idę do przychodni, siadam i piszę koleżance wiadomość ‘przyszłam do przychodni, siedzę i nie jestem najgrubsza’. Bo robię to. Bo się porównuję, gdzie nie pójdę, i wszyscy to robią. Wszyscy znają to uczucie ulgi, kiedy wychodzi, że w jakiejś grupie ludzi nie wypada się najgorzej,  najgorzej wypada ta gruba pod ścianą, co czyta gazetę hit fit git i je batonik z daktyli. Przed nią jeszcze długa droga, przede mną krótsza. Gówno. Przed nami droga co się nie kończy. I tylko nie wiadomo kto ją wydeptał. Ał.

IMG_20180420_152857873_HDR

ostatnie tygodnie, ty godnie

Wszystkie mam objawy ciąży na raz i teraz. Wszystkie te najtrudniejsze, że zgaga od mrugnięcia okiem, treść żołądkowa wraz z żołądkowym kwasem lata sobie samopas po przełyku, regularne robiąc przypływy w gardło, jak nachalne bisy na wielkiej scenie artystów wcale nie tak dobrych, by po tylekroć wracać. Nerwy mną targają mocniej jeszcze jak te od kwasów torsje, nerwy znikąd, że idę z psem, przejeżdża koło mnie samochód, którego zupełnie nie powinno być na ścieżce, którą idę, i to jest sekunda, co mnie zaskakuje i rozsierdza, że całe wiązanki bluzgów mi w gardle stają jak te torsje każdego wieczoru, a po bluzgach, co je wypowiadam trochę chyba za głośno płyną mi w oczy łzy, z oczu po buzi i w piach. To jest taka złość, którą chcę natychmiast spożytkować, natychmiast kogoś uderzyć, a że w ręku mam do rzucania psu piłki pałkę to myślę, czy by tą pałką nie wysmagać przydrożnego drzewa. Tak idę i ryczę w głos, trwa to z sześćdziesiąt sekund, sześćdziesiąt sekund najgłębszej nieszczęśliwości, po której wycieram się ręką i rozglądam, czy mnie aby ktoś widział, słyszał, bo po sześćdziesięciu sekundach jest mi kapkę wstyd, że znowu tak nad sobą nie zapanowałam, w oddali jakaś baba stoi z psem i patrzy w moją stronę, chcę natychmiast zamknąć drzwi domu, do którego, żeby dojść muszę obok baby, więc ją mijam i mówię, dzień dobry, ona nie odpowiada, w Polsce się odpowiada dzień dobry chyba tylko tym, których się zna, jak ci ktoś obcy dzień dobry powie to widać bezczelny kpiarz, co sobie z dobrych ludzi żarty stroi. Takie mam od tej ciąży nastroje. Albo np. Tomek mi ostatnio w nocy powiedział, co się tak kręcisz, i mi momentalnie całe ze sobą życie obrzydził, bo skoro on nie rozumie, że mi drętwieją biodra, bolą mnie pachwiny, mam skurcze w podbrzuszu i łydkach, co cały internet błędnie twierdzi, że to są skurcze bezbolesne, w brzuchu mi jakiś mały jogin robi szpagat i psa głową w dół, po gardle te bełty latają kwaśne razem z mlekiem, co pół kartonu haustem, by spieszyło na ratunek, a do tego całą głowę pełną mam, że boże ile ja jeszcze przytyję, on tego nie rozumie, jemu jest, królowi, niewygodnie na podusi i w kołdrusi, bo jego delikatnie unosi moje kręcenie, zawodzenie, zmęczenie i wnerwienie, on biedny spać nie może, nie wysypia się biedny i co rano wstaje z kwaśną miną, ja wstaję z kwasem w przełyku i tak sobie wspólnie żyjemy. A innym razem siedzimy po obiedzie, Tomek sobie kręci talerzem, co ma nieregularny brzeg i który brzeg dotyka szklanki, wydając dźwięk, ja po sekundzie już nie mogę tego znieść, mówię mu, przestań tak robić i mówię to jak rozsierdzony lew, a on patrzy filuternie i tym talerzem o tą szklankę dalej, że niby co on ma przestać robić, hehe, czemu cię to, hehe, złości, ja nie wytrzymuję tej podłości i trzy razy walę pięścią w stół, aż cała zastawa góra dół, a później zalewam się łzami, tak jest teraz między nami. Albo mówię mu, włącz mi jakąś muzykę do pośpiewania żebym w kuchni. On nic. Mówię, włącz mi muzykę. On mówi, zaraz. W oczach już łzy. Mówię, Tomek, włącz mi. On włącza jakąś straszną babę z zerem talentu, ja mówię, wyłącz. On nie wyłącza, mówię, wyłącz, Tomek, bo zwariuję, i już nie ma odwrotu, już wariuję, już się we mnie kotłuje, gotuje, buzuje, chuje muje, już mam zaciśniętą szczękę i pięść, Tomek wyłącza, minęło do kupy sekund pięć,  w tym czasie do życia zniknęła mi chęć. Tomek się śmieje i mnie przytula, zrobiła się ze mnie monstrualna hormonów kula, nie wchodzę już w żadne sukienki, przed lustrem mam lęki, a w głowie takie odliczanie, że chwila moment coś nowego się stanie, że oto mam jeszcze dziewięć tygodni na bycie Gosią samosią, na łażenie po domu i telewizji oglądanie, na spokojnie sobie w kuchni stanie, gotowanie, paznokci malowanie, czasu marnowanie, wody lanie. Dziewięć tygodni, panowie i panie, na do bycia mamą przygotowanie.

IMG_20180415_122244785

co w ciąży ciąży

Jak na przykład twoja koleżanka jest w ciąży, a ty już masz swoją ciążę za sobą to zanim jej powiesz, ja tak wyglądałam przy porodzie jak ty teraz, zastanów się. I się zastanów zanim jej powiesz, zjadłam dzisiaj trochę za dużo roszponki i całego buraka, i biegałam tylko 10 kilometrów, a miałam 15, i w ogóle jestem na siebie zła, chociaż miałam nie być na siebie zła, miałam się kochać i żyć ze sobą w zgodzie, przecież tyle dla siebie robię dobrego, tyle biegam, tyle nie jem, więc dobra, nie jestem na siebie zła, jutro pobiegnę 20 kilometrów i zjem tylko liść sałaty, w ogóle rozstęp mi się zrobił na udzie, nie wiem skąd, masakra jakaś, a cały dzień biegam, gdzie nie pójdę biegam, gdzie nie pójdę nie jem. A koleżanka siedzi z brzuchem do brody i wygląda przy tym jakby miała rodzić zaraz, a jeszcze do porodu trzy miechy, ale spoko, przecież jesteś w ciąży, jakbym ja teraz była w ciąży to bym się zabiła, jeśli bym przytyła, ale ty to spoko, fajnie wyglądasz, pasuje ci ten brzuszek, w ogóle zobacz jaki ja mam brzuch, myślisz, że powinnam robić więcej ćwiczeń na mięśnie brzucha, bo jestem załamana, że mam ich tak mało, w ogóle jestem na siebie taka zła za tą roszponkę i że tylko 10 kilometrów, sorry, że ciągle o tym mówię, ale najchętniej bym się zabiła, że tak dzisiaj zawiodłam siebie samą i swoje ciało, że moje ciało dzisiaj rady nie dało, no ale wracając do ciebie, naprawdę pasuje ci ten brzuch, chciałabym, żeby mój brzuch wyglądał inaczej, myślisz, że jestem gruba, ale tak serio, że powinnam jeszcze zrzucić, ty nie jesteś gruba, jesteś w ciąży, to inaczej, zrzucisz po ciąży, w sumie ja jak byłam w ciąży to przytyłam tylko sześć kilo, ale ja się też pilnowałam strasznie, trzy albo cztery razy w tygodniu byłam na basenie, jadłam zdrowo, w ogóle całą ciążę nie zjadłam nic słodkiego, ale to przecież nie musisz też tak jak ja robić, ja w sumie nigdy nie miałam słabości do słodyczy, właśnie wiem, że ty masz, ja nie miałam ze słodyczami tak, więc mi było łatwiej, poza tym ja całą ciążę uważałam zanim coś włożyłam do buzi, nie miałam tak, że miałam zachcianki, znaczy miałam zachcianki, ale ich nie zaspokajałam, no i po ciąży w sumie mi też szybko zeszło, bo chyba po dwóch tygodniach już, ale teraz mam właśnie doła z powodu tej roszponki, wiem że to głupio brzmi, ale mi to strasznie ciąży na sumieniu, i że nie przebiegłam tyle, ile sobie obiecałam, strasznie dupy dałam, w ogóle nie bój się porodu, chociaż w sumie poród jest straszny, no, mój nie był straszny, bo ja całą ciążę ćwiczyłam i byłam aktywna, ale ogólnie poród jest straszny, to prawda, ale nie bój się, bo na pewno dasz radę, a później to już z górki, znaczy ja miałam spoko, bo moje dziecko jest spokojne i grzeczne, to w sumie też zależy jak się znosi ciążę, ja się dużo relaksowałam ćwicząc, więc mi się wydaje, że na dzieciaka to jakoś wpływa, najgorzej jak się denerwujesz, stres straszne gówno robi, wiadomo, ja się nie stresowałam w sumie dużo, bo chodziłam na zajęcia takie specjalne ze stresu, więc mi to pomagało, poza tym uczyłam się oddychać też, w ogóle fajnie wspominam ciążę, nie miałam żadnych mdłości w sumie, nie było mi ciężko też ani razu, cera mi się, pamiętam, zajebiście poprawiła i włosy, ale to nie każdemu się poprawia, czasami się właśnie pogarsza, nie przejmuj się tym, bo to ci po ciąży minie, ciąża jest zajebista, ja miałam zajebistą ciążę, znaczy jakbym teraz miała zajść to bym się chyba zabiła, ale spoko, znowu mi się przypomniało ile dzisiaj zjadłam i znowu mam doła, dzięki, że się tak mogę wygadać, ja w sumie rzadko mam taki stan, że mam doła, normalnie mi się wszystko udaje i odnoszę same sukcesy, aż  sama jestem zaskoczona, że tak się dzisiaj czuję, jesteś już zmęczona, no w ciąży to jest normalne, znaczy ja nie byłam zmęczona, bo ja byłam bardzo aktywna, ale niektóre dziewczyny są zmęczone, to prawda. Niektóre dziewczyny są.

 

FB_20150515_15_19_49_Saved_Picture

 

po to my

Koniec października, płyniemy z Tomkiem promem, nasze rzeczy, co ich pół ciężarówki, a które są dorobkiem naszym wielkobrytyjskim, trochę jeszcze islandzkim i trochę niemieckim, dojeżdżają już powoli do Polski, my z Irlandii do Francji płyniemy najpierw, stamtąd pojedziemy do Luksemburga, później do Niemiec, a następnie na Wrocław cudny i piękny, a dalej w Bydgoszcz nieznaną, na nowy ląd, i będzie to koniec emigracji naszej, choć nikt nie mówi, że na amen, niech też nie będzie myślane, że jest to bilet w jedną stronę, to przecież powoduje serca niebezpieczne bicie, płyniemy tym promem, bo pies przesz jakoś musi, siedzi teraz zamknięty w smutnej klatce, a obok niego ciężarówki pełne cielaków i pan w niebieskim kombinezonie i o papierosie, Bonu siedzi tam całkiem czarno-biały, mi łzy płyną rozszalałe jak teraz to morze, po którym tym promem, kołysze nami, Tomek już z całą głową rozbolałą, ja leżę w wyrze i oglądam stare filmy na komputerze, nie wierzę, że my w tę Polskę, nie wierzę, a rano wstajemy i ja mówię Tomkowi te słowa, może test zrobię ciążowy, on, że po co, przecież jeszcze nic nie ma, ja już jednak – skorom pomyślała – walę z tym testem w łazienkę i po sekundzie wychodzę, że wszystko na nic, jedna kreska, a Tomek w ogóle nie reaguje, więc idę się kąpać, a z kąpieli jeszcze raz w ten test patrzę, bo mi się wierzyć wręcz nie chce, a na teście druga kreska siedzi koło tej pierwszej, teraz to mi się wierzyć nie chce za dwóch, idę do Tomka, a Tomek – jak prawdziwy zuch – mówi, to jeszcze nic nie znaczy. Jemy śniadanie, ja cała w ciąży już, już nie ma ze mną innego gadania, odbieram psa, pies już o wszystkim wie, schodzimy z promu z dzieckiem w brzuchu i całą Europę z nim. W następnych dniach robię drugi test i trzeci, mówię Tomkowi, będą dzieci, jest Tomek, będzie potomek, on mówi, musimy to potwierdzić u lekarza, zero w nim piszczenia czy pogadanki, że ale by było! Tomek taki jest, że wzruszenia na kolanach, piszczenia zero, tylko nauka i dowody. Jak tylko dojeżdżamy do Bydgoszczy ja szukam lekarza po internecie, nikogo w mieście nie znam, nie mam pół koleżanki, więc się nie mam poradzić kogo, widzę pana, co wygląda jak Krawczyk Krzyś, Krzyś się kojarzy dobrze, więc dzwonię, a pan do mnie, że ale proszę mi najpierw powiedzieć, czy panią ta ciąża cieszy, ja, że tak, on, że to proszę przyjść o trzeciej. A jak tam przyszłam to on bez zupełnego entuzjazmu oznajmił, że potomek siedzi, jest bardzo mały i wczesny, ale siedzi, i że wypada mi chyba pogratulować, a każde słowo cedził jak profesor nudnych nauk, który sto czterdziesty piąty raz mówi jedno i to samo, a to co mówi straciło zupełnie sens. Za tę nowinę 185 złotych wziął i mi powiedział, że jak go wybiorę do prowadzenia ciąży to czasami będzie taniej, a czasami drożej to wychodziło, te wizyty, przecież to zależy, czy będzie mi robił USG, czy nie. Wyszłam stamtąd i dzwonię do Tomka, on w końcu – skoro mu sam doktor potwierdził – uwierzył, choć to przecież nie do wiary. I czas najgorszy na to wszystko, choć wszyscy w internecie mówią i w życiu, że nigdy nie ma czasu doskonałego. Zmieniamy tego Krzyśka na uszminkowaną babę z objedzonym pazurem, baba jest poważna, co ja biorę za profesjonalizm, bo jestem szalenie naiwna, podoba mi się baba przez pierwszych wizyt kilka póki jej nie pytam, czy mogę z mężem na wizytę przyjść, ona na mnie patrzy, jakbym zraniła ją nożem i zadaje sobie pytanie, jaki był tego ranienia powód. Ale się zgadza, Tomek przychodzi, młody mu macha z ekranu i robi fikołek, baba mówi, będzie syn, ale dodaje, że na sto procent to my się dowiemy na badaniu połówkowym, a Tomek pyta, o co to chodzi, badanie połówkowe, na co baba, że panu to się połówka pewnie tylko z butelką wódki kojarzy. Wyszła w końcu baba z wora, enefzecik, Polska, profesja i poziom. Po chwili pytam ją, czy mogę skierowanie wziąć, bo na zajęcia chciałam chodzić takie lekko sportowe, ona, że nie widzę przeciwwskazań i pisze już specjalne zgody, ale dochodzi do dalszej wymiany zdań, wychodzi, że te ćwiczenia to i elementy jogi, baba poważnieje w sekundę i mówi, że nie ma mowy, nigdy się nie zgodzi, to są przecież szamani z Tajwanu i sekta, i ona temu dziecku w moim brzuchu tego nie zrobi. Na kolejnej wizycie nie pozwala mi patrzeć w ekran, bo i tak niewiele widać pono, a kiedy proszę ją o pozwolenie na lot samolotem, odmawia – jak przy jodze – uśmiecha się dumna i durna, mówiąc, ja takich pozwoleń nie daje, bo nie.  Wychodzę, piszę na nią skargę i życzę jej źle.

Bądź co bądź, mamy tego dzieciaka w brzuchu. Robi tam salta i pajace. I ja to sobie wyobrażam tak, że ładuję go w granatowy kombinezon i idziemy się huśtać czy długo oglądamy kamień, bo on jest – jak Tomek – trochę wolny i rozfilozofowany, i że w ogóle będzie z nim tak, że najpierw będzie całe dnie spał i noce, a później będzie huśtał nogami z krzesła i rysował dom z psem, mamą i tatą, ja będę pisać powieść, a pieniądze będą nam spadały z nieba prosto na ukwiecony i oblany słońcem balkon.

IMG_20171201_102833725

psy i łzy

Na mojej starej dzielni, w Bydgoszczy – mieście moim nowym – mieszka baba, co ma dwa psy. Euro i Dolar. Takie mają imiona. Euro kocha świat, ludzi i zwierzęta, i okazuje to, łażąc za tobą krok w krok. Dolar jest agresywny, nieustępliwie szczeka i zawsze jest na smyczy. Dolar waży półtora kilograma. Euro niecałe trzy. Baba trzysta pięćdziesiąt. Baba jest w dupnej kurtce, zima, wiadomo, i szpilach, które ślizgają się po lodzie, Polska, wiadomo, lód, dupa, pół roku masakry, baba z Dolarem stoją, Dolar szczeka, baba drze ryj, Euro, Euro, Euruś, chodź tu, Euruś, Euro, co ja mówię, no Euro chodź, Euro chodź, nie ciągnij, Dolar!, Euro, chodź do pańci, Euruś, no Euruś, no co ja mówię, Euro, Dolar, przestań szczekać. Euro jest w głębokim lesie ze mną i Bonem, głos baby coraz cichszy, baba się nie rusza, może od obcasów, może od kilogramów, nieustannie powtarza imiona psów, jednego karcąc, drugiego nawołując, jeden z drugim nijak nie reagują. Sytuacja powtarza się dzień w dzień, Dolar dostaje szału, widząc Bona, Euro dyma z nami w głęboki las, baba stoi na lodowym wzniesieniu, nawołując. Początkowo stałam i czekałam na lasu skraju, aż Euro wróci do baby, z czasem jednak  czekanie stało się czasu stratą. Baba nigdy nie zrobiła kroku w moją stronę, ja więc zrobiłam krok w stronę przeciwną. Od tamtej pory Euro poznawał z Bonem bydgoski las. Bo dotychczas granicę jego świata wyznaczało chyba lodowe wzniesienie. W ogóle z tymi małymi psami jest tak, że one zwykle kupcia na trawnik pod domem, po kupci na rączki i w domek. Jak ja widzę tych wszystkich właścicieli półkilogramowych szczekaczy, co drżą od polskiej pizgawicy na niby trawnikach, które lepią się od gówien ich słodkich ratlerów, i ci właściciele, którzy nigdy, nigdy nie sprzątają tych gówien, a których klatki schodowe zdobione są gównianymi naroślami na kancie każdego schoda, że trzeba chodzić na palcach i bokiem, ci właściciele, którzy jak tylko widzą innego psa, swojego biorą na ręce i pod kurtkę, do kieszeni, do domu, żeby nie daj bóg nikt go nie pogryzł, nie powąchał, a pies na tych rękach szczeka i wygina się na wszystkie strony, bo właśnie odczuł niepokój w swojej pańci i chce ją chronić, bo po to jest, więc szczeka jak wariat, a pańcia głaszcze i tuli, mówiąc, dobrze, już dobrze, dobry pies i pies wyrabia sobie nawyk, że ma szczekać jak wariat, bo to jest dobre, więc szczeka, taki Dolar stoi na balkonie mieszkania pańci i szczeka calusieńki czas, niech tylko zobaczy jak się co w okolicy poruszy, jak przejedzie jakieś auto, albo nie daj jak taki Bonu idzie łagodny, piłką się bawi, wącha krzak. Dolar dostaje do łba, Euro robi koła wokół siebie, pańcia drze się, żeby natychmiast przestały jeden z drugim, bo jak nie to się zaraz do nich przejdzie i wtedy zobaczą, Dolar i Euro pragną chyba zobaczyć, bo jeden szczeka na wdechu i wydechu, drugi wali koła. Idę z tym Eurem kiedyś i Bonem, babę zostawiamy na wzniesieniu, baba stoi i krzyczy, kupy leżą i śmierdzą, Dolar szczeka i dusi się smyczą, my idziemy już fest, fest daleko, bo myślę sobie, nie mam czasu na pierdoły, muszę Bona hops, hops, zaraz coś ważnego mam, nagle słyszę to Euro, Euro, Euro, Euro, Euro, odwracam się, a baba za mną jak wielka góra z gębą czerwoną, Dolarem w ręce, bo przesz by Dolar zdechł jak prawie zdechła ona, mówiąc mi, całą drogę za panią idę, a w jej tonie jest życzenie śmierci i kupa zmęczenia, ja się nie odzywam słowem, tylko się uśmiecham i odchodzę, Euro za Bonem, baba po Euro sięga ręką i już w drugą stronę, złorzecząc to na nie, to na mnie, że jej przyszło taki kawał przejść na spacer z psami, kto to widział, z Dolarami. Tak było na mojej starej dzielni. Na nowej też odlot. Sto koszy na śmiety, przy każdym koszu woreczki na psie odchody i prośba, by dbać o pupile, to przecież niewiele, a zyskać możemy ile. Jeden spacer z Bonem – on całe łapy, ja w końcu pojęłam tamtej baby szpile.

IMG_20170725_092006523