co w ciąży ciąży

Jak na przykład twoja koleżanka jest w ciąży, a ty już masz swoją ciążę za sobą to zanim jej powiesz, ja tak wyglądałam przy porodzie jak ty teraz, zastanów się. I się zastanów zanim jej powiesz, zjadłam dzisiaj trochę za dużo roszponki i całego buraka, i biegałam tylko 10 kilometrów, a miałam 15, i w ogóle jestem na siebie zła, chociaż miałam nie być na siebie zła, miałam się kochać i żyć ze sobą w zgodzie, przecież tyle dla siebie robię dobrego, tyle biegam, tyle nie jem, więc dobra, nie jestem na siebie zła, jutro pobiegnę 20 kilometrów i zjem tylko liść sałaty, w ogóle rozstęp mi się zrobił na udzie, nie wiem skąd, masakra jakaś, a cały dzień biegam, gdzie nie pójdę biegam, gdzie nie pójdę nie jem. A koleżanka siedzi z brzuchem do brody i wygląda przy tym jakby miała rodzić zaraz, a jeszcze do porodu trzy miechy, ale spoko, przecież jesteś w ciąży, jakbym ja teraz była w ciąży to bym się zabiła, jeśli bym przytyła, ale ty to spoko, fajnie wyglądasz, pasuje ci ten brzuszek, w ogóle zobacz jaki ja mam brzuch, myślisz, że powinnam robić więcej ćwiczeń na mięśnie brzucha, bo jestem załamana, że mam ich tak mało, w ogóle jestem na siebie taka zła za tą roszponkę i że tylko 10 kilometrów, sorry, że ciągle o tym mówię, ale najchętniej bym się zabiła, że tak dzisiaj zawiodłam siebie samą i swoje ciało, że moje ciało dzisiaj rady nie dało, no ale wracając do ciebie, naprawdę pasuje ci ten brzuch, chciałabym, żeby mój brzuch wyglądał inaczej, myślisz, że jestem gruba, ale tak serio, że powinnam jeszcze zrzucić, ty nie jesteś gruba, jesteś w ciąży, to inaczej, zrzucisz po ciąży, w sumie ja jak byłam w ciąży to przytyłam tylko sześć kilo, ale ja się też pilnowałam strasznie, trzy albo cztery razy w tygodniu byłam na basenie, jadłam zdrowo, w ogóle całą ciążę nie zjadłam nic słodkiego, ale to przecież nie musisz też tak jak ja robić, ja w sumie nigdy nie miałam słabości do słodyczy, właśnie wiem, że ty masz, ja nie miałam ze słodyczami tak, więc mi było łatwiej, poza tym ja całą ciążę uważałam zanim coś włożyłam do buzi, nie miałam tak, że miałam zachcianki, znaczy miałam zachcianki, ale ich nie zaspokajałam, no i po ciąży w sumie mi też szybko zeszło, bo chyba po dwóch tygodniach już, ale teraz mam właśnie doła z powodu tej roszponki, wiem że to głupio brzmi, ale mi to strasznie ciąży na sumieniu, i że nie przebiegłam tyle, ile sobie obiecałam, strasznie dupy dałam, w ogóle nie bój się porodu, chociaż w sumie poród jest straszny, no, mój nie był straszny, bo ja całą ciążę ćwiczyłam i byłam aktywna, ale ogólnie poród jest straszny, to prawda, ale nie bój się, bo na pewno dasz radę, a później to już z górki, znaczy ja miałam spoko, bo moje dziecko jest spokojne i grzeczne, to w sumie też zależy jak się znosi ciążę, ja się dużo relaksowałam ćwicząc, więc mi się wydaje, że na dzieciaka to jakoś wpływa, najgorzej jak się denerwujesz, stres straszne gówno robi, wiadomo, ja się nie stresowałam w sumie dużo, bo chodziłam na zajęcia takie specjalne ze stresu, więc mi to pomagało, poza tym uczyłam się oddychać też, w ogóle fajnie wspominam ciążę, nie miałam żadnych mdłości w sumie, nie było mi ciężko też ani razu, cera mi się, pamiętam, zajebiście poprawiła i włosy, ale to nie każdemu się poprawia, czasami się właśnie pogarsza, nie przejmuj się tym, bo to ci po ciąży minie, ciąża jest zajebista, ja miałam zajebistą ciążę, znaczy jakbym teraz miała zajść to bym się chyba zabiła, ale spoko, znowu mi się przypomniało ile dzisiaj zjadłam i znowu mam doła, dzięki, że się tak mogę wygadać, ja w sumie rzadko mam taki stan, że mam doła, normalnie mi się wszystko udaje i odnoszę same sukcesy, aż  sama jestem zaskoczona, że tak się dzisiaj czuję, jesteś już zmęczona, no w ciąży to jest normalne, znaczy ja nie byłam zmęczona, bo ja byłam bardzo aktywna, ale niektóre dziewczyny są zmęczone, to prawda. Niektóre dziewczyny są.

 

FB_20150515_15_19_49_Saved_Picture

 

po to my

Koniec października, płyniemy z Tomkiem promem, nasze rzeczy, co ich pół ciężarówki, a które są dorobkiem naszym wielkobrytyjskim, trochę jeszcze islandzkim i trochę niemieckim, dojeżdżają już powoli do Polski, my z Irlandii do Francji płyniemy najpierw, stamtąd pojedziemy do Luksemburga, później do Niemiec, a następnie na Wrocław cudny i piękny, a dalej w Bydgoszcz nieznaną, na nowy ląd, i będzie to koniec emigracji naszej, choć nikt nie mówi, że na amen, niech też nie będzie myślane, że jest to bilet w jedną stronę, to przecież powoduje serca niebezpieczne bicie, płyniemy tym promem, bo pies przesz jakoś musi, siedzi teraz zamknięty w smutnej klatce, a obok niego ciężarówki pełne cielaków i pan w niebieskim kombinezonie i o papierosie, Bonu siedzi tam całkiem czarno-biały, mi łzy płyną rozszalałe jak teraz to morze, po którym tym promem, kołysze nami, Tomek już z całą głową rozbolałą, ja leżę w wyrze i oglądam stare filmy na komputerze, nie wierzę, że my w tę Polskę, nie wierzę, a rano wstajemy i ja mówię Tomkowi te słowa, może test zrobię ciążowy, on, że po co, przecież jeszcze nic nie ma, ja już jednak – skorom pomyślała – walę z tym testem w łazienkę i po sekundzie wychodzę, że wszystko na nic, jedna kreska, a Tomek w ogóle nie reaguje, więc idę się kąpać, a z kąpieli jeszcze raz w ten test patrzę, bo mi się wierzyć wręcz nie chce, a na teście druga kreska siedzi koło tej pierwszej, teraz to mi się wierzyć nie chce za dwóch, idę do Tomka, a Tomek – jak prawdziwy zuch – mówi, to jeszcze nic nie znaczy. Jemy śniadanie, ja cała w ciąży już, już nie ma ze mną innego gadania, odbieram psa, pies już o wszystkim wie, schodzimy z promu z dzieckiem w brzuchu i całą Europę z nim. W następnych dniach robię drugi test i trzeci, mówię Tomkowi, będą dzieci, jest Tomek, będzie potomek, on mówi, musimy to potwierdzić u lekarza, zero w nim piszczenia czy pogadanki, że ale by było! Tomek taki jest, że wzruszenia na kolanach, piszczenia zero, tylko nauka i dowody. Jak tylko dojeżdżamy do Bydgoszczy ja szukam lekarza po internecie, nikogo w mieście nie znam, nie mam pół koleżanki, więc się nie mam poradzić kogo, widzę pana, co wygląda jak Krawczyk Krzyś, Krzyś się kojarzy dobrze, więc dzwonię, a pan do mnie, że ale proszę mi najpierw powiedzieć, czy panią ta ciąża cieszy, ja, że tak, on, że to proszę przyjść o trzeciej. A jak tam przyszłam to on bez zupełnego entuzjazmu oznajmił, że potomek siedzi, jest bardzo mały i wczesny, ale siedzi, i że wypada mi chyba pogratulować, a każde słowo cedził jak profesor nudnych nauk, który sto czterdziesty piąty raz mówi jedno i to samo, a to co mówi straciło zupełnie sens. Za tę nowinę 185 złotych wziął i mi powiedział, że jak go wybiorę do prowadzenia ciąży to czasami będzie taniej, a czasami drożej to wychodziło, te wizyty, przecież to zależy, czy będzie mi robił USG, czy nie. Wyszłam stamtąd i dzwonię do Tomka, on w końcu – skoro mu sam doktor potwierdził – uwierzył, choć to przecież nie do wiary. I czas najgorszy na to wszystko, choć wszyscy w internecie mówią i w życiu, że nigdy nie ma czasu doskonałego. Zmieniamy tego Krzyśka na uszminkowaną babę z objedzonym pazurem, baba jest poważna, co ja biorę za profesjonalizm, bo jestem szalenie naiwna, podoba mi się baba przez pierwszych wizyt kilka póki jej nie pytam, czy mogę z mężem na wizytę przyjść, ona na mnie patrzy, jakbym zraniła ją nożem i zadaje sobie pytanie, jaki był tego ranienia powód. Ale się zgadza, Tomek przychodzi, młody mu macha z ekranu i robi fikołek, baba mówi, będzie syn, ale dodaje, że na sto procent to my się dowiemy na badaniu połówkowym, a Tomek pyta, o co to chodzi, badanie połówkowe, na co baba, że panu to się połówka pewnie tylko z butelką wódki kojarzy. Wyszła w końcu baba z wora, enefzecik, Polska, profesja i poziom. Po chwili pytam ją, czy mogę skierowanie wziąć, bo na zajęcia chciałam chodzić takie lekko sportowe, ona, że nie widzę przeciwwskazań i pisze już specjalne zgody, ale dochodzi do dalszej wymiany zdań, wychodzi, że te ćwiczenia to i elementy jogi, baba poważnieje w sekundę i mówi, że nie ma mowy, nigdy się nie zgodzi, to są przecież szamani z Tajwanu i sekta, i ona temu dziecku w moim brzuchu tego nie zrobi. Na kolejnej wizycie nie pozwala mi patrzeć w ekran, bo i tak niewiele widać pono, a kiedy proszę ją o pozwolenie na lot samolotem, odmawia – jak przy jodze – uśmiecha się dumna i durna, mówiąc, ja takich pozwoleń nie daje, bo nie.  Wychodzę, piszę na nią skargę i życzę jej źle.

Bądź co bądź, mamy tego dzieciaka w brzuchu. Robi tam salta i pajace. I ja to sobie wyobrażam tak, że ładuję go w granatowy kombinezon i idziemy się huśtać czy długo oglądamy kamień, bo on jest – jak Tomek – trochę wolny i rozfilozofowany, i że w ogóle będzie z nim tak, że najpierw będzie całe dnie spał i noce, a później będzie huśtał nogami z krzesła i rysował dom z psem, mamą i tatą, ja będę pisać powieść, a pieniądze będą nam spadały z nieba prosto na ukwiecony i oblany słońcem balkon.

IMG_20171201_102833725

psy i łzy

Na mojej starej dzielni, w Bydgoszczy – mieście moim nowym – mieszka baba, co ma dwa psy. Euro i Dolar. Takie mają imiona. Euro kocha świat, ludzi i zwierzęta, i okazuje to, łażąc za tobą krok w krok. Dolar jest agresywny, nieustępliwie szczeka i zawsze jest na smyczy. Dolar waży półtora kilograma. Euro niecałe trzy. Baba trzysta pięćdziesiąt. Baba jest w dupnej kurtce, zima, wiadomo, i szpilach, które ślizgają się po lodzie, Polska, wiadomo, lód, dupa, pół roku masakry, baba z Dolarem stoją, Dolar szczeka, baba drze ryj, Euro, Euro, Euruś, chodź tu, Euruś, Euro, co ja mówię, no Euro chodź, Euro chodź, nie ciągnij, Dolar!, Euro, chodź do pańci, Euruś, no Euruś, no co ja mówię, Euro, Dolar, przestań szczekać. Euro jest w głębokim lesie ze mną i Bonem, głos baby coraz cichszy, baba się nie rusza, może od obcasów, może od kilogramów, nieustannie powtarza imiona psów, jednego karcąc, drugiego nawołując, jeden z drugim nijak nie reagują. Sytuacja powtarza się dzień w dzień, Dolar dostaje szału, widząc Bona, Euro dyma z nami w głęboki las, baba stoi na lodowym wzniesieniu, nawołując. Początkowo stałam i czekałam na lasu skraju, aż Euro wróci do baby, z czasem jednak  czekanie stało się czasu stratą. Baba nigdy nie zrobiła kroku w moją stronę, ja więc zrobiłam krok w stronę przeciwną. Od tamtej pory Euro poznawał z Bonem bydgoski las. Bo dotychczas granicę jego świata wyznaczało chyba lodowe wzniesienie. W ogóle z tymi małymi psami jest tak, że one zwykle kupcia na trawnik pod domem, po kupci na rączki i w domek. Jak ja widzę tych wszystkich właścicieli półkilogramowych szczekaczy, co drżą od polskiej pizgawicy na niby trawnikach, które lepią się od gówien ich słodkich ratlerów, i ci właściciele, którzy nigdy, nigdy nie sprzątają tych gówien, a których klatki schodowe zdobione są gównianymi naroślami na kancie każdego schoda, że trzeba chodzić na palcach i bokiem, ci właściciele, którzy jak tylko widzą innego psa, swojego biorą na ręce i pod kurtkę, do kieszeni, do domu, żeby nie daj bóg nikt go nie pogryzł, nie powąchał, a pies na tych rękach szczeka i wygina się na wszystkie strony, bo właśnie odczuł niepokój w swojej pańci i chce ją chronić, bo po to jest, więc szczeka jak wariat, a pańcia głaszcze i tuli, mówiąc, dobrze, już dobrze, dobry pies i pies wyrabia sobie nawyk, że ma szczekać jak wariat, bo to jest dobre, więc szczeka, taki Dolar stoi na balkonie mieszkania pańci i szczeka calusieńki czas, niech tylko zobaczy jak się co w okolicy poruszy, jak przejedzie jakieś auto, albo nie daj jak taki Bonu idzie łagodny, piłką się bawi, wącha krzak. Dolar dostaje do łba, Euro robi koła wokół siebie, pańcia drze się, żeby natychmiast przestały jeden z drugim, bo jak nie to się zaraz do nich przejdzie i wtedy zobaczą, Dolar i Euro pragną chyba zobaczyć, bo jeden szczeka na wdechu i wydechu, drugi wali koła. Idę z tym Eurem kiedyś i Bonem, babę zostawiamy na wzniesieniu, baba stoi i krzyczy, kupy leżą i śmierdzą, Dolar szczeka i dusi się smyczą, my idziemy już fest, fest daleko, bo myślę sobie, nie mam czasu na pierdoły, muszę Bona hops, hops, zaraz coś ważnego mam, nagle słyszę to Euro, Euro, Euro, Euro, Euro, odwracam się, a baba za mną jak wielka góra z gębą czerwoną, Dolarem w ręce, bo przesz by Dolar zdechł jak prawie zdechła ona, mówiąc mi, całą drogę za panią idę, a w jej tonie jest życzenie śmierci i kupa zmęczenia, ja się nie odzywam słowem, tylko się uśmiecham i odchodzę, Euro za Bonem, baba po Euro sięga ręką i już w drugą stronę, złorzecząc to na nie, to na mnie, że jej przyszło taki kawał przejść na spacer z psami, kto to widział, z Dolarami. Tak było na mojej starej dzielni. Na nowej też odlot. Sto koszy na śmiety, przy każdym koszu woreczki na psie odchody i prośba, by dbać o pupile, to przecież niewiele, a zyskać możemy ile. Jeden spacer z Bonem – on całe łapy, ja w końcu pojęłam tamtej baby szpile.

IMG_20170725_092006523

wszystko o świecie jest w internecie

Najmocniej boję się, że teraz będzie tak, że gdzie nie pójdę spotkam się z profesjonalizmem z dupy, że wszyscy teraz porobią sobie kursy w internecie, które te kursy są prowadzone przez inne osoby, co je zrobiły w internecie, że wszystko jest na niby, wszystko jest na parę procent, że ktoś nauczy się z internetu albo przeczyta na obcojęzycznej stronie, że jest taka super metoda, że jak się raz w tygodniu poćwiczy mięśnie kegla to później można już wszystko, w ogóle życie jest lepsze i taka osoba otworzy sobie studio mięśni kegla i napisze w internecie, że warto, że pomaga, że przeszła sto kursów i sto praktyk, że w końcu teraz wie jak żyć, że zapisy, 180zł za cztery wejścia, ale serio warto, wszyscy tam pójdą i nauczą się siedzieć na macie z zamkniętymi oczami i wyobrażać sobie, że zbierają do pochwy małe kamyczki, po co komu kamyczki w pochwie? Baba zgarnie duże pieniądze i będzie przekonana, że to co robi jest dobre, a prawie wszystko jest teraz pic na wodę, wszystko jest na chwilę, na kilka procent i po łebkach, ale nikt nie chce się przyznać, że wywalił pieniądz w błoto, więc mówi, że mu to pomogło fest, że jest teraz zupełnie inny, choć tak jak zawsze leci w dom i wali siedem odcinków serialu, leżąc i jedząc, cały rozluźniony łącznie z keglem. Wszystko jest teraz takie, że idziesz do restauracji na sałatkę, a w sałatce sałata, słonecznik, dwa suszone pomidory i cytryna, to cudo stoi prawie trzy dychy, ale ty tu płacisz za zdrowie i modę, koleżanko. Świeżo wyciśnięty sok jest świeży i zajmuje jedną czwartą szklanki, słono cię kosztuje, ale płacisz, bo ktoś ci wycisnął sok, i nieważne, że sam czujesz jakby z ciebie wyciśnięto życia pół, bo życia teraz na pół gwizdka. Jak ktoś robi wystawę własnych prac artystycznych to te prace pożal się boże, gałąź wystaje z ramki obrazu, sztuka się wymyka spod kontroli, sztuka nie ma granic, ktoś ci prosto w oczy takie pierdoły, a ty przytakujesz z kieliszkiem taniego wina w ręce, że faktycznie, ma to sens, jest to niegłupie, a teraz wszystko prawie jest głupie, nikt nie musi mieć fachu w rękach i prawie nikt nie ma, choć wszyscy, wszyscy są specjalistami. W internecie możesz kupić kurs na prawdziwego pisarza, a później przez kilka tygodni jakieś baby ci wysyłają mejle, że w pisaniu najważniejszy jest bohater i ten bohater ważne żeby był kolorowy, niejednoznaczny, żeby nie nudził czytelnika, podczas dzisiejszej lekcji pragniemy, abyś się zastanowił/zastanowiła, jaki ma być twój bohater, jaki ma mieć kolor oczu i włosów, czy jest wysoki, czy niski, jakie są jego cechy charakteru oraz osobowości, spróbuj zastanowić się nad różnymi szczegółami, prześpij się ze swoim bohaterem, a rano napisz na czystej kartce, jaki on jest. 400zł takie pierdoły, naprawdę warto, naprawdę. Wszyscy są teraz specjalistami, każdy ma pomysł na biznes i rozwój, i każdy rozwija się kosztem tych, co kupią u baby z kciukiem do góry kurs pewności siebie, bo na plakacie było, że się opłaca. Kurs pewności siebie. Albo kurs dążenia do celu. Kurs relaksacji. Kurs oczyszczania ciała z toksyn sokami z warzyw. Kurs czesania włosów. Kurs makijażu, balejażu i rysowania pejzażu. Kurs mięśni kegla. Kurs złożenia mebla. Kurs jak być mamą i tatem. Jak się pięknie opalić latem. Jak zrobić kotlet z soczewicy. Jak mieć czysto w piwnicy. Każdy robi teraz kurs jak być coachem i trenerem. Jak nie być zerem. Każdy służy radą i pomocą. Wszyscy wiedzą wszystko, wszyscy wszystko przeżyli, wszędzie wszyscy byli. Jak powiem gdzieś w gościach, że cierpię od ponad trzech lat na wzdęcia to się zaraz znajdzie jeden z drugim, co mi powiedzą, powinnaś więcej pić, powinnaś zawsze na czczo ciepłą wodę z cytryną, też kiedyś miałam wzdęcia dwa dni, regularnie piłam tą wodę i mi przeszło, naprawdę, spróbuj. Super, dziękuję, naprawdę spróbuję. Z każdej strony dobra rada. Darmowe kursy przez całą dobę. Po znajomości. Od jegomości. Od ludzi, którym wszystko się udało, bo wydali dwie stówy na mięśnie kegla i pojęli świat. Szach mat. Ale żeby się znalazł jeden co powie, kurde, bardzo mi przykro, że tak masz, na serio, nie wiem co powiedzieć aż. Żeby się jeden znalazł, co nie wie najnormalniej w świecie. Chuja tam, teraz się wszystkiego dowiesz w internecie.

IMG_20171224_213059026

znowu narzekam, moi mili

Z tym wyjeżdżaniem z miejsc jest tak, że nas niby ciągnie, niby frajda, po tylu latach jedziemy, ju hu, a później przyjeżdżamy i ja jestem w  kropce zupełniej, wstaję rano, robię herbatę, a żyć się nie chce od tej polskiej zimy, od tych ciemnic prawie całodobowych, od tramwajów zapchanych po sufit i nagrzanych jak ciepłe kraje, jak wakacje z lodem na patyku, a wszyscy w kurtkach i czapkach, i tego nie ma jak zdjąć, bo miejsca nie ma, a wszyscy wzdęci i uparci, płakać się chce jak pan policjant każe mandat płacić za przejście na czerwonym, chociaż to nikomu nic złego nie zrobiło, a tyle złego się dzieje, tylu można by za zło karać, to pan do nas, że mandat musi być, nie ma zmiłuj, występek jest występek, ja mam obowiązek ukarać, ja nic nie mogę zrobić, mam związane ręce, kolega też ma związane ręce, tymi związanymi rękoma te mandaty musimy, żadne pouczenie, państwo wkroczyli na jezdnię, to jest godne kary i chuj, i nie ma, nieważne, że całe miasto zasrane jest psami, że nikt po psach nie sprząta, że jak się chce posprzątać po psie, to trzeba wejść w sześć innych gówien, bo nie ma gdzie stanąć, za to mandatu nie ma, za to, że matka czterema kółkami wózka wjechała w cztery różne gówna i jedzie tym wózkiem do domu, a jej dzidzia raczkuje radośnie po brudnej podłodze, bo to nie sposób podłóg przy dziecku myć dzień w dzień, za gówna mandatu nie ma, jest mandat za czerwone, pan idzie z psem na smyczy, pies zrobi prosto na chodnik, pan odchodzi i wysrane ma, że zaraz inny pies w to czy przechodzień, a policja czy straż miejska mu nic nie zrobi, bo oni łapią rowerzystów i pieszych, co dopuszczają się przestępstw drogowych, światła już policja włącza w radiowozie, już na kogucie nadupia przez chodniki, krawężniki, już na oczach świadków wsadza takiego przestępcę do radiowozu i ma związane ręce i mózg na supeł, i nie ma zmiłuj, a tymczasem pan z psem już siedem kup posadził, baba z dzieckiem już ma całe koła i pantofle w tym, dziecko już raczkuje po podłodze, jest radość i pisk, i choroby zakaźne, ale to spoko, bo zaraz w telewizji powiedzą jaką tabletkę wziąć, jeśli twój maluch zakaził się chorobą z niewiadomego źródła, a objawem jest gorączka i biegunka, już ci telewizja doradzi polska jaką tabletkę w kształcie misia niedźwiadka do buzi dać, tabletkę o smaku soku truskawkowego, o smaku szczęścia i radości, bo każdy z nas zasługuje na szczęście i radość, potośmy się porodzili wszyscy, żeby ta radość, to szczęście w tym szczególnie nieszczęśliwym kraju, gdzie w telewizji jak leci film to jest siedemnaście razy szatkowany reklamami o lekach właśnie, na rozwolnienie lub zatwardzenie, na wzdęcie, zgagę, pieczenie w żołądku, a zaraz później lecą sosy w proszku i keczupy w plastikach, i dzieci jedzące ze smakiem makaron z klopsem w tym właśnie keczupie, w tym sosie z proszku, który smakuje jak u mamy, jak umami, a zaraz znowu będzie tableteczka na przelewanie w jelitach, na nadmiar cuchnących gazów, które przecież nie od tego są, że się zjadło trzysta zrazów, w tym kraju, gdzie bohaterowie dowcipów mają zawsze na imię Stefan i Gienia, i to jest żart nie do znudzenia, a jak kabareciarze wychodzą na scenę to masz ochotę płakać, że takie mamy poczucie humoru, że koleś musi wyjść ubrany za grubą babę i w brzydką sukienkę wcisnąć dwa balony i musi mówić piskliwym głosem, bo takie są ponoć baby w tym kraju, nie takie, że idą na ulicę i krzyczą, bo tu trzeba krzyczeć, by cię zauważono, że jesteś, i jesteś ważna i odważna, nie, w tym kraju baby krzyczą tylko na mężów Stefanów, bo ci pozapominali o rocznicach ślubu, a mężowie Stefanowie nie chcą już świętować takich rocznic, bo właśnie wyszło, że się Gienia roztyła i postarzała, cała publika sika ze śmiechu, że skoro pani ma nadwagę i zmarszczki, i się domaga obchodzenia rocznic to musi być jakaś durna, a Stefan choć wygląda jak pipa i burak zasługuje tylko na jędrne i świeże, wszyscy klaszczą w takt fortepianowych pląsów, wspaniale jest tak się oderwać od codzienności, i pochichrać w kabarecie, w kapciach przy telewizorze, a ta codzienność też taka, że co dziś na obiad, co na kolację, co na obiad jutro, boże, kupmy jedzenie, bo zaraz zamkną sklepy, kupmy picie, żeby pod telewizor mieć, pod kabaret śmieszny, pod sporty, w których grają Polacy, wszyscy Polacy to jedna rodzina, choć jeden drugiemu wilkiem, strykiem, szpadą i zdradą, jak to mówił poeta, choć się tu poetów już nie czyta w tym kraju, tu się gówno czyta, gówna słucha i gówna robi na chodnikach, a wszystko to bezkarnie, bo kary to tylko dla pieszych, co spieszą i na czerwonym hops hops, jest klops i sto złotych z tych solidnych pensji, za które można pohulać i ułożyć sobie całe życie przygodne i godne, całe życie przed telewizorem i w kapciach.

111

POLSKA

Rym cym cym piszę na szybko, bo później będzie drżenie przed spaniem, że nie robię nawet rzeczy, które lubię, tylko te robię, które muszę i nie lubię, życie jest od tego nieszczęśliwe i niepełne, nikt nie chce tak niepełnie żyć. No więc wyjechaliśmy z Irlandii Północnej, łza leciała od oka do brody i z tej przepaści wpadała w dekolt, oczywiście myśli mieliśmy sto, czy to aby na pewno to, a jeszcze dużo osób nam pisało i wzdychało w telefon, że nie wiem, czy to dobra decyzja tak do Polski wrócić, powrót do Polski znaczy trochę, że się przegrało, że się nie udało, tu w Polsce się nie da żyć, jeno ziemniaki jeść i wódkę pić. A myśmy wsiedli w auto i wio. Europę całą z kartonami i psem. Autostradą i promem. Teraz to ja sobie siedzę w bydgoskim pokoju hotelowym, a Tomek w pociągu do Wrocławia, sama sobie siedzę trzy dni, w obcym mieście, którego język znam, kocham i rozumiem, na korytarzu słyszę panie, co pootwierane mają pokoje i ścielą w nich nowe pościele, ja też kiedyś robiłam w hotelu to i wiem, jaki to syf straszny, ile przy tym bluzgów leci, jak plecy bolą, ile się trzeba najebać z tymi łóżkami wielkimi jak plaże, niechby ludzie mieli za co płacić, wielkie wyro, butelka wody i telewizor, wysokie wieże toaletowej papy i czajnik od a do z z plastiku, dwieście złotych doba, szkoda mi takich pań, co ścielą łóżka, tak jak mi siebie szkoda było, że ścielić musiałam. Teraz wróciłam z zachodu i siedzę w pokoju hotelowym, ktoś by mógł pomyśleć, tym to się udało, a to wcale nie tak, ten pokój to przez pomyłkę i niedogadanie. W pokoju sto kartonów, pies pomiędzy cały wywinięty, szukam pracy, w tym hotelu będąc, CV ślę pośród tych kartonów i listy motywacyjne pełne, co to nie ja. W Polsce drogo jak pierun, ani się obejrzę już stu złotych nie mam, do tego zimno, a w tym zimnie chłopaków widziałam już stu z puszkami piwa na ławce, jak oni to piwo w takie zimno mogą pić. Poszłam też do urzędu pracy, żeby choć ubezpieczenie, łaskawie przepraszam panią z rejestracji, chciałam tylko spytać, a ona od razu, na mnie nie patrząc, do kolejki się ustawić, tonem takim, że łzy w oczach. Nie ma rady na takie babska, co takiej babie powiesz, proszę uprzejmiej, to się wydrze z miejsca piersią wielką jak balon, że a co pańcia taka delikatna, trzeba się obchodzić jak z jajkiem, czego nie rozumie? Co jej powiedzieć? Jest pani niemiła i ordynarna, to ona prychnie na pół urzędu i na całe gardło powie, o, znalazła się, patrzcie ją, mnie ośmieszając przed chudymi panami z wąsem i paniami o fryzurach w baran. I te wąsy z baranami ją poprą zamiast mnie, bo tamta baba mogłaby im zaszkodzić swoją nieograniczoną władzą, jest przecież babą z recepcji, mogłaby wiele narobić, to już lepiej jej nie wnerwiać tylko na mnie kiwać. Stoimy w tej kolejce, mijają cztery godziny, wchodzi młody chłopaczek i w te słowa, przepraszam, ja bez kolejeczki, grupę inwalidzką mam. I se wlazł. A cała kolejka w popłoch, zaszeleściły zimowe kurty, a zaraz wystające z nich małe główki poczęły na cały głos, jaki to inwalida, normalnie chodzi, do roboty by się wziął, aż podszedł do chłopaczka jakiś pan, złapał chłopaczka za kołnierz kurty i mówi jak do hultaja, słuchaj no, teraz moja kolej, ludzie tu czekają cały dzień, nie możesz sobie wchodzić bez kolejki, jakiś szacunek, na co chłopaczek, że ale grupę inwalidzką mam i jakiś papier mu daje, a tamten pan puszcza mu kołnierz i mówi, dobra, idź, choć tego papieru nawet nie przeczytał, bo papier zwinięty w pół. I trochę mi było żal tego pana, bo sytuacja go zmusiła, żeby do chłopaczka podszedł na oczach innych czekających, czekający czekali aż pan podejdzie do chłopaczka, bo przecież była kolej tego pana, jego więc obowiązek, żeby sytuację naprawić, to mógł być każdy z nas, każdy z nas mógłby mieć sytuację, że się musi zmierzyć z chamstwem na oczach innych, inni zaś będą mogli opiniować, czy facet dał radę, czy nie, ja bym z chłopaczkiem inaczej zagadał, powie jeden, a drugi powie, ja bym nawet nie gadał, od razu bym w mordę dał. Nie ma lekko w tej Polsce, jak tak patrzę, dwa okienka w urzędzie hulają, baba na recepcji co parę minut z mordą, żeby zrobić przejście, nie stać jak te barany i pana jakiegoś chudziutkiego jedną ręką podnosi niemal i stawia na niewidzialnej linii, wzdłuż której zażyczyła sobie, żebyśmy stali i czekali w kurtkach jak gorące pierzyny, które doprowadzają do skrajnej kurwicy, a które nie wiedzieć czemu większość ściąga dopiero po upływie dwóch godzin, ściąga, mamrocząc bluzgi, i zgniatając te miękkie góry w dłoniach, bez pomyślunku co dalej. Stoimy jak ostatnie pierdoły, w całej Polsce od rana do późnego popołudnia, aż nam kto powie, koniec rejestracji na dzisiaj, proszę przyjść jutro, a na każde ale proszę pani, doda nieznoszącym sprzeciwu, co ja właśnie powiedziałam? Nie ma lekko w tej Polsce, powiem szczerze. To nie jest kraj dla słabych ludzi. Można by powiedzieć. Albo to nie jest kraj dla ludzi. To nie jest kraj. Ani raj. A ja tam się jeszcze cieszę.  Na bądź co bądź, ojczyźniane pielesze. 111

Hasztagi z podróży

Siedem dni. Laba. Malaga. Hiszpania. Podróż poślubna, romantyczne plany. Hummus na lotnisku, całe życie dieta, ciecierzyca, tahini i papryk paleta. Samolot. Latanie. Chmury. Góry. Gadanie, czytanie, książek dokańczanie, literatura, litery, puzzle z alfabetu. Lądowanie, i Tomka za rękę ściskanie. Panikowanie. Malaga. Hiszpania. Ciepło, lato, zazdrości tym wzbudzanie. Centrum miasta, apartament, całowanie. Restauracja, wino, świata ubóstwianie. Gadanie, gadanie, spacerowanie. Targ warzywny z rana, mango, awokado, oliwki i daktyle, szczęścia tyle, a witamin ile. Spacery po mieście, pięć kilometrów, sport, adidasy. Wakacje oraz wczasy. Plaża i leżaki. Wino i wino. Włosy w każdą stronę. Poproszę koronę. Kolana na tle słońca. Morze bez końca. Gołe ramiona, w ogólem półnaga. Hiszpania. Malaga. Sałata, awokado i mango, owoce i warzywa, zdrowie, zdrowe tłuszcze, zdrowa oliwa. Malagijskie wino, impreza, luz, akacje, noga w słońcu, sałata również na kolację. Następne rano, wczasy i wakacje, cały dzień plaża, żadne inne atrakcje. Woda mineralna, stopy w piasku, książki, lecą na głupstwa pieniążki, pieniążki. Grillowane papryki, krokiety z grzybami, a wszędzie pachnie morza owocami. Wege i zdrowie czy botoks i Vega, rozmowy i krzyki, Hiszpania jest mega. Latanie po mieście, kilometry i sport, pływanie na plecach, marchewkowy tort. Włosy nieczesane, wino w kielich wlane. Podróż poślubna, miłość i za rękę, afera z kosmosu, przeprawa przez mękę. Łza za łzą na chodnik, nos calutki w smarkach, szkoda to tagować, życie to przesz bajka. Zaraz znowu zgoda, zaraz znowu love, jemy arbuz w słońcu, smak odbiera mowę. Malaga tiki taki i papuzie ptaki. Targ i awokado, pitaja, kasztany, słońce i żar z nieba, tu Hiszpania pany. Hasztag plaża i ja, hasztag poniedziałek, zdjęcie buzi w dziubek, równiutki przedziałek. Hasztag wtorek, Picasso i ja, kultura i kubizm, i sztuka. Hasztag nauka. W drzwi puka. Przygoda, morska woda, materac dmuchany, słońce razi w oczy, cała reszta się moczy. Wieczory z winem, do tego gadanie i z rozleniwienia oczu zamykanie. Za rękę spacerowanie. Jak z romansów całowanie. Zakochanie. Choć i awantury o bzdury. Na siebie fukanie. Później zapominanie. To być nie może na Instagramie! Słone migdały, awokado, drinki, zazdrośćcie mi wszyscy, chłopcy i dziewczynki. Palmy z kaktusem, my szybko w ich cień, nogą sobie dyndam jak prawdziwy leń. Hiszpania, Malaga, poślubna wyprawa, zdjęcia z różnych miejsc, na zdjęciach głównie strawa. Pocztówki do przyjaciół, breloki, prezenty, sery na drogę, wina, sentymenty. Siedem dni minęło, smutny emotikon, wiek XXI, emocji leksykon. Wakacje skończone, buzie opalone. Rajanerem w dom. Lecimy po niebie 26 rzędów od siebie. Do kraju, gdzie ponoć srogi huragan, gdzie pogoda zła. Na dni kilka lecimy, po pakunki i psa. Za kilka dni, Wisła, kochani, Bydgoszcz, mama, tata, Polska.

#wogólenikogonieznamywtejBydgoszczy #japierdykamjakietodurne #lol #wow #kochamświatnaprawdę #jestemnajfajniejszazewszystkichosób #mogętakwnieskończoność

IMG_20171008_124708663_HDR

emiGRACJA, cz. 2

Najpierw było to piwo, później była fabryka sosów. Pojechaliśmy do fabryki sosów, tam była pani, która miała 300 lat i która szeptem tłumaczyła nam, co mamy robić. A mieliśmy zamieniać miejscami majonez z keczupem w wielkich kartonach. Więc majonez był po lewej, a keczup po prawej, a miało być odwrotnie, i tośmy robili osiem godzin. Później były m&m’sy i na m&m’sach siedziało przy jednej taśmie ze sto osób, jedna otwierała karton, druga wyciągała czekoladowe kulki, trzecia układała je na taśmie, czwarta segregowała paczuszki kolorami, dwie następne z tych kolorów robiły komplety, kolejne dwie otwierały małe tuby, dwie następne w te tuby pakowały paczuszki, jeszcze dwie te tuby zamykały, kolejna naklejała naklejkę, następna ładowała do nowego kartonu (…). Takie się robi rzeczy na zachodzie, lepsze kraje, lepsze pieniądze, kariera i szybki awans. Jak ci ktoś powie, jestem superwajzorem w Holandii na fabryce dżemów, to wiedz, że to jest osoba, która krąży wokół taśm i jak się jej ktoś zapyta, mogę siku, to ona spojrzy na zegarek, rozejrzy się po hali, popatrzy w kartony, ile zrobione, ile zostało, głośno wypuści powietrze przez nos i ostatecznie odpowie, tylko szybko! Na m&m’sach była baba chwilę po 50-tce, z okiem na niebiesko, ustami w róż i policzkami, baba w niewygodnej acz wydekoltowanej granatowej bluzce w białe zawijasy, która opowiadała chudemu i roześmianemu chłopaczkowi z irokezem o swoim ostatnim weekendzie. I mówiła mu, no przyszedł Waldek, a znasz Waldka, wiesz jaki jest Waldi, z wódką przyszedł, z kratą piwa, ja miałam trochę bigosu, tośmy siedli do tego i zaczęli. Zaraz się poschodzili wszyscy z domków do nas, bo u nas największa biba, i się zrobiło. Mówię ci tak się pospijali, ci młodzi szczególnie, pić to nie potrafią wcale. Ale dobrze ruchają. Powiem ci, jak mnie jeden wczoraj wylizał to łuuu – krzyknęła na pół sali, a koleś w irokezie odchylił się na krześle i mocno klasnął w dłonie. To była pani Ewa. Ja tą sytuację zapamiętam do końca życia, tą jej bluzkę, makijaż i fryzurę. I wszystkie szczegóły tej jej super nocy. Pani Ewa mieszkała kilka domków od naszego, wszyscy ją lubili, bo była równą babką. Wielokrotnie słyszałam jak mówiła do kogoś, muszę zadzwonić do mojego starego, bo pewnie się już martwi, że tyle nie dzwonię. Albo, mój młodszy syn musi brać korepetycje z matmy, bo tłuk. Z panią Ewą pracowałam jeszcze raz na fabrykach majonezów. Miałam 12-godzinną zmianę i bardzo źle się czułam od rana. Pani Ewa wiodła prym na taśmie z majonezami, przy której jedynym zadaniem było naklejanie na każdy słoik naklejki z napisem ‘NO 1. in EUROPE’. Pani Ewa bardzo chciała, żebyśmy zapierdalali, co raz po raz oznajmiała wykrzykiwaniem tego słowa. Przy taśmie było dużo nowych, pani Ewa nie była nowa na majonezach. Była również przekonana – o czym na całe gardło powiadomiła kolesia z irokezem – że jest na majonezach najlepsza i najszybsza, i że ciągle przysyłają tych młodych, ona im cały czas musi pokazywać robotę, a i tak firma się na żadnego nie decyduje, bo nikt Ewie nie dorównuje. Ewa się darła wniebogłosy, a ja tymczasem poczułam jak słabnę coraz bardziej, jak za moment stracę przytomność, zdołałam jedynie wstać i osunąć się na ziemię, ale zanim to się stało dostałam od pani Ewy siarczysty opierdol, że jestem wolna, że nie wiem, co to praca, że mam w głowie fiu bździu. Jakichś dwóch panów wzięło mnie pod ręce, odprowadziło na stołówkę, dało czarną kawę i kazało czekać na transport do domu. I tyle. Sama tam sobie siedziałam, w tle słysząc tylko warkot maszyn produkujących i pakujących najlepszy majonez w Europie. A jak przyjechał po mnie kierowca z ośrodka to całą drogę kręcił głową, że z takim podejściem to ja daleko nie zajdę. Że robota w majonezach mi przeszła koło nosa, a to jedna z lepszych tu robót, bo można dostać 16-godzinne zmiany, wtedy pieniądz lepszy, a jak się firmie spodobam to może i jakiś kontrakt za kilka lat. Ale jak się komuś robić nie chce to co poradzisz, nic za darmo, on sam w dwóch firmach robi, jeszcze tym busem jeździ, po 18h na dobę robi, jeden wolny dzień w tygodniu ma, da się? Da. W tych majonezach mnie faktycznie już więcej nie chcieli, za to na próbę wzięła mnie i moją koleżankę firma od sałat. Wszyscy bili brawo i zazdrościli, w sałatach takiej kasy natrzepiesz, że nie masz pojęcia, mówili. W sałatach natrzepiesz sałaty, hehe. Sałaty były w nocy i w chłodni. Stąd ta kasa. Przynosiły jakieś silne chłopaki skrzynki sałat, trzeba je było kroić najszybciej na świecie, one sobie taśmą leciały pod natrysk, dalej do paczek i na Europę. Robalki tam chodziły po tych sałatach to jak któraś baba zobaczyła od razu pisknęła, reszta bab podłapała i żadna nie skroiła, cała główka leciała w torbę. Kilka tygodni później usłyszałam historię o nocce na taśmie z ziemniakami, po której taśmie między jedną a drugą pyrą leciał martwy kret i także poszedł w torbę, bo nikt nie miał odwagi go. Na tych sałatach byłyśmy ze cztery tygodnie, tak nas polubili. I za każdym razem o czwartej nad ranem nachodziły mnie myśli, że chcę do mamy albo choć w ciepłe wyro, że ręce sztywne od zimna mam i tytuł magistra filologii polskiej, że piję gorącą czekoladę w proszku na trzydziestominutowej przerwie, na której też wypiłam już dwie czarne kawy, żeby móc dalej kroić sałaty, piję gorącą czekoladę w proszku pośród smutnych wąsatych panów, których języka nie rozumiem, i których mi żal bardziej niż siebie, piję gorącą czekoladę i jest to najmilsza rzecz na tej nocnej zmianie, która zdaje się nie mieć końca. Wytrzymam, myślałam sobie, jeszcze miesiąc i wracam do domu. To było prawie siedem lat temu. Teraz jestem w Irlandii Północnej, której codziennie robię sto zdjęć, żeby pamiętać, bo teraz wiem na pewno, że został miesiąc i wracamy do domu. Wracamy do domu!

DSC03742

emiGRACJA, odc. 1

Prawie siedem lat temu było tak, że mieszkam sobie we Wrocławiu, mieszkam, nagle otrzymuję telefon od koleżanki, ona mi mówi, Gośka, dzwonili z tego biura, czy chcemy jechać do Holandii na te kurczaki, cośmy trzy miesiące temu się zgłaszały, dawaj jedziemy, wyjazd pojutrze, ja mówię, jak kurwa pojutrze, ona mówi, no kurwa pojutrze, i myśmy pojechały. Była druga w nocy jak ten bus po mnie przyjechał do Wrocławia, cały był nabity ludźmi, w busie było cicho od ludzkiego spania, siadłam w fotelu i ścisnęłam tę koleżankę za ramię, bo ona siedziała fotel przede mną i nie bardzo mogłyśmy gadać, choć tyle było w nas emocji. Najmocniej to się bałam. A najbardziej tych kurczaków. Jechaliśmy tysiąc godzin w niewygodzie, w zimnie i chłodzie, a zaraz w gorącu i pełnym słońcu, aż w końcu dotarliśmy do Niemiec, tam się okazało, że w Holandii jest przeludnienie, nie ma zakwaterowań, musimy zostać tu i koniec. Zawieźli nas na takie osiedle jednorodzinnych domów, tam dali mnie z koleżanką i jeszcze dwie dziewczyny do domu, w którym było już dwóch chłopaków, te chłopaki z przymrużonymi oczyma oprowadzali nas po pokojach, niewiele mówiąc. Było ciepło, więc wyszliśmy na zewnątrz, podjechał jakiś chłopak czerwonym samochodem i spytał, czy chcemy wagon polskich papierosów, bo ma tanio, myśmy nie chciały, on się zapytał, nowe tu jesteście, hehe, kiedy żeście przyjechały, no to zajebiście, a gdzie macie robić, w kurczakach, no to, kurwa, powodzenia, hehe, nie no, nie będę nic gadał, same zobaczycie, co nie, Łuki? A Łuki to był ten chłopak ze zmrużonym okiem, który nie powiedział nic tylko stał z ponurą miną i głową do góry. Zadzwoniłam do mamy i powiedziałam, że wszystko dobrze, że mamy duży dom, jest ciepło, zaraz poznamy okolicę. Okolicę obchodziło się w kwadrans, okolicą było osiedle domków jednorodzinnych, przed wszystkimi domkami siedzieli Polacy, Słowacy i Czesi, i albo rozpalali grille, albo pili piwo i jedli chipsy, z małych magnetofonów leciały hity sezonu, za kilka godzin różne dziewczyny do tych hitów różne robiły miny i różne ruchy biodrami. Powiedziano nam, że weekend mamy wolny, że pracę zaczniemy od poniedziałku, mamy chwilę, żeby się rozpakować i zadomowić. Dowiedziałyśmy się o systemie pracy, że wcale nie musimy na te kurczaki iść, że będą nas rzucać od firmy do firmy, może być, że w poniedziałek tu, we wtorek tam, że będziemy się z dnia na dzień dowiadywać, że firm jest milion, lepsze i gorsze, na kurczaki to najbardziej przejebane jechać, kurczaki to gnój i smród, są fajne też firmy, najlepiej płacą w chłodniach i na nockach, ale to trzeba dobrze trafić, żeby cię wzięli. Jak parę razy pochodzisz i cię firma polubi to dzwoni do biura i mówi, żeby cię przysyłali, czasami nawet ci dają kontrakt, wtedy to jak pączek w maśle. Żeby się dowiedzieć, kto gdzie pracuje, trzeba było chodzić na wiatę, gdzie wisiały listy z nazwiskami, nazwą firmy i godziną wyjazdu doń. Bo większość tych firm była w Holandii. Naszą pierwszą firmą był Heineken. Wyjazd o północy, praca od drugiej do dziesiątej rano. Wszyscy nam zazdrościli i gratulowali, że super start, nie dość, że piwko, hehe, to jeszcze nocka, większa kaska, a już w ogóle będzie zajebiście jak nam się uda wytrwać do piątku, w piątki wszystkie firmy w Holandii rozdają swoim pracownikom prezenty, więc jak ktoś pracuje przy piwie to dostaje zgrzewkę piwa. Ktoś, kto pracuje w majonezach, te majonezy ma, ktoś od ciastek ciastka, od kurczaków kurczaki, a jak ktoś robi przy plastikowych donicach to ma w każdy piątek od firmy plastikową donicę. Później się wszyscy na ośrodku tym wymieniają. Wszyscy jedzą te same na ośrodku kury, majonez i ciastka. I w tych samych donicach nikt na ośrodku nie zapuszcza żadnych korzeni. Moja pierwsza praca na emigracji, prawie siedem lat temu, to była praca w Heinekenie, od drugiej w nocy, w noc moich 27 urodzin, stałam tam na zgrzewce od piwa i na piwa patrzyłam, czy wszystkie etykiety równo, obok stała moja koleżanka, sprawdzając, czy wszystkie kapsle dobrze, a dalej ktoś jeszcze, czy aby do pełna nalane. Przez prawie osiem godzin znalazłam trzy nierówne etykiety i biło mi od tego serce. Później zasnęłam, opierając łokcie na chudej belce, zasnęłam na stojąco, i mnie nie wzięła ta firma do piątku aż i nie dostałam za darmo tych piw, których wszyscy moi nowi koledzy nie mogli się doczekać. Musieli polskim bekać.

DSC03742

czy wszystko jest do bani?

Uwielbiam takie poranki, że w ogrodzie świeci słońce, pręży się czerwony w zieleniach kwiat, czarny pies leży, ja w trzynastu różnych kolorach siedzę, lubię taki czas, choć taki czas marnuję, a wcześniej sobie obiecuję, że nie tym razem. Zatrzymałam się na tym etapie, w którym wychodzi się na ogród z kubkiem napoju i książką, by odpoczywać przy napoju i książce, zatrzymałam się w tym miejscu. W tym miejscu, gdzie stoję w progu domu, z kubka paruje gorąc, a książka pod pachą, ja stoję i ani kroku dalej, zatrzymałam się w tym miejscu lata temu, stoję, patrząc w ogród i marząc, jak byłoby świetnie odpocząć z książką i gorącym piciem, byłoby świetnie zrobić dziś coś innego niż wczoraj, ale nie będzie świetnie, bo zawsze robię to samo, co wczoraj, bo mam kilka scenariuszy na dzień i zero skoków w bok, słońce świeci, lecz nie dla mnie, morze możliwości, które może kiedyś, choć słowa kiedyś, może i morze to są słowa ratunkowe, słowa pontony, których się chwytam, by nie utonąć w powracających falach tego samego. Zatrzymałam się w tym miejscu, w którym słońce świeci dla innych, dla mnie gaśnie, w którym ja na słońce nie zasługuję, wszyscy inni tak, wszystkie moje koleżanki z fejsbuka zasłużyły na słoneczko, na fotografowanie swoich zgrabnych ud z psychologicznym poradnikiem między nimi, podziwiam moje koleżanki z fejsbuka, że mają czas pstrykać sobie jeszcze do tego fotę, podczas gdy ja nie mam czasu wyjść nawet na ogród, bo cały czas kopię siebie po dupie, że źle, za mało, za dużo, nie tak, cały czas siebie samą ganię i sobie robię krzywdę, bo wychodzi, że jestem swoim największym wrogiem, choć powinnam być bogiem, moje koleżanki z fejsbuka relaksują się i relaksem dzielą na fejsbuku, ja nie wiem, jak się relaksować nawet, jak tylko siadam na moment, na tym ogrodzie dajmy, z książką i napojem, jak tylko siadam myśli lecą do mnie jak pszczoły do miodu, natarczywe myśli, od których trzeba wstać i najlepiej biec przed siebie, godzinami, uciekać od tych myśli, że tu ci brakuje, tego nie masz, to źle, to najgorzej, nie wiem, od kiedy to mam, że sobie nie odpuszczam, że jak zjem chleb to mam wyrzuty sumienia, mam 33 lata i wyrzuty sumienia po zjedzeniu kromki chleba, mam 33 lata i zaburzoną relację z jedzeniem, zaburzoną relację z lustrem, brzuchem i biustem, wszyscy moi znajomi obiecują sobie, że od dzisiaj pięć słówek z niemieckiego, za miesiąc będę umiał 150, obiecują sobie od dzisiaj co wieczór sto brzuszków, robią te brzuszki tydzień czy dwa, później przestają, później mija czas i oni mówią, ale bym teraz miał, gdybym te brzuszki robił, ale bym mówić umiał, gdybym słów nałapał, i wszyscy mają doła, wszyscy moi znajomi mają doła z powodu obietnic złożonych sobie i niedotrzymanych, czy tak było zawsze?, czy zawsze sami dla siebie byliśmy największym zawodem?, czy czuły to nasze matki, ojcowie i babki? Ja sobie obiecuję sto rzeczy dziennie, a wieczorem jak gasimy światło mi serce wali, że ładnie dzisiaj, Gosia, odjebałaś, chleba pojadłaś, chociaż przecież chleba się już w tych czasach nie je, nic nie rozwinęłaś skrzydeł do tego, a koleżanki i koledzy na pewno zaszli dziś ho ho, naoglądałaś się serialu i chuj, i po balu, i zasypiam zawiedziona sobą i na siebie zła, a pierwsza myśl rano, to że wczoraj nic mi się nie udało i jestem w plecy, dzisiaj muszę więc nadrobić, pierwsza myśl rano to presja i pośpiech, to stres i ścisk we wzdętym brzuchu, że trzeba, że muszę, że choćby nie wiem co, a już dawno nie pamiętam po co. A każdy poradnik mi mówi, cały internet mi mówi, nie patrz w tył, nie porównuj się, każdy jest inny, ty jesteś super, jesteś ładna i fajna, każdy jest ładny i fajny na swój sposób, musi to tylko znaleźć, znajdź dla siebie czas, bądź dla siebie dobra, cały internet, gdzie nie spojrzysz, uczy cię oddychać, uczy cię relaksować, kąpać się w bąblach, uspokajać i cieszyć. Nie umiemy się cieszyć, wychodzi, musimy się z internetu nauczyć. Mamy męża i psa, dom, rodzinę, ogród i słońce, mamy zaplanowane i fajne wakacje,  możliwości, talent, przestrzeń, przyjaciół, dostęp i postęp, i ni chuja nie umiemy się cieszyć. Bo ktoś inny ma do tego płaski brzuch. Ktoś inny był w Australii, a my tylko w Hiszpanii. I wszystko jest przez to do bani.

wp_20161113_002

Małgorzata Halber „Kołonotatnik z bohaterem”